Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Krzysztof Michalski

Rok 2000

Prawie od początku pontyfikatu Papież spotyka się w swojej letniej rezydencji w Castel Gandolfo z przedstawicielami świata nauki. Organizatorem spotkań jest założony przez ks. Józefa Tischnera, Hansa Georga Gadamera i Krzysztofa Michalskiego wiedeński Instytut Nauk o Człowieku. Uczestnicy VIII międzynarodowego kolokwium w dniach 17-18 sierpnia będą rozmawiać o duchowej sytuacji człowieka u progu nowego tysiąclecia, a także o pojęciu czasu w różnych tradycjach kulturowych.

Na tegoroczne spotkanie zaproszono: Jaroslava Pelikana, czeskiego teologa, który niedawno zmienił wyznanie z protestanckiego na prawosławne, znawcę islamu Bernarda Lewisa, socjologa Ralfa Dahrendorfa i Zbigniewa Brzezińskiego. Rozmowy poprowadzą: Bronisław Geremek i Leszek Kołakowski. Uczestnikami rozmów z Janem Pawłem II w ubiegłych latach byli m. in.: ks. Michał Heller, Paul Ricoeur, Jerzy Turowicz, Maciej Zięba OP.

Tekst Krzysztofa Michalskiego, dyrektora wiedeńskiego Instytutu, jest wprowadzeniem do "Rozmów w Castel Gandolfo 1998".

Zbliża się rok 2000. Kościół katolicki - podobnie jak niezliczona liczba instytucji prawie na całym świecie - intensywnie przygotowuje się do jego powitania. Dlaczego? Przecież - można by powiedzieć - rok dwutysięczny zbliża się tylko dla tych z nas, co liczą upływający czas właśnie w ten, a nie w inny sposób. Tymczasem, jak wiadomo, istnieje bardzo wiele różnych sposobów liczenia czasu, bardzo wiele "kalendarzy". I choć bez wątpienia jedne z nich są "lepsze", inne "gorsze", to przecież żaden z nich nie jest lepszy od innych bezwzględnie, absolutnie, bez względu na jakiś punkt widzenia. Wewnętrzne zróżnicowanie czasu nie jest w tym samym sensie obiektywne co wewnętrzny podział atomu czy ludzkiego ciała, jego odkrycie nie jest wyłącznie rezultatem ogólnie dostępnych umiejętności poznawczych. Jedni liczą czas tak, drudzy inaczej. Naturalnie nie znaczy to, że wybór kalendarza jest sprawą całkowicie dowolną, że jest zależny od indywidualnego widzimisię. Łatwo jednak zauważyć, że wybór ten zależny jest od sposobu, w jaki układamy nasze współżycie z innymi, stąd w różnych epokach i w różnych kulturach powstają też różne kalendarze.

Świętując nadejście roku 2000, świętujemy więc w istocie - przynajmniej tak by się na pierwszy rzut oka wydawało - pewną konwencję, nie indywidualną wprawdzie, lecz kulturową. Liczony wedle innego kalendarza, nasz rok 2000 może się przecież okazać rokiem 4008 bądź 16. Nie mówiąc już o tym, że nie jest oczywiste, dlaczego to takie ważne, że jakaś liczba dzieli się przez 1000.

Przy bliższym spojrzeniu, okazuje się jednak, że sprawa nie jest tak prosta, jak się wydaje. Przede wszystkim: co właściwie liczymy, gdy liczymy czas? Licząc chwile, nie przeliczamy przecież niczego specjalnego, żadnych rzeczy czy przedmiotów, co różniłyby się od innych rzeczy czy przedmiotów. Nie liczymy bowiem wówczas czegoś, co jest w czasie, liczymy sam czas. Ale co to jest czas? To z pewnością nie jakaś rzecz obok innych rzeczy, jakiś przedmiot wśród innych przedmiotów. Czas - spróbujmy takiej definicji - to porządek doświadczanej przez nas rzeczywistości. Artykułując czas, dzieląc go tak a nie inaczej, porządkujemy więc świat w określony sposób: dzięki tej artykulacji świat doświadczany jest jako zmienny, jako przemijający.

