Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

ks. Andrzej Luter

Kościół z ludzką twarzą

Zbigniew Nosowski sklasyfikował katolików polskich (jego analizę opublikowała styczniowa „Więź” i „TP” nr 3/10). Naczelny „Więzi” z precyzją socjologa opisuje różne nurty ideowe w polskim Kościele.

Mam jednak wrażenie, że „polskie katolicyzmy”, nie po raz pierwszy dyskutowane, to konstrukcje mocno teoretyczne, próbujące usystematyzować rzeczywistość kościelną, ale ją upraszczające. To raczej pewne style uprawiania publicystyki przez katolików. Zbyt często projektuje się klasyfikację w taki sposób, żeby wykazać, że jest się w środku pomiędzy jakimiś skrajnościami.

Osobiście nie mam zamiaru sytuować się w żadnym środku. Nie potrafię także odnaleźć się w żadnym z czterech typów Nosowskiego, szczególnie w Kościele twierdzy czy walki, ale także w Kościele prywatnym, bo nie wiem dokładnie, co ta „prywatność” miałaby oznaczać. W pełni akceptuję postawę dialogiczną, tylko dlaczego od razu wyodrębniać „katolicyzm dialogu”?

Otwarcie

Tak naprawdę istnieje według mnie tylko katolicyzm otwarty, bo jaki inny może istnieć? Powiem więcej: żadnego innego katolicyzmu nie znam. Nie bardzo widzę, co można mu przeciwstawić. Otwartość chrześcijaństwa wynika z postawy Jezusa, a więc istnieje od samego początku: „nie przyszedłem do tych, którzy się dobrze mają”. Prawdziwy Kościół Chrystusowy, który trwa w Kościele rzymskokatolickim — ale nie tylko w nim wyłącznie, bo i poza nim znajdują się liczne dobra zbawcze i prawdy wypływające ze wspólnego dziedzictwa apostolskiego — ten Kościół, w który wierzę, z Apostołów i Męczenników, ożywiany przez Ducha Świętego, w istocie swej jest otwarty na każdego człowieka, na świat, jest śmiałym zanurzeniem się w mętne i groźne wody jeziora, jakim jest historia. Kościół powinien nieustannie, narażając się na odrzucenie, pokornie, ale też z radością i afirmatywnie wobec świata, wychodzić naprzeciw człowieka w poszukiwaniu człowieka. Jak św. Paweł, jak św. Franciszek.

Kościół otwarty to Kościół o ludzkiej twarzy, miłosierny, odważny, nieszukający swego, mądry, cichy, choć „głośny” w głoszeniu zasad prawdziwie ewangelicznych, i skromny... Chrystus jest wzorem otwartości: kimś, kto z „miłującym krytycyzmem” inspiruje człowieka, przychodząc do najbardziej odrzuconych i znienawidzonych. Nie szuka bezpieczeństwa, nie chowa się za instytucją, ale szanując ludzką wolność wzywa do nadstawiania drugiego policzka i niestawiania oporu złemu, co wcale nie oznacza relatywizmu czy naiwności.

Widzę żywą tkankę takiego Kościoła także w Polsce: cierpliwa posługa w konfesjonale wielu mądrych księży, dobra liturgia, służba biednym i wykluczonym, towarzyszenie chorym i umierającym, apostolstwo wśród poszukujących... Ale w debatach publicznych, a także w zwykłych rozmowach, dominuje obraz Kościoła sklerykalizowanego, zajętego czymś innym: umacnianiem socjologicznego, prawno-politycznego i materialnego stanu posiadania, posługującego się językiem patriarchalnym, językiem nakazów i konfrontacji, a nie językiem wolności i dialogu.

