Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Ks. Jacek Prusak SJ

Zabobony trydentynizmu

Piotr Kaznowski pomylił moje poglądy z poglądami rzeczników progresizmu — ja nie wierzę w „ducha czasów”, tylko w Ducha Świętego. Zadaniem chrześcijanina jest przełożenie wiary na pytania i problemy teraźniejszości.

Polemiczny tekst Piotra Kaznowskiego przeczytałem z mieszanymi uczuciami. W niewielkim tylko stopniu jest on rzeczową polemiką z moimi tezami, bardziej amatorską diagnozą mojej osobowości i ściągą z książki Mateusza Wernera „Wobec nihilizmu”, która ani nie jest napisana przez teologa, ani nie dotyczy tematów, które poruszałem.

To, co wieści Werner w sprawie „projektu nowoczesności”, nie wyznacza mojej perspektywy badawczej i stanowi wątpliwą podpórkę dla uzasadnienia teologicznej tezy de Lubaca, że „albo natura zostanie schrystianizowana, albo chrześcijaństwo znaturalizowane”. Wypominanie mi w tym kontekście „uproszczonej dialektyki dobrego-złego” i posądzanie o „gnostyckie bluźnierstwo” z powodu „snucia wizji oscylujących między czasem sprzed grzechu pierworodnego a millenarystycznym eschatonem zrealizowanego Soboru” to popis słownej żonglerki nastawionej na wywołanie emocji, a nie racjonalna ocena moich wypowiedzi.

Rozumiem jednak, że Kaznowski jako historyk filozofii nie musi zdawać sobie sprawy z istnienia różnicy w napięciu pomiędzy eschatologią kontynuacji (ciągła linia pomiędzy obecną aktywnością człowieka a eschatologicznym dopełnieniem w celu dowartościowania obecnej aktywności) a eschatologią dyskontynuacji, podkreślającą transcendentalny wymiar dopełnienia i wskazującą niebezpieczeństwo niedocenienia obecnej historii. Sobór nie zrealizował żadnego „millenarystycznego eschatonu”, jest natomiast „nową epifanią” według słów („wizji”) Jana XXIII z 6 lutego 1962 r. Kaznowskiemu proponuję oprócz doczytania historii Soboru lekturę ważnej książki dobrze zapowiadającego się teologa o. Piotra Napiwodzkiego OP pt. „Bliżej, niż się wydaje. O końcu świata, millenaryzmie i chrześcijańskiej nadziei” (W drodze 2010), która wskaże mu, jak myśleć o eschatologii w teologicznych, a nie filozoficznych kategoriach.

Czytelnikom zostawiam ocenę, który z nas jest „fundamentalistą”. Po reakcji Kaznowskiego widzę, że moja wcześniejsza diagnoza pewnego typu mentalności trafiła w jego czuły punkt, skoro od tego zaczął polemikę. Nie będę się odnosił do socjologicznych analiz „ponowoczesności jako źródła cierpień”, bo mam ten przywilej, że w odróżnieniu od prof. Zygmunta Baumana, którego pisarstwo bardzo sobie cenię, w ocenie historii odwołuję się do wiary i z niej czerpię nadzieję, a cierpiętnictwo neotradycjonalistów uważam za religijną postać nerwicy naszych czasów. Nieprzepracowana żałoba po dawnej i w dużej mierze zmitologizowanej „Christianitas” nie pozwala im żyć w teraźniejszości otwartej na przyszłość, więc melancholię utożsamiają z pobożnością.

Deformacje trydentynizmu

Nie jestem tak naiwny, aby twierdzić — co przypisuje mi Kaznowski — że „Vaticanum II było rzeczywistością interpretacyjnie oczywistą”. W odróżnieniu od jego środowiska rozróżniam Sobór Trydencki i jego nauczanie od „trydentynizmu”, a więc „obejmującego wszystko systemu teologii, etyki, chrześcijańskiej moralności, pobożności, liturgii, organizacji i Rzymskiego centralizmu”, który rozwinął się jako pokłosie tamtego Soboru w reakcji na modernizm. Neotradycjonaliści wciąż postrzegają Kościół jako societas perfecta, a zamiast eklezjologii uprawiają „hierarchologię”. Zjawiskiem tym od strony teologicznej zajął się Yves Congar OP, z perspektywy historycznej zostało ono zrekonstruowane przez wybitnego znawcę historii soborów Giuseppe Alberigo.

