Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Maciej Müller, Tomasz Ponikło

W dwa ognie

Trzy czwarte Polaków uważa, że Kościół daje właściwe odpowiedzi na pytania duchowe, ale niespełna jedna trzecia znajduje w nim odpowiedzi na zagadnienia społeczne. Wniosek: trzeba przedstawiać argumenty, a nie tylko wyrażać stanowisko.

Zimna wojna religijna

Po przełomie 1989 r. Kościół zaczął grać pierwsze skrzypce w dyskusjach ustrojowych i osiągał coraz to nowe zdobycze: religię w szkole, kapelanów w armii i policji, słowa „tak mi dopomóż Bóg” w przysiędze żołnierskiej, religijną oprawę uroczystości państwowych. W pierwszych latach III RP, okrzykniętych mianem „zimnej wojny religijnej”, w mowie hierarchów słychać było triumfalizm, a na krytykę swego postępowania niektórzy reagowali alergicznie — np. bp Adam Lepa pisał o „sowietyzacji kultury”, przepełnionej coraz głębszym antyklerykalizmem („Niedziela” 21 marca 1993). Publicyści z przeciwnej strony barykady straszyli „teokracją” i budową państwa wyznaniowego.

Ówczesny klimat pokazuje historia z grudnia 1989 r. Posłowie Sejmu kontraktowego przygotowywali ustawę o powrocie do przedwojennej nazwy kraju i dawnych symboli narodowych. Marek Jurek, poseł ZChN-u z listy Komitetu Obywatelskiego, zakończył w Sejmie przemówienie słowami: „Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem Polska jest Polską, a Polak Polakiem”. I wnioskował, żeby herbowy orzeł miał na głowie zamkniętą koronę zwieńczoną krzyżem.

Józefa Hennelowa, redaktor „TP”, a wówczas posłanka, wkrótce potem uczestniczyła w spotkaniu w krakowskim Klubie Inteligencji Katolickiej. Część zebranych zarzuciła jej walkę z krzyżem. — Dyskusja zarówno w klubie, jak i w Sejmie, wyglądała podobnie: z tezą, że korona z krzyżem jest idealną formą symbolu narodowego — wspomina. — Nawet w środowisku kikowskim było widać rozłam: jedni podkreślali, że Polska jest dla wszystkich, nie tylko wierzących, drudzy, że Kościołowi należy się rola przewodnia.

Katolik na katolika

Choć zagrożenie „teokracją” nigdy nie było po 1989 r. realne, to sposób, w jaki hierarchia dochodziła swoich postulatów, bywał, delikatnie mówiąc, niezręczny.

Pomińmy zaangażowanie ludzi Kościoła w kampanie wyborcze. Dość wspomnieć, że wykorzystywanie ambony do wskazywania jedynie słusznych kandydatów okazało się mało skuteczne (vide kiepski wynik Wyborczej Akcji Katolickiej w 1991 r.), a słynna wypowiedź ówczesnego ordynariusza gorzowskiego bp. Józefa Michalika: „Katolik głosuje na katolika, Żyd na Żyda, a mason na masona” do dziś stanowi wyśmiewany symbol tamtych błędów.

Zresztą „politycy katoliccy” nie gwarantowali realizacji postulatów Kościoła. Jedni po prostu go wykorzystywali, by zdobyć społeczne poparcie, drudzy — zdarzało się — byli bardziej papiescy od papieża. Wspomniany Marek Jurek, popierając wbrew nauczaniu Kościoła karę śmierci, mówił: „Twierdzenie, że mordercy, porywacze, ludzie, którzy igrają czyimiś uczuciami, nie mogą być przez państwo karani śmiercią, jest po prostu poniżaniem Rzeczypospolitej” („Sprawa Polska” nr 7/1991).

