Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

"Tygodnik Powszechny" nr 35/2009


Stanisław Zasada

My na górze, oni na dole

Kotłowian, przez całe życie chodzących do jednej świątyni, podzieliła wiara.
Komuś podrzucono padlinę, obrzucono błotem dom,
zatruto studnię. Dziś rzymokatolicy i polskokatolicy nie patrzą już
na siebie wilkiem. Ale o pojednanie trudno.

Kotłów, wieś nad Baryczą w południowej Wielkopolsce. Na początku lat 70. ubiegłego wieku większość parafian razem z księdzem, który nie chciał podporządkować się biskupowi, odeszła do Kościoła polskokatolickiego. Podział skłócił rodziny i sąsiadów.

Ks. Adam Kosmała, proboszcz rzymskokatolicki: — Wierzę, że kiedyś będzie tu znowu jedno wyznanie.

Ks. Julian Kopiński, proboszcz polskokatolicki: — Nie sądzę, żeby moi parafianie odeszli.

Rozłam to głupota

Kościoły dzieli kilkaset metrów.

Romański pw. Narodzenia NMP stoi na wzgórzu. Wzniósł go, według Jana Długosza, Piotr Włostowic, możnowładca z czasów Krzywoustego (rozwieszony na fasadzie niebieski baner krzyczy z dumą o 900. rocznicy fundacji). Na ołtarzu głównym wisi cudowny obraz unoszącej się wśród obłoków Matki Bożej Kotłowskiej. Przed kościołem pomnik Jana Pawła II, na którego cokole można przeczytać słowa encykliki „Ut unum sint”: „Wierzyć w Chrystusa znaczy pragnąć jedności”.

Drugi kościół stoi niżej. Zbudowany na przełomie lat 70. i 80. XX wieku, jest prokatedrą diecezji wrocławskiej Kościoła polskokatolickiego. Również nosi wezwanie Narodzenia NMP. Wewnątrz i nad wejściem — ten sam obraz Matki Bożej Kotłowskiej. Tutaj też obchodzono 900. rocznicę, tylko że „panowania chrześcijaństwa na Ziemi Kotłowskiej i w naszych rodzinach”.

W kilkutysięcznym Kotłowie nawet sklepy są dwa. Jeden prowadzą rzymokatolicy, drugi — polskokatolicy. — Zakupy robią u mnie wszyscy — zapewnia Małgorzata Kędzierska, parafianka „rzymska”. — Ale na tematy religijne nie rozmawiamy.

Sklepowa z drugiej strony dzielącej Kotłów szosy rozmawiać nie chce. — Byłam dzieckiem, kiedy to się stało. Nie pamiętam — ucina.

Przed wejściem kończą piwo Andrzej i Adam. Andrzej, po czterdziestce, jest w Kościele rzymskim. — Rodzice zostali i ja też — mówi. Adam, po pięćdziesiątce, przeszedł do polskiego, ślub wziął w rzymskim, a teraz jest po rozwodzie i do kościoła nie chodzi wcale.

Obaj uważają, że rozłam to głupota. Andrzej pamięta, że gdy jako chłopak chodził na wiejskie potańcówki, młodzi z jednego Kościoła zaczepiali tych z drugiego.

Wciąż można w Kotłowie usłyszeć, że „my modlimy się na górze, a jehowcy na dole”. Ale wierni przezywają się coraz rzadziej.

Wojna z biskupami

Na początku września 1968 r. na plebanii umiera ks. Wacław Góra, powstaniec wielkopolski, więzień Dachau. Parafią kierował ponad 20 lat. W Kotłowie jest jeszcze wikariusz, ks. Zygmunt Koralewski. Przyszedł tu siedem lat temu. Gdy schorowany po hitlerowskich kacetach proboszcz niedomaga, wikary opiekuje się nim i bierze na siebie większość obowiązków. — To był ksiądz z powołania — mówią do dziś w niejednym kotłowskim domu. — To mój następca — zapewniał parafian ks. Góra.

