Rodzina w kościele. Mama, tata i czterech synów. Najbardziej przykuwał uwagę najstarszy, z wyraźnymi objawami autyzmu. W oczach ojca można było dostrzec nie uciemiężenie, ale raczej jakieś pogodzenie połączone z mądrością, którą może dać jedynie w Bogu przeżywane turbodojrzewanie w trudnej sytuacji. Ta świętość nie może wyparowywać po wyjściu z kościoła – zauważa Sławomir Zatwardnicki.
Tysiąc rozproszeń w czasie Mszy, które mogłyby się pojawić, skupiłem tego dnia w jedno. Obserwowałem ich przez cały czas, dzieliła nas odległość kilku ławek. My z żoną akurat sami, bez dzieci (córka i czterech synów, w tym jeden w spektrum), a oni rodzinnie: tato, mama z bobasem nieokreślonej z tej odległości płci w nosidełku (żeby było „symetrycznie”, załóżmy że to była córeczka), tato i czterech synów. Najbardziej przykuwał uwagę najstarszy z ich synów, z wyraźnymi objawami autyzmu. Ojciec trzymał go przez większą część czasu za rękę, stali najpierw obok ławki. Nazwijmy go Janek, bo przecież, gdyby inne czasy i gdyby nie dana mu była łaska urodzenia się w tej rodzinie i w mieście, spokojnie mógłby odegrać rolę wiejskiego „głupiego Jasia”. Więc ten Janek kiwał się na boki, jakby był na charyzmatycznym uwielbieniu, albo jakby sam kołysał dziecko; być może ręka taty działała na niego kojąco, i gdyby nie ona, wypadłby poza tę określoną orbitę ruchów. W którymś momencie mama podeszła i, jak to mama, okazała miłość delikatnie odgarniając włosy z Jankowego czoła. Po pewnym czasie Janek usiadł w ławce i oglądał się za siebie, szczerząc przez chwilę zęby jakby był w jakiejś ekstazie, której niestety nikt nie podzielił, a całkiem prawdopodobne, że nawet nie dostrzegł.
Największe moje zainteresowanie wzbudził ów tato Janka, i jego stosunek do syna. W jego oczach dostrzegłem nie uciemiężenie, ale raczej jakieś pogodzenie połączone z mądrością, którą może dać jedynie w Bogu przeżywane turbodojrzewanie w trudnej sytuacji. Taki, pomyślałem sobie, poznał życie od podszewki, nie ulegnie standardowym pokusom podsuwanym mu przez kolegów z pracy. I jeszcze wyrazy niepełnej, ale niekłamanej radości wiary na ojcowskiej twarzy. Rozumiałem, że jest to pogodzenie nie tego rodzaju, gdy ktoś przez zęby wypowiada „niech się dzieje wola Boża”, i w całożyciowym udręczeniu czeka na przyszłą dopiero radość, nieznaną w jego obecnym życiu. (Po tym zresztą można chyba poznać prawdziwego chrześcijanina, że doświadcza już w tym życiu nie samego ukrzyżowania, ale i zmartwychwstania w Chrystusie?). Patrzyłem na to małżeństwo, zwłaszcza na mężczyznę, ze szczerym podziwem czy wręcz zazdrością – ale taką Bożą, mam nadzieję, zdrową, a nie chorobliwą; obserwowałem go świadomy wszystkich swoich słabości, zwłaszcza okazywanych w relacji z moim Jankiem. Miałem tego dnia oczy do patrzenia, żeby dostrzec świętość. Zapewne nie jedną w tym kościele, ale na więcej nie starczyło mi oczu, bo choć ślipia mam dwa, to ciągle chodzą w parze. Nie gorszyłem się zanadto, że inni mogą tej świętości nie rozpoznać.
Zastanawiałem się, jak wygląda ich codzienne życie, jak tato Janka zachowuje się od poniedziałku do soboty, jak troszczy się o niego w sprawach ludzkich. Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością trzeba przyjąć, że bywa różnie. Że w zmęczeniu i utrudzeniu zdarzają się upadki, po których przyjdzie zapłakać (tacy mężczyźni płaczą, a jakże). Zdając sobie sprawę ze swoich skłonności do idealizacji, założyłem, że procentu świętości w tej świętości jest być może mniej, niż chciałem przyznać temu nieznanemu człowiekowi w akcie samozwańczej kanonizacji niepoprzedzonej dogłębnym badaniem heroiczności cnót. Ale przecież ta świętość, niewidoczna być może dla nich samych, nie może wyparowywać po wyjściu z kościoła, o nie. W różnych proporcjach miesza się zapewne z nieświętością, można przypuszczalnie mówić o spektrum świętości, o różnym natężeniu świętości i jej objawów, ale świętość jako świętość pozostaje. Bogu i Jego opatrznościowym patrzałkom nie ucieka z pola widzenia ten człowiek i jego syn.
***
Zamiast wyjaśnienia przypowieści zadam jedynie retoryczne pytanie Czytelnikowi. Czy rodzice tych pięciorga dzieci naśladują Chrystusa czy nie? Jest tato „Jasia” uczniem Pana czy też odmówimy mu tego miana, niezdolni do oderwania wzroku od tych form kroczenia za Panem, które udało nam się wyczytać z kart Ewangelii? Zamiast chodzić parami, powinny oczy rozdzielić się czasem, niech jedno spogląda na uczniów ziemskiego Jezusa, a drugie wypatruje śladów, po których idą współcześnie podążający za Panem, którzy odpowiedziawszy na Jego wezwanie znaleźli się w spektrum świętości.
Tekst jest fragmentem przygotowywanej przez autora książki pt. Jak (nie)naśladować Chrystusa?