Walcząc o przywrócenie do szkół katechezy, Konferencja Episkopatu wydała 16 czerwca 1990 r. list pasterski. Premier Mazowiecki, być może myśląc już o nadchodzących wyborach prezydenckich, postanowił spełnić postulat: 3 sierpnia minister edukacji Henryk Samsonowicz wydał instrukcję o katechezie szkolnej. Odbyło się to z pominięciem procesu legislacyjnego i bez sejmowej debaty, co odjęłoby rosnącym w siłę środowiskom antyklerykalnym przynajmniej część argumentów, a sprawa nie musiałaby trafiać do Trybunału Konstytucyjnego (skarga RPO Ewy Łętowskiej odwoływała się, co warto przypomnieć, do ustawy z 1961 r., nakazującej szerzenie w szkołach marksistowskiego światopoglądu).

Nie zachował się zręcznie ani Kościół, wywierając presję na administrację państwową, ani rząd, który tak łatwo i z pominięciem procedur, naciskom uległ. A sprawa odbijała się czkawką przez kilkanaście lat, znajdując kolejne odsłony w sporze o wpisanie na świadectwo oceny z religii, a ostatnio — o wliczanie tej oceny do średniej. Utrudniony dostęp do zajęć z etyki, mającej być alternatywą dla katechezy, budzi do dziś sprzeciw części uczniów i rodziców. Problemowi daleko do rozwiązania.

Raz zwyciężywszy, Kościół próbował podobnie osiągnąć inne cele. W 1991 r. rozgorzała awantura o ustawę o radiofonii i telewizji. Senat, idąc za podpowiedziami biskupów, do jej projektu dopisał poprawkę o obowiązku respektowania przez media zasad etyki „ze szczególnym uwzględnieniem wartości chrześcijańskich”. Gwałtowny spór zablokował na kilkanaście miesięcy uchwalenie potrzebnego prawa.

Charakteryzując działalność mediów, bp Michalik, wtedy ordynariusz gorzowski, mówił w kwietniu 1992 r.: „Środki masowego przekazu (...) postawiły sobie w wielu wypadkach za cel zdeprawowanie ludzkiego myślenia (...). Promuje się grzech po to, aby w efekcie upokorzyć człowieka” („Powściągliwość i Praca” nr 2/1992). Podobnie jak wielu przedstawicieli hierarchii, uznawał za oczywiste, że państwo powinno się czuć zobowiązane chronić Kościół i jego światopogląd przed krytyką i atakami medialnymi.

Ostatecznie ustawę przyjęto w grudniu 1992 r. „Audycje powinny szanować uczucia religijne odbiorców, a zwłaszcza respektować chrześcijański system wartości” — czytamy w niej. O skuteczności tego zapisu nie ma się co rozpisywać.

Wspólnym mianownikiem powyższych problemów był fakt, że do prawodawstwa państwowego zaczęto wprowadzać terminologię związaną z etyką jednej tylko religii, która w dodatku ze względu na swoją (prawną) niejednoznaczność nie ułatwiała interpretowania i stosowania tego prawa. Budziło to zrozumiały sprzeciw niewierzących, ludzi innych wyznań, ale także katolików, zdających sobie sprawę z tego, jak powinna wyglądać szkoła tworzenia prawa państwowego.

Konstytucyjny spisek

Kolejna bitwa rozegrała się w 1997 r., kiedy Zgromadzenie Narodowe przegłosowało projekt konstytucji, a Polacy mieli potwierdzić tę decyzję w referendum. Prace nad ustawą zasadniczą trwały kilka lat, a Kościół zgłosił w kluczowych punktach postulaty. Po pierwsze, żądał jednoznacznego odwołania się w preambule do Boga jako Stwórcy i najwyższego prawodawcy. Próbujący godzić sprzeczności, opublikowany na łamach „Tygodnika Powszechnego” i ostatecznie wykorzystany przez parlament tekst Stefana Wilkanowicza, mówiący o obywatelach „zarówno wierzących w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielających tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzących z innych źródeł”, nie spodobał się wielu biskupom.