Nie cały świat jednak, nie wszystko - można by na to odpowiedzieć. Obok rzeczy zmiennych i przemijających istnieją przecież także rzeczy niezmienne i nieprzemijające, obok pogody czy sławy także matematyka. Co więcej, właśnie to, co niezmienne i nieprzemijające (innymi słowy: pozaczasowe, wieczne) pozwala nam, jak się wydaje, rozumieć wszystko, co zmienia się i przemija; w końcu to dopiero dzięki matematyce możemy dobrze zrozumieć, dlaczego pogoda się zmienia. Czy nie znaczy to, że właśnie to wszystko, co niezmienne i nieprzemijające to prawdziwa postać świata - a czas to tylko pozór, ułuda, cień, a w najlepszym razie: kłopot, problem, zagadka? Że w związku z tym, jeśli chcemy dotrzeć do prawdy, także prawdy o nas samych, powinniśmy w przemijającej postaci świata odkryć to, co w nim jest niezmienne, pozaczasowe i w tym sensie wieczne? Także zagadka czasu mogłaby, jak się zdaje, znaleźć w ten sposób swoje rozwiązanie.

Prastara tradycja, której piękny i przekonujący wyraz dał idący śladami Platona Plotyn, sugeruje nam, byśmy właśnie tak myśleli. Zgodnie z tą tradycją czas - a więc także świat, jako zmienny, życie, jako upływające - czas sam w sobie jest całkowicie niezrozumiały. Czas da się rozumieć tylko z perspektywy wieczności, przemijająca postać świata tylko z punktu widzenia tego, co niezmienne, stałe, nieprzemijające. Także sukcesja następujących po sobie zdarzeń, historia, da się pojąć tylko o tyle, o ile uda się ująć w ramy, co same już takimi wydarzeniami nie są: Alfa i Omega, Początek i Koniec, Wypędzenie z Raju i Sąd Ostateczny. Owszem, również te ramy można nazwać "historią" - ale tylko w metaforycznym sensie, bo nie będzie to już "historia" co się toczy, co płynie, co się zmienia. Jeśli nazywamy "wydarzeniami historycznymi" także Początek czy Koniec Świata, Wypędzenie z Raju czy Sąd Ostateczny, to robimy tak tylko dlatego, że dzięki tym "wydarzeniom" historia jaką znamy, nabiera sensu. Ta plotyńska tradycja dostarczyła chrześcijaństwu pojęciowych instrumentów rozumienia samego siebie (nie tylko ona zresztą, w związku z czym chrześcijaństwo rozumiało się i rozumie na wiele różnych sposobów). Podsunęła schematy interpretacji takich opozycji jak "Bóg"-"świat", "Stwórca"-"stworzenie", "Historia Święta"-"historia świecka". Ale także w innych, pozachrześcijańskich formach, tradycja ta żyje w myśli europejskiej po dziś dzień - również tam, gdzie słowa, w jakich jest wyrażana, nie mają już bezpośredniego religijnego znaczenia; w historiozoficznych konstrukcjach Hegla czy Marksa, w pojęciu "postępu", "żelaznych praw historii" czy też po prostu w pojęciu historii uniwersalnej, historii jako takiej. Wszędzie tam, gdzie upływ godzin i dni nabiera sensu tylko z perspektywy celu, do jakiego dąży, potencjału, jaki realizuje, całości, w jaką się składa, krótko mówiąc: wszędzie tam, gdzie czas da się rozumieć tylko z perspektywy struktur, których czas się nie ima, Plotyn jest wciąż żywy.

Tradycja, którą nazwałem plotyńską, nie jest jednak jedyną możliwą pojęciową wykładnią czasu. Być może nie trzeba wcale zamrozić czasu w bezczasową strukturę, w logiczne pojęcie, by go zrozumieć. Być może nie trzeba w tym celu spoglądać na upływający czas z jakkolwiek rozumianego "zewnętrznego" (czy "transcendentnego", jak się czasem mówi, by odstraszyć kłopotliwe pytania) punktu widzenia. Być może czas, co da się policzyć, to nie jedyna postać czasu, być może gdy liczymy czas, jakaś inna jego forma wymyka się naszej uwadze. Być może to ta właśnie wymykająca się forma czasu, ten jego wymiar - czas, którego nie można policzyć, czas bez miary, czas, co nie może być krótszy czy dłuższy ("kairos", "chwila", "moment", "mgnienie oka") - być może to właśnie ten wymiar czasu, a nie jakaś zewnętrzna, aczasowa struktura, stanowi, ciągle na nowo, warunki możliwości rozumienia czasu, a więc i tego, że można go policzyć, jakkolwiek byśmy to robili. Być może wieczność, dzięki której możemy czas zrozumieć, jest obecna w czasie, a nie poza nim, nie leży w czasie jak obce ciało, jak kamień w strumieniu. Początek i Koniec, Alfa i Omega, Potępienie i Zbawienie byłyby wówczas składnikami każdej chwili z osobna - a nie zewnętrznymi klamrami czasu jako procesu, co kiedyś się zaczyna i kiedyś się kończy.

