Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Ograniczenia są twórcze

Bp Jerzy Samiec:

Co polscy luteranie myślą o in vitro, kapłaństwie kobiet, ordynacji homoseksualistów, lustracji, małżeństwach mieszanych i ekumenizmie?
Symbole są ważne, ale nie wystarczą — od samego podania sobie ręki niewiele się zmieni.

Tomasz Ponikło: Synod Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce wybrał Księdza nowym Biskupem Kościoła — 6 stycznia odbędzie się konsekracja i wprowadzenie na urząd. Zdobył Ksiądz 38 głosów w stosunku do 18 i 7 dla dwóch konkurentów.

Ks. bp Jerzy Samiec: Procedura zaczyna się od ogłoszenia przez Synod wyborów. Potem Ogólnopolska Konferencja Duchownych tworzy listę wszystkich mogących kandydować (muszą być 15 lat po ordynacji i mieć za sobą 8 lat służby na kierowniczym stanowisku) i wyłania 3 kandydatów, których przekazuje Synodowi, a ten — złożony z 67 osób: 15 duchownych, 7 biskupów i świeckich delegatów diecezjalnych — przedstawia ostateczną listę ubiegających się o urząd.

Do tej pory byłem prezesem Synodu, więc byłem rozpoznawany. Od maja, kiedy Synod ogłosił wybory, parę osób zachęcało mnie do kandydowania. Ale czy Bóg widzi mnie na takim miejscu? Nie chciałbym nigdy robić czegoś, co jest wbrew Bożej woli, bo później objawia się to syndromem „nie lubię poniedziałku”. W życiu warto robić tylko to, co się kocha, do czego jest się powołanym.

Pełnienie urzędu biskupa jest powołaniem?

W rozumieniu naszego Kościoła każdy człowiek jest powołany. Mój zawód jest moim powołaniem: pracę wykonuję tak, jakbym robił ją dla samego Pana Jezusa. Myślę, jako duchowny, o powołaniu do głoszenia Ewangelii. Bycie biskupem to dla mnie odpowiedzialność i funkcje, które trzeba wypełniać, ale podstawa jest ta sama: głoszenie Ewangelii. Rozpoznanie powołania nie polega na tym, że słyszę głos z góry — to raczej kwestia rozmów z wieloma ludźmi, modlitw, wewnętrznego przekonania. Wiele osób zapewniało mnie o modlitwie za właściwy — czyli niekoniecznie mój — wybór.

Księdza poprzednik, bp Janusz Jagucki, okazał się tajnym i świadomym współpracownikiem SB. Choć media wywierały nacisk, przez jakiś czas pozostawał na urzędzie, a ostatecznie 10-letnią kadencję zakończył o rok wcześniej. Ksiądz był w Komisji Historycznej, badającej m.in. tę sprawę.

Byłem też prezesem Synodu, który decydował, co zrobić. W takich sytuacjach nie ma dobrych rozwiązań, ale nie chcieliśmy działać pod wpływem emocji. Uważam, że decyzję o skróceniu kadencji bp. Jaguckiego, z wyborem następcy przeprowadzonym w normalnym, a więc kilkumiesięcznym trybie, podjęliśmy jako najlepszą z możliwych. Trzeba było ostrożności, by nie podzielić Kościoła, bo do przeszłości PRL-u, tak jak w społeczeństwie, ludzie podchodzą bardzo różnie. Jedni chcą ostro rozliczać i karać zamieszanych w brudne historie, inni twierdzą, że nie sposób dziś oceniać tamtych czasów ani zweryfikować wiarygodności wyciąganych dokumentów.

Po której stronie sporu Ksiądz stoi?

Osobiście uważam, że najlepiej byłoby, gdyby archiwa pozostały zamknięte na dalsze 50 lat. Ale w sytuacji ich częściowego otwarcia, należałoby otworzyć je już do końca, ponieważ dokumenty podsuwane przez IPN pojawiają się partiami: już niby poznaliśmy historię człowieka, a po czasie pojawiają się inne wersje tej samej sprawy. Ludzie żyją pod pręgierzem historii: zastanawiają się, czy przypadkiem, nawet wbrew własnej woli, nie byli w coś uwikłani. Nie zazdroszczę tym, którzy tego doświadczają. Sam byłem ordynowany w styczniu 1989 r., więc ta historia mogłaby mnie dotyczyć — nie dotyczy, choć dotknęła moich starszych kolegów. Pracując w Komisji, przekonałem się o postawach heroicznych, ale też o upadkach. Najwięcej do myślenia dały mi jednak kuriozalne, spreparowane rozmowy, w których esbecy nie dbali choćby o zachowanie podstawowych faktów co do danej osoby.

Sprawa bp. Jaguckiego była dla Księdza ciosem?