Ale kuria poznańska zaplanowała przenosiny ks. Koralewskiego do innej parafii. Ordynariuszem jest wówczas abp Antoni Baraniak. Ma za sobą dwa lata stalinowskiego więzienia. Z wykształcenia prawnik. A według przyjętego w diecezji prawa wikariusz po święceniach może być w jednym miejscu tylko dwa lata.

Z Kotłowa do kurii jeżdżą delegacje. Proszą, żeby księdza zostawić. Słyszą, że szeregowiec nie będzie rządził generałem. Jadą do Warszawy. Kard. Wyszyński robi im nadzieję. Ale w diecezji rządzi biskup, a ten jest nieugięty.

40 lat temu Marian Pauś, jeden z tych, którzy jeździli do kurii, razem z grupą parafian pilnował ks. Koralewskiego dzień i noc. Bali się, że kuria naśle porywaczy. Przed plebanią ustawili zasieki. Na bramie rozwiesili transparent: „Lud Boży żąda arcybiskupa”. Gdy przyjechał biskup pomocniczy Tadeusz Etter, w kościele zagłuszano go okrzykami: „Wola ludu”. W sąsiedniej wsi Strzyżewo wierni nie wpuścili hierarchy do kaplicy i omal nie przewrócili jego samochodu. Pauś do dziś jest pełen goryczy. — Przez kurialistów straciłem tamtą wiarę — mówi.

Kuria wyznaczyła nowego proboszcza, ale mieszkańcy Kotłowa nie chcieli go wpuścić. Zamieszkał więc na plebanii w sąsiednim Mikstacie. Garstka wiernych przychodziła tam, modliła się w prywatnych domach i na łące w Kotłowie, naprzeciwko kościoła.

O Kotłowie pisała prasa. Dziennikarze nazywali konflikt „wojną chłopów z biskupami”. „Czwarty rok żyjemy bez biskupów i dobrze nam bez nich” — opowiadała w 1972 r. reporterowi „Argumentów” sołtysowa.

Zbrodnia i kara

Wojna była jednak przede wszystkim domowa. Kotłowian, przez całe życie chodzących do jednej świątyni, dzieli wiara. Komuś podrzucono pod drzwi padlinę, obrzucono błotem dom, powybijano szyby, podpalono stodołę, zatruto ponoć studnię. — Strach było wychodzić po ciemku z zagrody — opowiada Ludwik Mądry, który pozostał przy Kościele rzymskim.

Zgorszenie goni zgorszenie. We Wszystkich Świętych na cmentarzu spotykają się dwie procesje. Dochodzi do przepychanek. Innym razem polskokatolicy nie chcą wpuścić na cmentarz pogrzebu „rzymskiego”. Kondukt stał w słońcu z trumną przez kilka godzin.

Gniew hierarchii spada na ks. Koralewskiego. Na początku 1969 r. arcybiskup go zawiesza. Nie wolno mu „odprawiać nabożeństw, udzielać sakramentów świętych, odprawiać pogrzebów, zaopatrywać chorych, głosić słowa Bożego, katechizować czy wystawiać jakiegokolwiek dokumentu parafialnego”. Dwa miesiące później cofa karę — kuria wystraszyła się księży polskokatolickich, którzy pojawili się w Kotłowie. Wikariusz znów może odprawiać Msze.

Ale po dwóch latach kuria informuje, że „ksiądz Koralewski przez swoje postępowanie wyłączył się z Kościoła Chrystusowego”. I ostrzega, że „wiernym nie wolno korzystać z żadnych posług religijnych przez niego sprawowanych”.

Ks. Koralewski przechodzi więc do Kościoła polskokatolickiego. A razem z nim ponad 2500 wiernych z Kotłowa, Biskupic Zabarycznych i Strzyżewa. Niecałe pół tysiąca zostaje przy Kościele rzymskokatolickim. — Ludzie poszli za księdzem — ubolewa Ludwik Mądry, jeden z kotłowian najbardziej zaangażowanych w czasie konfliktu. Na początku sam popierał Koralewskiego, ale przestał po jego secesji. — Zmienić wiarę to jak wyprzeć się ojca — tłumaczy.