Nie ma tu miejsca na wchodzenie w szczegóły, ale hermeneutyka Vaticanum II, do której się odwołuję, podkreśla, że Sobór ten w żaden sposób nie odszedł od nauczania dogmatycznego Trydentu, tylko przestał go traktować jako „probierz katolicyzmu i czystej wiary”. Na Soborze Watykańskim II Tradycja przestała być rozumiana w świetle Trydentu; natomiast Trydent został odczytany w świetle Tradycji. Określenie „hermeneutyka reformy” jest mylące, ponieważ to Sobór Trydencki, a nie Watykański II, miał za cel reformę Kościoła. Ostatni Sobór określał swoją misję w kategoriach „odnowy” poprzez wierność Tradycji i odczytywanie „znaków czasu”. Trydent nie został przez niego anulowany, ale „skontekstualizowany”.

Jeśli więc Kaznowski zarzuca mi „błąd hermeneutyczny”, to dlatego, że obce jest mu to fundamentalne rozróżnienie i odrzuca próbę adaptowania idei postępu do rzeczywistości wiary poprzez przyjmowanie perspektywy rozwoju dogmatów. „Projekt nowoczesności” nie jest dla mnie probierzem oceny Vaticanum II i jego recepcji, ani dowodem na to, że w czasach „postchrześcijańskich” jedynymi łącznikami z „doświadczeniem Apostołów i Ojców” są neotradycjonaliści. Kościół musi ciągle uczyć się, jak antycypować swoją przyszłość przez rewizję swojej przeszłości — ecclesia semper reformanda.

„Symboliczne niuanse doboru papieskich paramentów”, które Kaznowski uznaje za jedno z kryteriów „hermeneutyki ciągłości” — to wydaje mi się co najmniej kuriozalne. Jestem pełen podziwu dla rzemiosła krawca watykańskiego, ale uznanie „watykańskiej mody” za kryterium dogmatyczne, a papieskiego krawca za „strażnika ortodoksji” to nie sprawa gustu, tylko kiepskiej teologii.

Rozwój dogmatów to fakt

Lęk przed nowością to istotny składnik tożsamości neotradycjonalistów, ale Kaznowski pomylił moje poglądy z rzecznikami progresizmu. Ja nie wierzę w „ducha czasów”, tylko Ducha Świętego, natomiast bliska mi jest teologia wynikająca z „kontestacji ewangelicznej”, według której chrześcijanin działając w imię Ewangelii stara się dostosować do norm dominujących w nowoczesnym społeczeństwie, nie po to jednak, żeby je traktować jak Ewangelię, ale po to, żeby przełożyć wiarę chrześcijańską na pytania i problemy teraźniejszości. A to oznacza również przekład wcześniejszego rozumienia na rozumienie obecne.

Jak pisze Gisbert Greshake, „w nowych sytuacjach i kontekstach problemowych wierze stawia się bowiem nowe pytania, które rzucają nowe światło również na nią samą i skutkują »wyprowadzeniem« z niej treści i konsekwencji dotychczas niedostrzeganych albo nieuwzględnianych z należytą wyrazistością”. Takie było przesłanie Vaticanum II w jego odnowie i aggiornamento. Zgadzam się z tezą, że „glebą dla Kościoła jest liturgia” — i bardzo bym chciał, by więcej było w niej ciszy i skupienia. Przywracanie jednak łaciny i kadzidła do Mszy św. to nie powrót do „nieskażonej postchrześcijaństwem” liturgii, tylko estetyzacja rytuału. Tu nie chodzi o jakieś „doświadczenie sacrum”, ale pamiątkę i antycypację „wydarzenia Jezusa”. Pamiątkę zwycięstwa, a nie tylko męki, które już nastąpiło, i oczekiwania (aktywnego) na jego spełnienie. Msza św. to nie prywatna modlitwa księdza czy praktyka duchowa. Wynaturzenia w liturgii miały miejsce na przestrzeni dziejów, a nie jedynie po odnowie soborowej. Jeśli ktoś nie umie rozmawiać z Bogiem w „swoim języku”, to łacina mu w tym nie pomoże. Bóg nie słucha nas jak dyktafon.

Kościół ma przed sobą przyszłość, nie musi być sprowadzany do skansenu przez lubiących folklor katolików. Niech żyje Sobór, który nas uwolnił od zabobonów trydentynizmu! 


tygodnik.onet.pl


opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Jan XXIII Sobór Watykański II Gaudium et spes Vaticanum II centralizm lefebryści ryt trydencki zmiany w liturgii neotradycjonaliści Guido Marini reforma reformy hermeneutyka ciągłości trydentynizm