Abp Michalik twierdził w „Naszej Polsce”, że w preambule w istocie „brakuje invocatio Dei”, a rzeczone sformułowanie jest „co najwyżej jego namiastką informującą, że w Polsce są i ludzie wierzący w »jakiegoś« Boga”. Pominięcie stwierdzenia, że „Bóg jest Stwórcą, Bogiem żywym, prawodawcą, >

> przed którym zgodnie z sumieniem należy się rozliczać, jest niebezpieczne”, bo „taka wiara, bez związku z życiem, mieści się na poziomie mitologicznym”. Spór o invocatio Dei trafnie skwitował Jarosław Gowin: „To nie krytycy preambuły, ale Tadeusz Mazowiecki wyrażał ducha Ewangelii, gdy mówił, że chrześcijańskie przekonania zabraniają mu głosować za taką wersją (...), która narzucałaby religijne wyznanie wiary niewierzącym” („Kościół w czasach wolności”). Tymczasem abp Michalik ubolewał, że „art. 8 mówi, iż Konstytucja jest najważniejszym prawem RP, podczas gdy »najważniejszym« może być tylko prawo Boże”.

Z aprobatą nie spotkało się też zdefiniowanie podmiotu Konstytucji. Preambuła w projekcie rozpoczynała się od słów: „my, obywatele polscy”. Według abp Michalika stanowiło to „mistyfikację” — bo skoro nie ma mowy o narodzie polskim, „konstytucyjnie nasz naród wydziedziczony zostaje z własnego państwa”. Ostatecznie preambułę rozpoczęto — kompromisowo — od słów: „my, Naród Polski, wszyscy obywatele Rzeczypospolitej”. Usztywniające się stanowisko hierarchii trafnie oddawał tytuł artykułu ks. Stanisława Małkowskiego w „Naszej Polsce” — „Konstytucyjny spisek przeciw życiu”.

Nie spodobało się też Kościołowi ustanowienie neutralności światopoglądowej państwa — wprawdzie nie zastosowano w treści Konstytucji tego terminu, zapisano jednak: „Władze publiczne (...) zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym”.

Wszystko to sprawiło, że biskupi nie zdecydowali się na wezwanie Polaków do poparcia projektu nowej konstytucji. W efekcie wewnętrznych sporów Episkopat wydał niejasny komunikat, który próbując zachować bezstronność, w istocie wzywał do głosowania w referendum przeciw ustawie zasadniczej. Biskupi napisali, że decyzję pozostawiają osądowi wiernych, dodając jednak, że „tekst Konstytucji budzi poważne zastrzeżenia moralne”.

Inne pole bitwy wyznaczyła dyskusja o konkordacie. Dokument, regulujący stosunki Polski ze Stolicą Apostolską, a także sytuację Kościoła w państwie, parlament uchwalił w lipcu 1993 r. Odbyło się to tuż przed wyborami, które strona postsolidarnościowa przegrała. Zwycięscy postkomuniści przez pięć lat blokowali ratyfikację dokumentu. Stosowali przy tym wszelkie możliwe narzędzia, w tym kuriozalne — m.in. badano zgodność konkordatu z konstytucją, nad którą prace dopiero trwały. Posłowie lewicy widzieli w ustaleniach dokumentu pole do nadużyć ze strony Kościoła.

Ostatecznie konkordat ratyfikował rząd Jerzego Buzka i w 1998 r. wszedł on w życie. Choć wielu publicystów znów podnosiło argumenty o zagrożeniu teokracją, w praktyce konkordat (nie miejsce tu na szczegółową ocenę) dobrze spełnia swą rolę — wystarczy wspomnieć o wygodzie zawierania tzw. małżeństwa konkordatowego.