Gierek chciał ugody

— To ubecja rozbiła parafię — uważa Eugeniusz Jagodziński, którego dom stoi przy samym wjeździe do Kotłowa. Dowodów na to nie ma, ale widział kiedyś reportaż w telewizji o podobnym konflikcie, gdzie Służba Bezpieczeństwa sterowała ludźmi. Jest przekonany, że w jego parafii było tak samo.

Wersja o zaangażowaniu się w konflikt bezpieki jest powtarzana także przez duchowieństwo. — W sprawę wmieszały się służby specjalne, które dla szkodzenia Kościołowi posługiwały się wtedy Kościołem polskokatolickim — mówił niedawno o Kotłowie sufragan poznański bp Zdzisław Fortuniak.

— Byłbym szczerze zdziwiony, gdyby SB nie interesowała się konfliktem w Kotłowie — mówi dr Konrad Białecki, historyk z poznańskiego IPN. Spodziewa się, że w archiwach zachowały się ślady działań operacyjnych.

Z dokumentów, jakie odnalazł do tej pory, wynika, że władze wprawdzie z satysfakcją przyglądały się kłopotom Kościoła, ale unikały jawnego opowiedzenia się po stronie zrewoltowanych parafian. W notatce przygotowanej na posiedzenie Sekretariatu KW PZPR w Poznaniu partyjni analitycy postulowali wręcz wspieranie przez organa państwa działań na rzecz polubownego rozwiązania sporu. „Tego rodzaju inicjatywa nie tylko zapobiegłaby zaostrzeniu się sporów religijnych między ludnością, lecz podniosłaby autorytet organu państwowego, a nadto wykazałaby ludności wyższość zasad współżycia społecznego obowiązujących w PRL nad praktykowanymi przez związki wyznaniowe zasadami bezwzględnej obrony własności kapitalistycznej, nietolerancji i nierówności związków wyznaniowych” — głosi notatka z lutego 1973 r. Konflikt w Kotłowie trwał już wtedy czwarty rok.

— W tamtym okresie ekipie Edwarda Gierka otwarty konflikt z Kościołem byłby nie na rękę, gdyż mógłby nadwątlić jej w miarę pozytywny wizerunek na Zachodzie i podważałby oficjalną tezę o neutralnym stosunku państwa do Kościoła — twierdzi Białecki. — Władze na pewno nie miały nic przeciwko powstaniu w Kotłowie parafii polskokatolickiej, chciały jednak przy tym uniknąć nadmiernej eskalacji konfliktu i wynikających stąd problemów.

Eugeniusz Jagodziński też chciałby zbadać akta IPN. Ma 55 lat, konflikt śledził jako kilkunastoletni chłopak. Przyjeżdżał na wakacje do dziadków z rodzinnego Wałbrzycha. W 1983 r. odziedziczył ich dom, ożenił się z tutejszą „polską” parafianką i przeszedł do jej Kościoła.

> — Nie czuję się w nim do końca dobrze — przyznaje. Boli go, że jego parafia powstała na gruncie niezgody i nienawiści. — Rozbicie Kościoła to tak, jakby ktoś rodzinę rozbił — mówi. — To, co się tu stało, nie jest miłe ani ludziom, ani Bogu.

Podkreśla, że poza ślubem wszystkie sakramenty przyjął w Kościele rzymskim, więc w gruncie rzeczy uważa się bardziej za rzymokatolika.

Ewa, żona Eugeniusza, nie dzieli jego dylematów. Gdy rodzice przechodzili do Kościoła polskokatolickiego, była po Pierwszej Komunii. — Nie widzę różnicy między jednym a drugim Kościołem — mówi. — Ojciec uczył nas, że Bóg jest jeden.

Wspomina, jak wiele lat temu znajoma z sąsiedniej parafii zapytała ojca, jak polskokatolicy się modlą. — Odpowiedział jej, że żegnamy się lewą nogą. Już więcej nie pytała — opowiada pani Ewa. Pamięta też, jak na przystanku albo w autobusie na jej widok ludzie mówili: „odszczepieniec”.