Można się buntować i uznać, słusznie poniekąd, taki obraz Kościoła za wykrzywiony i niesprawiedliwy. Istnieją przecież ideolodzy, którym samo istnienie Kościoła uwiera, i dlatego cieszą się, kiedy znajdują godnych siebie fanatyków po stronie katolickiej, wtedy ich obraz Kościoła krzewiącego niebezpieczny „mit” o zbawieniu potwierdza się, i wszystko staje się jasne. Obydwie strony mogą swobodnie hasać w stworzonej na swój użytek nierzeczywistości. Ale nie o nich mi chodzi. Należałoby się po prostu zastanowić, dlaczego wizerunek triumfalistyczny i fundamentalistyczny wygrywa w przestrzeni publicznej z wizerunkiem otwartym. Może jednak dajemy powody do takich uogólnień?

Anachronizm

Katolicyzm otwarty jest dzisiaj traktowany jak relikt przeszłości, co niektórzy ideolodzy triumfalnie opisywali w swoich niszowych „jedynie prawdziwych” periodykach. Z nieukrywaną radością odnotowują fakt — nie do końca prawdziwy — że dawne środowiska intelektualne Kościoła otwartego: „Tygodnik”, „Znak” i „Więź”, po ludzku się wyczerpały, a w nowej rzeczywistości nie potrafią się odnaleźć, bo nie zapuściły głęboko korzeni. A zatem Kościół otwarty to według takich ocen anachronizm; życzliwsi mówią, że owszem, to szlachetna, soborowa formacja, ale przeminęła bezpowrotnie.

No więc, przyznaję się bez bicia: jestem anachroniczny. Zgadzam się z opinią, że nie istnieje żaden Kościół łagiewnicki i toruński, to tylko niemądre hasła głoszone kiedyś przez Jana Rokitę i bezkrytycznie podjęte przez publicystów, bo upraszczały im rzeczywistość i zwalniały z myślenia. Istnieje jednak Kościół otwarty. I Kościół nie może być inny!

Przed napisaniem tego artykułu rozmawiałem ze studentami i niedawnymi absolwentami wyższych uczelni z Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Wydają ciekawe i odważne pismo „Kontakt”. Robią to z pasją. Uznają się za katolików otwartych, są mocno przywiązani do tego określenia, bo taką postawę uznają za prawdziwie ewangeliczną. Podobnie jak dla mnie, symbolami otwartości są dla nich Hanna Malewska, Jerzy Turowicz i ks. Józef Tischner. I oczywiście Jan Paweł II, choć powszechna i bezrefleksyjna cytatologia papieska, banalizuje i wykrzywia prawdziwe przesłanie Karola Wojtyły.

Odrzucają dychotomię otwarty—zamknięty, gdyż łatwo wtedy zwekslować dyskusję na tor uproszczonej i wygodnej argumentacji, traktującej otwartość jako skrajność. Poza tym nie da się być uniwersalnie otwartym, nie można się zatrzymać w nieruchomym punkcie „absolutnej równowagi”. Młodzi katolicy z  „Kontaktu” postawę otwartą wiążą ściśle z otwartością intelektualną — chodzi więc o krytyczność i samokrytyczność. Rozum jest dla człowieka darem, ale i pułapką („szaleństwo rozumu”), w którą tak łatwo wpaść. Czy postąpimy dobrze, odrzucając go? Oczywiście nie. Człowiek chciałby jednak wiedzieć jak najwięcej, nad wszystkim zapanować swoim rozumem. To niemożliwe — wiemy o tym od momentu grzechu pierworodnego — i dlatego wątpi. Ale wątpienie — wg studentów z KIK-u — nie musi oznaczać kryzysu duchowego, wręcz przeciwnie — może świadczyć o autentyczności wiary, o jej żywotności, jeśli ów stan niepewności związany jest z kondycją człowieka autentycznie wierzącego, którego intelekt natyka się na coś, czego nie jest w stanie do końca sobie przyswoić.