Krok naprzód

Bezpośrednie zaangażowanie Kościoła w politykę nie spodobało się Polakom. Jednoznacznie świadczą o tym badania opinii publicznej: w listopadzie 1989 r. 88 proc. respondentów twierdziło, że Kościół dobrze służy społeczeństwu, a w 1993 r. już tylko 45 proc. W lutym 1999 r. tylko 11 proc. Polaków odpowiedziało „zdecydowanie tak” bądź „raczej tak” na pytanie, czy Kościół powinien wypowiadać się w sprawach politycznych, podczas gdy „raczej nie” i „zdecydowanie nie” — w sumie 87 proc. Pod koniec pierwszej dekady wolności biskupi zaczęli zdawać sobie sprawę, że sposób, w jaki dotychczas próbowali wpływać na politykę państwa, był niewłaściwy i doprowadził do nadwątlenia ich autorytetu.

Nowa dekada przyniosła kolejne wyzwania. W 2003 r. zbliżało się referendum w sprawie akcesji do UE. W liście pasterskim poprzedzającym o dwa tygodnie referendum biskupi zachęcili do uczestnictwa w głosowaniu, nie zajmując oficjalnego stanowiska; podobno każde zdanie listu było przegłosowywane oddzielnie podczas burzliwego posiedzenia KEP.

Zachowanie Kościoła hierarchicznego podczas referendum europejskiego było na tle jego decyzji z lat 90. krokiem naprzód. Krokiem, który wiązał się z rosnącą świadomością, że głos katolików jest w pluralistycznym, neutralnym światopoglądowo państwie tylko jednym z wielu. Co niewątpliwie sprzyja jakości debaty, poszanowaniu dla innych i ich poglądów — i zbliża Kościół w Polsce do ideałów soborowych.

No to nie jesteś katolikiem

„Pomiędzy państwem a Kościołem istnieje nieusuwalne napięcie — pisał Jarosław Gowin w monografii „Kościół w czasach wolności”. — Napięcie to może być ożywcze i dla religii, i dla demokracji. Może też jednak wyniszczać je, nakręcając spiralę wzajemnej wrogości”. Wyniszczające jest, kiedy biskupi wchodzą w nie swoje kompetencje, ożywcze — kiedy Kościół sięga fundamentów w dyskusji nad ochroną życia i szerzej: koncepcją człowieka. Wówczas Kościół ma wręcz obowiązek zajmowania stanowiska. Ks. Józef Tischner tak referował nauczanie Jana Pawła II: „Kluczem są »prawa człowieka«; nie »prawa katolika« czy »prawa Polaka«, lecz prawa człowieka. Ani katolik, ani Polak, ani nikt inny, nie mogą mieć w państwie większych praw, niż ma człowiek”.

W konfliktach tak fundamentalnych, jak aborcja, eutanazja, prawo adopcji dzieci przez związki homoseksualne, wreszcie in vitro — głos Kościoła jest konieczny. Chodzi bowiem o chrześcijańską koncepcję bycia człowiekiem.

Jednak w przypadku kompromisu aborcyjnego wszystkie strony sporu grają płytę zdartą już na początku lat 90. Przyjęta w 1993 r. ustawa o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży zezwala na aborcję w czterech przypadkach: gdy ciąża stanowi poważne zagrożenie dla życia lub zdrowia matki; gdy śmierć dziecka poczętego nastąpiła wskutek działań podjętych dla ratowania życia matki albo dla przeciwdziałania poważnemu uszczerbkowi na jej zdrowiu; gdy badania prenatalne wskazują na ciężkie i nieodwracalne uszkodzenie płodu; oraz gdy ciąża jest wynikiem gwałtu. Kościół zaakceptował kompromis słowami prymasa Glempa, który po głosowaniu w Sejmie stwierdził, że przyjęte prawo stanowi „krok we właściwym kierunku”, a posłowie katoliccy, którzy głosowali za ustawą, postąpili słusznie (podobne stanowisko przedstawił Jan Paweł II w encyklice „Evangelium vitae”). Jednak dla wielu biskupów kompromis był powodem do prowadzenia dalszej wojny, już na wewnętrznym podwórku. Z ust części publicystów płynęły słowa potępienia: „Nie nazywajcie klęski kompromisem” (Wojciech Chudy), „mamy deklarację o prawie do zabijania” (ks. Jerzy Bajda). „Spotykamy obecnie w Polsce wielu ludzi, którzy wypowiedź zaczynają tak: jestem katolikiem, jestem wierzący, ale...” — mówił bp Stanisław Stefanek, komentując dylematy katolików w dyskusji nad ochroną życia w ustawodawstwie. I wnioskował: „No to już nie jesteś katolikiem!”. W programie Kościoła nie przebiła się opcja pozytywna, propozycji dla kobiet rozdartych problemem o decyzji urodzenia dziecka.

