Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Piotr Sikora

Nowy początek


Historia o narodzeniu się Człowieka poczętego z kobiety i Ducha Świętego niesie w sobie wieść, iż oto w łańcuchu biologicznych i kulturowych przyczyn i skutków, w który jesteśmy uwikłani, pojawiła się wyrwa.


Wszystkim, którzy Je przyjęli, dało zdolność, by się stali dziećmi Boga, wierzącymi w Imię Jego – tymi, którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli człowieka, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. (J 1, 12-14)

Biblijna antropologia nie zna platońsko-kartezjańskiego podziału na duszę i ciało. Powiedzenie, że mam ciało, byłoby w języku Pisma Świętego niezrozumiałe. Po prostu: jestem ciałem. Być ciałem to być uwikłanym. Po pierwsze, w sieć powiązań biologicznych. Potrzebuję snu i jedzenia. Niskie ciśnienie nie pozwala mi myśleć jasno.

Jak przemożny wpływ na moje zachowanie – wywierany poniżej progu świadomości – ma DNA odziedziczone po przodkach! Socjobiologowie i psychologowie ewolucyjni dowodzą, że najlepszym wyjaśnieniem niemal wszystkich ludzkich działań jest mechanizm służący temu, by geny (i to nawet nie tyle nasze geny, co geny, których jesteśmy tworem) miały jak najlepsze warunki do przetrwania w naszym potomstwie – ich następnym nosicielu. Mechanizm ten leży u podłoża nawet tych zjawisk, które wydają się mniej lub bardziej wyrafinowaną formą kultury duchowej – savoir vivre’u, mody, działalności biznesowej, badań naukowych czy twórczości artystycznej. Biologiczne podłoże mają kanony ludzkiego piękna, a nawet fascynacja osobowością konkretnego człowieka.

UWIKŁANIE

Socjobiologiczne teorie mogą brzmieć szokująco. Warto jednak pamiętać, że w chrześcijańskiej tradycji można odnaleźć myśl wcale od nich nieodległą. Liczni mistrzowie duchowości piszą, że stan upadku ludzkiej natury przejawia się właśnie w ten sposób, iż rządzą nami „namiętności”: zwierzęce popędy i pragnienia, tj. czysto biologiczna część naszej natury. Choć wydaje się nam, że jesteśmy rozumni, że w wolny sposób wybieramy reguły życia i postępowania – ulegamy złudzeniu.

Nawet jeśli biologia nie determinuje nas całkowicie, to jesteśmy uwikłani także na innym, społecznym poziomie. Nasze ciała potrzebują innych ciał, nie tylko by przeżyć, lecz również by nauczyć się funkcjonować w ludzki sposób. Od pierwszych chwil po narodzeniu imitujemy i odtwarzamy reakcje, zachowania, sposób bycia swoich bliskich. Uśmiech w reakcji na uśmiech. Dźwięk w odpowiedzi na dźwięk. Naśladowanie najprostszych gestów jest podstawą opanowania najbardziej skomplikowanych umiejętności – takich jak mowa, a zatem i myślenie. I nie chodzi tu tylko o zewnętrzną postać elementów języka, lecz także o ich treść. Myślimy i interpretujemy świat w zastanych i przejętych kategoriach.

Przestrzeń dostępnych nam przekonań i wyborów wyznaczona jest zatem przez przekonania i wybory niezliczonej liczby innych osób. Marzenia o wolności zderzają się z cielesnym uwikłaniem w świat biologii i stosunków społecznych. Czy wolność jest zatem tylko mrzonką i złudzeniem?

PRZEZ CIAŁO

Opowieść o narodzeniu się Człowieka poczętego z kobiety i Ducha Świętego niesie w sobie wieść, iż oto w łańcuchu przyczyn i skutków, biologicznych sił i kulturowych uwarunkowań, w które jesteśmy, jako cieleśni, uwikłani, pojawiła się wyrwa. Nowy początek.

Lecz aby dobrze zrozumieć przekaz, trzeba opowieść czytać uważnie. Wcielenie Słowa jest całkowite. Nowy początek jest tak bardzo zanurzony w historię naszego uwikłania, że dla zewnętrznego obserwatora może być niedostrzegalny.