Dzisiaj Jagodzińscy chodzą czasem do kościoła „rzymskiego” na ślub albo pogrzeb. — Ale są też tacy, co nie pójdą tam nigdy — mówią.

Nie pójdzie na pewno Rafał (nie chce podać nazwiska), zięć Marian Pausia: kiedy zmienił wyznanie, rzymskokatolicki proboszcz powiedział, że jeśli umrą mu rodzice, to na pogrzebie nie dostanie Komunii.

Eugenia Chmiela ze Strzyżewa odeszła z Kościoła polskokatolickiego prawie ćwierć wieku temu, gdy brała ślub. Twierdzi, że ze względów praktycznych. — Bo to potem kłopot z dziećmi, jak mają iść na religię albo do Komunii — opowiada. — Tutaj polskokatolicy są większością, ale w innych parafiach nie ma ich prawie w ogóle. A człowiek nie wie, gdzie go losy rzucą.

Prymasem w prymasa

Korzenie Kościoła polskokatolickiego sięgają końca XIX w., gdy polscy emigranci w USA założyli Polski Narodowy Kościół Katolicki. Powodem były nieporozumienia polskich duchownych z klerem niemieckim i irlandzkim. Na czele stanął ks. Franciszek Hodur, wyświęcony potem na biskupa.

W latach międzywojennych Kościół narodowy zaczął zakładać parafie w odrodzonej Polsce. Władze II Rzeczypospolitej nigdy go nie uznały. Po wojnie narodowcy spróbowali ponownie — do kraju przyjechał z USA biskup Józef Padewski jako zwierzchnik wspólnoty. Niewygodny dla komunistów, został aresztowany. Wkrótce potem zmarł w więzieniu, prawdopodobnie zakatowany przez ubeków.

W grudniu 1951 r. w Warszawie odbył się inspirowany przez władze Ogólnopolski Zjazd Kapłanów PNKK. Postanowiono odłączyć diecezję w Polsce od Kościoła narodowego w USA i Kanadzie. Tak powstał Kościół polskokatolicki. Całkowitą kontrolę nad nim przejęła bezpieka. — Ze strachu podpisalibyśmy wszystko — opowiadali potem uczestnicy zjazdu założycielskiego. W pamięci mieli los biskupa Padewskiego i wyrok śmierci, zamieniony potem na dożywocie, dla ks. Edwarda Narbutt-Narbuttowicza, kapłana PNKK.

Władze postanowiły uczynić z Kościoła narodowego oręż do walki z Kościołem rzymskokatolickim. Liczyły, że polskokatolicyzm stanie się wiodącym wyznaniem. Do realizacji planu potrzebny był odpowiedni wykonawca. Wybór padł na Maksymiliana Rode — pochodzącego z Rogoźna w Wielkopolsce byłego księdza, który w 1956 r. zrzucił sutannę i się ożenił. Dobrze wykształcony, mający głęboki uraz do hierarchii rzymskokatolickiej, był idealnym kandydatem do objęcia zwierzchnictwa nad Kościołem polskokatolickim. W 1959 r. został biskupem naczelnym Kościoła narodowego. Używał tytułu prymasa.

Na nic jednak zdały się jego niewybredne ataki prasowe na kard. Wyszyńskiego. Kościół rzymskokatolicki stale rósł w siłę. Rozczarowane władze zmusiły w 1965 r. Rodego do rezygnacji. Jednak niemal do końca PRL polskokatolicy wiernie służyli władzy. Gdy w jakiejś parafii dochodziło do konfliktu z proboszczem, natychmiast pojawiali się tam księża narodowi, żeby przejąć wiernych.

Więzień parafian

Nim Zygmunt Koralewski w 1961 r. przyjął w katedrze poznańskiej święcenia, miał trudne dzieciństwo. Wychowywała go ciotka, stracił brata. Parafianom w Kotłowie często opowiadał, że przeżył wiele biedy. — Może gdyby miał rodzinę, ktoś by mu doradził i nie doszłoby do rozłamu — zastanawia się Ludwik Mądry.