Nowy Holokaust

O ile w przypadku ustawy o ochronie życia Kościół postawił ostatecznie na argumenty merytoryczne i szeroko zakrojoną akcję edukacyjną (w rezultacie społeczne przyzwolenie na aborcję spada), sprawa in vitro toczy się według dawnych wzorców. Głos hierarchii domaga się uznania bez przedstawienia obiektywnych racji.

Problem ma dwa początki. Pierwszy, społeczny, w 1987 r., kiedy w Polsce urodziło się pierwsze „dziecko z probówki”. Drugi, polityczny, kiedy podpisano tzw. konwencję bioetyczną Rady Europy z Oviedo w 1997 r. Od końca lat 90. żaden z polskich rządów nie podjął próby regulacji kwestii bioetycznych, choć kliniki wykonujące zabiegi sztucznego zapłodnienia wyrastały jak grzyby po deszczu. Konwencji z Oviedo Polska nie ratyfikowała do dziś, dlatego in vitro, eksperymenty medyczne czy klonowanie terapeutyczne to u nas pole do samowoli. Kościół w ich sprawie nie zabierał głosu. Brakowało mu zresztą odpowiednich podstaw do refleksji: miał do dyspozycji jedynie zapisy instrukcji Kongregacji Nauki Wiary „Donum vitae”, zakazujące in vitro, ale pochodzące z innej (jak na tempo rozwoju bioetyki) epoki, bo z 1987 r.

Dopiero gdy pod koniec 2007 r. minister zdrowia Ewa Kopacz zapowiedziała możliwość refundacji zabiegów in vitro, Rada Episkopatu Polski ds. Rodziny skierowała do parlamentarzystów list. „Po pierwsze — czytamy w nim — przy każdej próbie w tej metodzie giną liczne embriony — jest to rodzaj wyrafinowanej aborcji. Po drugie — każde dziecko ma prawo zrodzić się z miłosnego aktu małżeńskiego jego rodziców. I po trzecie — dziecko nie jest rzeczą i nawet przyszli rodzice nie mogą powiedzieć, że mają do niego prawo, zwłaszcza że »prawo« jest zawsze okupione śmiercią jego braci i sióstr”. Ten język głęboko dotknął ludzi borykających się z dramatem bezpłodności.

Napięcie wzrosło wiosną 2008 r., kiedy premier Donald Tusk powołał zespół ds. bioetyki z posłem PO Jarosławem Gowinem na czele. Polityk stał się celem ataków niemal wszystkich, którzy na ustach mieli imię Kościoła. Na ambonach — i w słowach przewodniczącego KEP abp. Michalika — regularnie pojawiały się porównania do Holokaustu. Po wydaniu „Dignitas personae”, instrukcji doktrynalnej Kongregacji Nauki Wiary, porządkującej i potwierdzającej krytyczne stanowisko Kościoła wobec in vitro, w polskich kościołach przeczytano List Episkopatu na Niedzielę Świętej Rodziny: „Bóg i tylko Bóg jest Panem życia. Dzieci są Jego darem, a nie jednym z dóbr konsumpcyjnych. Nie istnieje prawo do dziecka”.