Dużym zaskoczeniem. A jej zakończenie — jedną z najcięższych decyzji, którą podejmowałem, jak każdy członek Komisji, a potem Synodu, we własnym sumieniu. Wierzę w mądrość kolektywną. Nie chodzi o rozmycie odpowiedzialności, ale możliwe oddalenie błędu. Dziś jest nowy biskup i nowe rozpoczęcie — nie wracamy już do przeszłości.

A jak na wybór na biskupa zareagowała żona?

Ten wybór oznacza w naszym życiu nawet nie ewolucję, ale rewolucję: nowi ludzie, nowe miejsce służby i zamieszkania. Beata jest moim doradcą, wspólnie ocenialiśmy moje umiejętności i braki. W naszym Kościele pastorowe odgrywają wielką rolę, choć funkcjonują nieformalnie, bez wynagrodzenia. Prowadzą szkółki niedzielne, czyli nabożeństwa dla dzieci z przystępnie opowiedzianą Ewangelią, prowadzą dom pastorski, stają się powierniczkami ludzkich spraw.

Dostałem pełne wsparcie ze strony żony, ale decyzję podejmowałem sam. Beata jest moim przyjacielem i doradcą. Tak jak kończąc szkołę podstawową w rodzinnym Puńcowie pod Cieszynem, rodzice pozostawili mi całkowitą wolność, co do wyboru szkoły średniej: „Będziemy cię wspierać, ale wybierz sam”. Więc najpierw była euforia, a potem ciężar odpowiedzialności. Wtedy musiałem zadać sobie po raz pierwszy pytanie, kim chciałbym być, w czym będę szczęśliwy. Wybrałem technikum rolnicze, bo szkoła miała wysoką renomę, ale też rolnictwo było moją pasją.

Jak to było wychowywać się w katolickiej Polsce?

Zapraszam na Śląsk Cieszyński, gdzie są miejscowości z większością ewangelików. W samej mojej gminie Goleszów połowa mieszkańców to ewangelicy. W szkole podstawowej było tak samo: mieliśmy w klasie połowę ewangelików, połowę katolików. Na lekcje religii chodziliśmy do swoich kościołów. Czasem na boisku graliśmy w piłkę ewangelicy na katolików...

I kto wygrywał?

Jedni i drudzy, inaczej nie byłoby zabawy. To był równie dobry podział, jak na mieszkających powyżej i poniżej szkoły. Wyniosłem z młodości przyjaźnie i dziś widzę, że w ogóle nie miała dla nas znaczenia przynależność wyznaniowa.

Inaczej jest na Górnym Śląsku, gdzie przed wojną nawet 20 proc. mieszkańców było ewangelikami, a dziś są dzieci, które są jedynymi ewangelikami w szkole. Albo weźmy Gliwice: przed wojną 12 tys. ewangelików, dziś 500 — a miasto ma ok. 200 tys. mieszkańców.

Trudno być niekatolikiem w Polsce?

Ja nie odczułem trudności. Wychowałem się na Śląsku Cieszyńskim, a potem cieszyłem się autorytetem duchownego. Dla wielu dzieci problemy mogą się pojawiać przy okazji katolickiej Pierwszej Komunii. „A dlaczego ty nie idziesz?”. I ośmiolatek musi umieć odpowiedzieć na pytanie, dlaczego jest ewangelikiem i co w tym jest tak istotnego, że jest inny od reszty kolegów. Rodzice wykonują dużą pracę, ale wiele zależy od katolickich katechetów, którzy mogą klasie wyjaśnić, w czym rzecz, i dzieci są wtedy akceptowane. W zdecydowanej większości tak jest, przynajmniej na Górnym Śląsku.

Jak sobie Ksiądz wyobraża współpracę z Kościołem katolickim?

Współpraca musi opierać się na wzajemnym szacunku i poszanowaniu godności partnerów. Nie może polegać tylko na pustych gestach. Musi być rzeczywistą współpracą. Oczywiście symbole są ważne, ale ich istota polega na tym, żeby po nich działo się coś więcej — od samego podania sobie ręki niewiele się zmieni.

Niedawno minęło 10 lat od podpisania wspólnej deklaracji o usprawiedliwieniu, wielkiego osiągnięcia ekumenicznego. Katolicko-luterański dokument uporządkował po 500 latach sporną kwestię rozumienia zbawienia w kontekście łaski i uczynków.

Zgadza się, choć w Kościele katolickim szybko pojawił się dokument „Dominus Iesus”, obwieszczający m.in., że poza katolickim, nie tworzymy Kościołów „w sensie właściwym”. Ważniejsze z mojej perspektywy niż samo podpisanie deklaracji, były rozmowy, spotkania przy jednym stole. To skutkuje: mamy już dokument o wzajemnym uznawaniu chrztów, trwa opracowywanie dokumentu nt. małżeństw mieszanych. Małżeństwa mieszane wyznaniowo to poważny problem, zwłaszcza dla nas, w porównaniu do ponad 90. proc. populacji katolików, gdzie małżeństwa mieszane to margines. Szacuję, że u nas zawieranych jest ok. 50 proc. małżeństw mieszanych. Dlatego liczymy na dokument, dzięki któremu narzeczeni bez nacisków Kościołów zadecydują, gdzie chcą się pobrać i jak wychowywać dzieci.