Ks. Koralewski czuł się do pewnego stopnia więźniem parafian. „Pilnują mnie nie na tyle czujnie, abym nie mógł pojechać do Poznania i zostać, ale nie mogę tego zrobić. Gdybym ich porzucił, byłbym zdrajcą!” — mówił w 1971 r. reporterowi tygodnika „Argumenty”.

Po przejściu do Kościoła polskokatolickiego szybko piął się po szczeblach kościelnej kariery. W 1972 r. został proboszczem, trzy lata później dziekanem, później — biskupem pomocniczym diecezji wrocławskiej.

Swoim zwolennikom tłumaczył, że „to jest to samo”. Różnice między Kościołami są pozornie niewielkie. W jednym i drugim ten sam kalendarz liturgiczny, sakramenty, kult świętych. Kościół narodowy nie uznaje jednak dogmatu o nieomylności papieża, zniósł celibat i spowiedź indywidualną dorosłych. Do czasu reform posoborowych wyróżniał się jeszcze liturgią po polsku.

Polskokatolicy po rozłamie przejęli kościół w Kotłowie. Tłumaczyli, że jest własnością mieszkańców, a skoro większość zmieniła wyznanie, to i świątynia musi podzielić ten los.

W 1978 r. sąd nakazał oddać świątynię Kościołowi rzymskiemu. Odzyskany kościół na nowo poświęcono. — Jakbyśmy byli szatanami — oburza się Pauś. Polskokatolicy rozpoczęli budowę swojej świątyni.

Koralewski do końca życia pracował w Kotłowie. Zmarł w sierpniu 2002 r. Na pogrzeb przyszli jego dawni koledzy z poznańskiego seminarium. Pochowano go przed kotłowską prokatedrą. Na okazałym nagrobku z czarnego marmuru posrebrzany biskupi pastorał i marmurowa mitra ze zdjęciem. Parafianie wypisali złoconymi literami: „Zniknąłeś nam z oczu, lecz nigdy z serca”. Grób zadbany: stoją świeże kwiaty, przed chwilą ktoś postawił znicz.

Zapytany pod koniec życia przez KAI o hobby, odpowiedział: „oddany duszpasterstwu”. Za dewizę życiową uznał słowa Chrystusa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni jesteście, a Ja was pokrzepię”.

Odejścia

Gdy 12 lat temu biskup wysyłał ks. Adama Kosmałę do Kotłowa, młody kapłan czuł lęk. Początków nie miał łatwych. Pamięta, jak dostał rutynowe zaproszenie na opłatek w Strzyżewie. Prawie nikt nie podszedł do niego z życzeniami. Wszyscy oblegli proboszcza polskokatolickiego. — W swojej parafii czułem się obcy — wspomina.

Dziś ks. Kosmała ma we wsi poważanie. Także u polskokatolików. Kiedy chodzi po kolędzie, zajdzie czasem do domu, w którym część mieszkańców jest w jednym Kościele, część w drugim. — Już nie wychodzą z domu, jak kiedyś — opowiada.

Księdza chwalą w polskokatolickich domach. Nawet Marian Pauś ma o nim dobre zdanie. — Przywita się, porozmawia, o rodzinę zapyta...

Do powrotu ks. Adam nikogo nie namawia. Ale deklaruje pomoc, gdyby ktoś chciał. Za jego proboszczowania chciało 150 osób. — Przeważnie młodzi, którzy po ślubie stąd wyjeżdżają — mówi.

Ks. Juliana Kopińskiego nie martwią te odejścia. — Do mnie też niektórzy przechodzą z tamtego Kościoła — zaznacza. Woli, żeby we wsi pozostały dwie parafie. — Przecież możemy żyć obok siebie, współpracować i modlić się do tego samego Boga — przekonuje. — Historii się nie zawraca.