Znane było już stanowisko Gowina jako przewodniczącego komisji rządowej, który promował rozwiązanie kompromisowe: dopuszczenie możliwości przeprowadzania sztucznego zapłodnienia metodą in vitro dla odpowiednio zdiagnozowanych medycznie małżeństw, przy zastrzeżeniu, że nie zginą dodatkowe zarodki. Zarówno w środowiskach konserwatywnych, jak liberalnych posła PO odsądzono od czci i wiary, domagając się radykalnych zapisów, a taki kompromis uznając za „moralnie zgniły”.

Oficjalnym stanowiskiem jest jednak w tej sprawie także opinia Zespołu Ekspertów KEP ds. Bioetycznych, obradującego pod przewodnictwem abp. Henryka Hosera, wydana w porozumieniu z Prezydium KEP pod koniec 2009 r. W Polsce regulacja prawna kwestii bioetycznych „jest sprawą bardziej niż naglącą” — przyznał Zespół. Dlatego „należy popierać starania prawotwórcze zmierzające do stworzenia przepisów chroniących każdy ludzki zarodek”, chociaż „przygotowywany projekt ustawy jest do przyjęcia wyłącznie wtedy, jeśli podtrzymany zostanie zakaz zabijania i zamrażania ludzkich istnień”. Metoda in vitro powinna być odrzucona także w ustawodawstwie, lecz drogą do tego jest kompromis.

Tymczasem badania CBOS, ogłoszone 6 lipca, wykazują, że większość osób wierzących świadomie popiera in vitro, mimo że zna nauczanie Kościoła (84 proc.). Przy czym 59 proc. osób wierzących i deklarujących „stosowanie się do wskazań Kościoła” opowiada się za in vitro dla małżeństw niemogących mieć dzieci.

Opublikowany dwa lata temu raport o religijności Centrum Myśli Jana Pawła II wskazał, że trzy czwarte Polaków uważa, iż Kościół daje właściwe odpowiedzi na pytania duchowe, ale niespełna jedna trzecia znajduje w nim odpowiedzi na zagadnienia społeczne.

Wynikają z tego dwa wnioski: trzeba przedstawiać argumenty, a nie tylko wyrażać stanowisko, i trzeba możliwie wcześnie inicjować akcję edukacyjną, uwzględniającą chrześcijańskie stanowisko wobec problemu. Do czego na szczęście wzywa — i na płaszczyźnie medycznej, i opinii publicznej — abp Hoser.

Strach przed stadem

Polacy negatywnie oceniają aktywną postawę Kościoła na polu budowania prawa państwowego i dyskusji o kwestiach fundamentalnych, ale trzeba też przekornie spytać, czy sami się na tym punkcie nie zafiksowali? W kwestii krzyża pod Pałacem Prezydenckim Kościół hierarchiczny nie wypowiadał się niemal wcale, a abp warszawski Kazimierz Nycz był aż nadto powściągliwy, tracąc dzień po dniu szansę na utrzymanie autorytetu Kościoła katolickiego w bieżącej debacie.

Rośnie zdziwienie: dlaczego Kościół nie reaguje? Związany z „Gazetą Wyborczą” Wojciech Orliński napisał, że biskupi mieli szansę wystąpić „w roli rozjemców i autorytetu szanowanego przez obie strony. Nie skorzystali i teraz wyglądają żałośnie jak pasterz, który zabarykadował się w szałasie ze strachu przed własnym stadem”.

Czy Kościół po doświadczeniach pierwszej dekady w III RP, dekadę drugą zamknie odwróceniem dawnej tendencji i wycofaniem z życia publicznego? Czy też odnajdzie sposób na „wypośrodkowanie” swojej obecności w przestrzeni społecznej?

Maciej Müller, Tomasz Ponikło



opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Polacy Kościół społeczeństwo bioetyka konkordat teokracja antyklerykalizm in vitro sondaże KIK zagadnienia społeczne ZChN