Ksiądz spotyka się przy jednym stole z katolikami?

Oczywiście, przyjaciół mam też wśród księży katolickich. W Gliwicach Łabędach prowadzimy raz do roku na przemian nabożeństwa, a potem spotykamy się na agape — wtedy czuć bliskość, kiedy przy kawie i cieście rozmawia się ze swoim sąsiadem katolikiem czy ewangelikiem.

Z katolickimi przyjaciółmi ma Ksiądz z pewnością katalog tematów spornych. Kościół luterański zajął stanowisko w sprawie in vitro, które można streścić jako „tak dla in vitro, nie dla mrożenia zarodków”. Osobiście zajmuje Ksiądz to samo stanowisko co Kościół?

Stanowisko wypracowaliśmy po licznych wykładach, sympozjach, raportach z badań. Gdybym rozmawiał duszpastersko z parą, która rozważa in vitro, najpierw zwróciłbym uwagę na spustoszenie, jakie ta metoda sieje w organizmie kobiety przez rozchwianie gospodarki hormonalnej. Takich konsekwencji często się nie zna. Zachęciłbym do adopcji. Poza tym nasze stanowisko, gdyby zostało też przyjęte przez parlament, zmusiłoby naukowców do pracy nad udoskonaleniem metody, by nie była tak inwazyjna i by skuteczność wykorzystania zarodków była maksymalnie wysoka. Ograniczenia są twórcze, mogą więc zbliżać do najlepszego rozwiązania. Bez nich człowiek idzie po linii najmniejszego oporu.

Druga kontrowersyjna sprawa to małżeństwa homoseksualne, wprowadzone np. przez luteran szwedzkich.

Kościoły luterańskie są autonomiczne. To, że w Szwecji udziela się ślubów kościelnych czy ordynuje na duchownych osoby homoseksualne, nie oznacza, że tak musi być w Polsce. I jestem przekonany, że większość członków naszego Kościoła jest przeciwna takiej praktyce. Synod będzie o tym dyskutował podczas wiosennej sesji. Osobiście też jestem przeciw. Chodzi o wierność Bożemu Słowu, tak jak w Kościele katolickim: potępiamy grzech, ale nie grzesznika. Formalne akceptowanie grzechu jest zamachem na Boże standardy zapisane w Biblii. Tak samo nie udzieliłbym ordynacji osobie zażywającej narkotyki, choć wiem, że to zestawienie i poglądy nie są we współczesnej Europie akceptowane. Boże Słowo zapowiada, że życie chrześcijańskie łączy się z brakiem pełnej akceptacji i powoli — a może szybko — nadchodzą czasy, kiedy będzie trzeba się opowiedzieć, czy jestem wierny Bogu, czy temu, co głosi świat, i czy idę na kompromisy z Bożym Słowem.

Luteranie Szwedzcy poszli
na kompromis?

Nie chcę ich oceniać. Ta sytuacja uczy, że rozdział Kościoła od państwa, czego brak w Szwecji, a państwo pierwsze wprowadziło małżeństwa homoseksualne, jest ze wszech miar dobry.

A kobieta-biskup jak w Niemczech
czy Wielkiej Brytanii?

To konsekwencja ordynacji kobiet, której w Polsce nie ma. Synod już się tą sprawą zajmuje. Na poziomie teologicznym nie ma przeciwwskazań. Są jednak poważne zastrzeżenia ze względu na aspekty społeczne, socjalne czy ekumeniczne, które musimy zbadać.

Jak Ksiądz rozumie Chrystusowe wezwanie: „aby byli jedno”?

Tak jak ono brzmi, choć nie jestem naiwny. Już uczniowie Jezusa byli podzieleni, zbór w Jerozolimie był inny niż w Antiochii, różny był stosunek do religii żydowskiej, Paweł walczył z tymi, którzy nakazywali poganom obrzezanie. Sformułowanie o jedności w różnorodności rozumiem jako jedność w wierze — w wewnętrznym zaufaniu Chrystusowi, które jest niezależne od kościelnej przynależności. 

Rozmawiał Tomasz Ponikło

 

Bp Jerzy Samiec (ur. 1963) jest duchownym luterańskim. Był proboszczem parafii w Gliwicach i prezesem Synodu, a od 6 stycznia 2010 r., jest biskupem Kościoła Ewangelicko--Augsburskiego w Polsce.


tygodnik.onet.pl


opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: ekumenizm Protestanci kapłaństwo kobiet lustracja małżeństwa mieszane in vitro Luteranie zagadnienia moralne ordynacja homoseksualistów
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W