Zdarza się jednak, że niektórzy kotłowscy polskokatolicy przychodzą przyjąć Komunię z rąk rzymskokatolickiego kapłana. — Większość jest bliższa Kościołowi rzymskokatolickiemu niż polskokatolickiemu — uważa ks. Kosmała. — Przeszli do tamtego Kościoła z całym swoim doświadczeniem, które zachowali do dziś. Obchodzą te same odpusty i święta maryjne, czczą Matkę Bożą Kotłowską, a gdy umarł Papież, we wszystkich oknach wywieszono portrety Jana Pawła z czarną wstążką — wylicza. — Ich księża mogą mieć żony, ale oni nigdy by do tego nie dopuścili — dodaje.

Istotnie, ks. Koralewski nigdy się nie ożenił. Jego następcy też byli i są celibatariuszami.

To był błąd

Arcybiskup Baraniak zmarł w 1977 r., kilka lat po odejściu Koralewskiego do Kościoła narodowego. Na krótko przedtem w małym gronie poznańskich księży miał przyznać: „Kotłów to był nasz błąd”.

Do dziś niektórzy poznańscy księża powtarzają: „W Kotłowie zwyciężył upór hierarchii”. Mają na myśli twardą postawę arcybiskupa Baraniaka.

Ks. Kosmała zwraca z kolei uwagę: — Ks. Koralewski zapomniał, że obowiązuje go ślub posłuszeństwa wobec biskupa.

Ale w dniu pogrzebu Koralewskiego poszedł rano do kościoła polskokatolickiego i odmówił przy trumnie różaniec. Po południu odprawił za niego w swoim kościele Mszę.

Kilkanaście lat temu Kotłów znalazł się w diecezji kaliskiej. Biskupem został Stanisław Napierała. Ten sam rocznik co Koralewski. Studiowali na jednym roku, tego samego dnia przyjęli święcenia. Gdy w Kotłowie trwał konflikt, był sekretarzem Baraniaka.

Rok temu podczas uroczystości odpustowych w Kotłowie bp Napierała mówił: — Pragnę powiedzieć wszystkim, którzy by mieli jakiekolwiek żale, urazy, bóle, że wszystkim przebaczam i proszę o przebaczenie.

Zabrzmiało to jak echo słów bp. Wiktora Wysoczańskiego, następcy Rodego na stanowisku zwierzchnika polskokatolików, z 2000 r. Podczas Wielkiego Jubileuszu Chrześcijaństwa, w trakcie nabożeństwa ekumenicznego we Wrocławiu odczytał deklarację: „Stajemy dziś w Twojej obecności przed naszymi Braćmi z Kościoła rzymskokatolickiego, wyciągamy nasze dłonie ku pojednaniu i powtarzamy: »Przebaczamy i prosimy o przebaczenie«”.

Śpiewają, ale nie wierzą

„Matko Boska Kotłowska, Matko 	pojednania
Przy sercu swoim zjednocz nas
Uproś nam łaskę zgody i wytrwania 
Przy Bogu w każdej próby czas”. 

Taką pieśń śpiewają codziennie wierni „rzymscy”. — Ale ja w tę jedność za bardzo nie wierzę — przyznaje sklepowa Kędzierska. — Chyba że starsi poumierają.

O konwersji nie chcą nawet słyszeć zagorzali polskokatolicy. — Nigdy bym nie wróciła — zarzeka się pani Anna. Dobiega sześćdziesiątki. W Kościele narodowym najbardziej podoba jej się spowiedź powszechna. — Nie chcę, żeby ksiądz wysłuchiwał moich grzechów i potem opowiadał o nich w kazaniu — tłumaczy. Na uwagę, że obowiązuje tajemnica spowiedzi, macha ręką. Wie swoje.

W drugą niedzielę września biskup Napierała nałoży papieskie korony na obraz Matki Bożej Kotłowskiej. Ks. Kosmała zaprosił na uroczystości wszystkich mieszkańców Kotłowa. — Chcę, żeby był to dzień jedności — tłumaczy.

— Nie wybieram się — mówi Marian Pauś.

tygodnik.onet.pl


opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Służba Bezpieczeństwa konwersja SB Kościół polskokatolicki polskokatolicy Polski Narodowy Kościół Katolicki rzymokatolicy Kotłów Zdzisław Fortuniak polscy emigranci w USA Franciszek Hodur
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W