Tradycja równie dawna, a może i dawniejsza niż plotyńska, stara się otworzyć przed nami taką właśnie perspektywę czasu; tradycja obejmująca zarówno autorów tekstów apokaliptycznych, jak i świętego Pawła, Nietzschego i Kierkegaarda, Bergsona i Heideggera. Z perspektywy tej tradycji czas to sposób, w jaki rzeczywistość wychodzi na jaw w trakcie naszego życia, wewnętrzny porządek tej rzeczywistości. Porządek nie tylko jakiegoś jej fragmentu, jakiejś jej postaci, lecz porządek rzeczywistości jako takiej. Ani "czas", ani "rzeczywistość przeżywana" nie są w takim ujęciu zrozumiałe w oderwaniu od siebie nawzajem. W konsekwencji, warunki rozumienia czasu nie są ustanawiane z zewnątrz, z perspektywy jakiegoś niezmiennego, pozaczasowego układu odniesienia (bo nie ma takiego układu odniesienia, nie ma żadnego "zewnątrz") - lecz przez życie samo, w jego trakcie, ciągle na nowo. Rytm czasu to rytm naszego życia. Rozumiemy (i w rezultacie: liczymy) czas w zależności od tego, jak żyjemy. Także próba Plotyna: próba wyrwania się z czasu całkowicie, ku bezczasowej, "boskiej", "matematycznej" wieczności, powinna stać się zrozumiała z tego punktu widzenia, ze względu na swoje pochodzenie i na swoją funkcję w życiu, w jakim jest zakorzeniona. Jeśli tak, to nonsensem jest przekonanie, że miary czasu są wyłącznym rezultatem konwencji; poprzez sposób, w jaki dzielimy czas, wyraża się (lepiej czy gorzej) doświadczeniem naszego życia - a nazywamy coś "doświadczenie" właśnie dlatego, że nie jest do końca dowolne, jak nie jest dowolny smak goryczy w łopianie, ból czy zdobyta przez ból wiedza. Różnice między kalendarzami - a także różnorodne sposoby, na jakie w naszych myślach i w naszym postępowaniu rozumiemy ten sam kalendarz - wszystkie te różnice nie dadzą się do końca pojąć bez zrozumienia różnic, jakie dzielą wielorakie ludzkie sposoby życia - a tych, podobnie jak i różnic kalendarzy, nie uda nam się nigdy sprowadzić do wspólnego, pozaczasowego mianownika. Nie ma bowiem takiego mianownika.

Sposób, w jaki liczymy czas, nie jest więc do końca dowolny; do pewnego stopnia jest też obrazem naszego życia. Refleksja nad nim, nad jego przeobrażeniami i nad różnicami, jakie go dzielą od innych, jest zarazem refleksją nad specyfiką kultury, w jakiej żyjemy. Czy także fakt, że uznajemy rok 2000 za specjalny, świadczy o czymś więcej niż tylko o zamiłowaniu do okrągłych liczb, co każe nam na przykład wyjątkowo uroczyście obchodzić czyjeś 100. urodziny? Być może - jeśli przypomnimy sobie ów fragment z Objawienia świętego Jana, w którym mowa jest o nadejściu tysiącletniego królestwa Chrystusa. Nie po to naturalnie, by oczekiwać tego królestwa raz na tysiąc lat (i zajmować się czymś innym przez pozostałe 999) - lecz by uświadomić sobie, że nadejście tego tysiącletniego królestwa to możliwość, co kryje się w każdej chwili naszego życia z osobna.

Platon w "Timaiosie" nazwał czas "ruchomym obrazem wieczności". Być może mówiąc o "wieczności" nie miał na myśli niezmiennej, pozaczasowej, "transcendentnej" rzeczywistości - lecz raczej właśnie czas naszego życia, ową postać, jaką przybiera nasza przeszłość, nasza teraźniejszość i nasza przyszłość w zależności od tego, jak żyjemy.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Platon Apokalipsa objawienie czas tysiąclecie milenium Timaios Instytut Nauk o Człowieku
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W