Wątpienie może zatem „napędzać” wiarę, ale nie może jej zastąpić. Wiara nie jest wiedzą i nie dotyczy czegoś, co można nazwać „prawdziwym” bądź „fałszywym”. Bóg jest ponad to, nie mieści się w kategoriach ludzkiego rozumu. Wiara jest wolnym aktem człowieka, decyzją — ale nie wziętą z powietrza, jest odpowiedzią człowieka na głos Boga, jest powiedzeniem Bogu „tak”. Przy takim rozumieniu istoty wiary i wątpienia naturalnym partnerem do dialogu staje się każdy, kto jest w stanie myśleć w podobny sposób — także wyznawca innej religii, ateista, agnostyk. A „antypartnerem” — każdy rodzaj fundamentalizmu. Miłość jest fundamentem, a fundamentalizm jest jej zaprzeczeniem.

Otwartość to także postulat moralny, to wypełnianie przykazania miłości pojętego w sposób radykalny (szanowanie cudzej wolności przy jednoczesnej gotowości do zrezygnowania z własnej).

Naprzeciw

Katolicyzm otwarty powinien być zatem postawą, która dąży do zrozumienia współczesnego świata z jego problemami w sposób empatyczny, pełen miłosierdzia i pokory, ale też odwagi do działania. Nikt nie rozumie do końca tego, co dziś się dzieje ze światem, a dzieje się dużo i szybko, ludzie raczej „spalają się” w możliwościach, jakie daje świat, bez refleksji; sami często czują się opuszczeni i brakuje im właśnie zrozumienia. I to jest wyzwanie dla katolika otwartego — wyjść światu i ludziom naprzeciw, rozmawiać z nimi, nie potępiając z góry. W ogóle nie potępiając! Nie oznacza to, że mamy zmieniać naszą postawę czy system wartości pod wpływem tego, jak zmienia się świat. Przeciwnie, bazując na wierze i wartościach chrześcijańskich i na całym bagażu nauczania Kościoła, który mamy, powinniśmy starać się zrozumieć innych i jednocześnie pomagać im, zachowując proporcje między zrozumieniem a działaniem.

Kościół otwarty zbudowany jest zatem na niepodważalnym fundamencie chrześcijańskim. Inaczej być nie może. Pewność fundamentu daje Kościołowi możliwość przyjęcia postawy otwartej — chłonącej to, co najlepsze, także z innych, pozakatolickich systemów wartości i ich interpretacji. Kościół otwarty to Kościół świadectwa, i dopiero świadectwo jest źródłem nawrócenia innych. Nie idę zatem, żeby nawracać, bo ta tajemnicza przemiana człowieka dokonuje się dzięki Bogu. Idę, żeby być z bliźnim — konkretnym, pojedynczym człowiekiem. Chodzi zatem o Kościół, którego członkowie swoim życiem pokazują drogę, o Kościół unikający łatwej pokusy stygmatyzacji, niewyszukujący „etatowych gorszycieli”.

Przeżywamy cywilizacyjny skok, z wszystkimi pozytywami i negatywami tego zjawiska. Cokolwiek będzie się działo, trzeba się trzymać Ewangelii i być blisko człowieka, a to wymaga nie retoryki pouczeń na mocy autorytetu, lecz szukania nowych form obecności, towarzyszenia ludziom zagubionym i błądzącym. Wielkie wyzwania przed nami. I nic tu nie pomoże katolicka „poprawność polityczna”, tak łatwo kapitulująca wobec postaw fundamentalistycznych i rozmywająca istotę otwartości.

Trzeba mocno zaznaczyć, że „otwartość” nie oznacza wchłaniania wszystkiego. Katolik otwarty nie może być „poprawny”, powinien zabierać głos wyraziście, diagnozując dogłębnie kulturowe, cywilizacyjne, a jednocześnie duchowe wyzwania, stojące przed Kościołem w Polsce, nie zagłuszając przy tym rytmu liturgicznego: bo Eucharystia będzie zawsze w centrum. Słuchając Miszy, Cyryla, Kasi, Janka, Maćka i Mateusza z KIK-u, nabrałem optymizmu.  


tygodnik.onet.pl


opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: poprawność polityczna katolicyzm anachronizm ideologia Klub Inteligencji Katolickiej kryzys duchowy katolicyzm otwarty KIK
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W