Kobieta urodziła dziecko. Ciało wplecione w całą sieć cielesnych powiązań. W tym, a nie innym miejscu i czasie. O konkretnym kolorze oczu. Tembrze głosu. Człowieka podatnego na zmęczenie. Odczuwającego wszystkie pragnienia. Zimno i upał. Brak bliskości innego ciała. Człowieka tak cielesnego, że ci, którzy go spotykali, widzieli kogoś im podobnego. Chłopca, krewnego, cieślę, nauczyciela. Jeśli dostrzegali jego wyjątkowość, to niezbyt wyraźnie. Byli pod wrażeniem silnej osobowości. Widzieli skutecznego uzdrowiciela i egzorcystę. Człowieka o zaskakujących przebłyskach mądrości. Potencjalnego przywódcę. Nawet ci, którzy byli mu najbliżsi, rozpoznawali jego nadejście powoli i stopniowo. Nawet Maria dwanaście lat po narodzeniu Syna nic nie pojęła z Jego słów wypowiedzianych w Świątyni – nie rozumiała jeszcze, kogo urodziła i kto mieszkał w jej domu.

Więcej nawet. Samo Słowo powoli i stopniowo zaczęło przeświecać przez ciało. Jak mówi Pismo, Jezus przez lata wzrastał w mądrości i w łasce u Boga. Ewangelista Marek odnotował, iż to w momencie chrztu w Jordanie boski głos: „Tyś jest mój Syn umiłowany” (Mk 1, 11) dotarł do świadomości Jezusa. Nic więc dziwnego, że – jak dowodzi historia – dopiero po Jego śmierci uczniowie dostrzegli, że ciało to było z Ducha. Że uformował je odwieczny Logos. Rozpoznali to zaś dzięki temu, że spotkali Zmartwychwstałego i doświadczyli Życia w sobie. Śmierć bowiem zakończyła Jego biologiczny żywot (po grecku można powiedzieć: bios), lecz uwolniła Życie (dzoe).

Słowo nie zamierzało bowiem wcielić się tylko w jedno ciało. Żadne ciało nie może być tylko jedno. Ciało narodzone z Boga, który jest Duchem, ciało wolne, nie-uwikłane, również nie istnieje oddzielnie. Żyje w relacjach, żyje miłością. Dlatego Jezus, umierając, przekazał Ducha, Życie i Miłość każdemu ciału, które chce je przyjąć. Tym zaś, którzy je przyjmują, daje moc, by oni tak samo stawali się dziećmi Boga, narodzonymi „nie z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli człowieka, ale z Boga”.

Wiara, przyjęcie w siebie, w swoje ciało Słowa daje wolność i otwiera nowe Życie. Gdy Słowo staje się ciałem, ciało staje się Słowem. Jego źródłem życia i działania są już nie biologiczne prawa, nie instynkty i pragnienia, nie społeczne uwarunkowania, lecz Duch mieszkający w człowieku. On nas tworzy. Z niego jesteśmy. Zaś z narodzonym z Ducha jest tak jak z wiatrem – nie wiadomo, skąd podąża i dokąd zmierza. Wieje, gdzie chce.

WIARA W MIŁOŚĆ

Piękne słowa – lecz gdzie znaleźć ów początek we własnym życiu? Gdzie to wyjście z mojego własnego uwikłania?

Wskazówkę możemy odnaleźć w Pierwszym Liście św. Jana, którego Autor pisze: „Myśmy poznali i uwierzyli miłości, poprzez którą Bóg kocha w nas. Bóg jest miłością. Kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim” (1 J 4, 16). Intrygujące... Poznać miłość, a potem jej uwierzyć?

Miłości można doświadczyć, rozpoznać, że się kogoś kocha i że się jest kochanym. Jeśli jednak miłość się poznaje, to gdzie tu miejsce na wiarę? Otóż jeśli nawet miłość można (roz)poznać, to nie można jej udowodnić. Zarówno wobec miłości, którą to my kochamy, jak i wobec tej, którą jesteśmy obdarowani, możliwe jest zawsze wysunięcie wątpliwości: czy to aby na pewno ona, a nie ukryty egoizm? A może to uczucie i zachowanie zaprogramowane i sterowane korzystnym ewolucyjnie mechanizmem, może subtelna manipulacja, nieprzejrzane złudzenie?

Rozpoznanej miłości trzeba uwierzyć. Choć często jest tylko iskierką. Przysypaną popiołem egoizmu, biologicznych i społecznych przyczyn, zmieszaną z nieczystymi intencjami. Tacy jesteśmy. Uwikłani i niedoskonali. Lecz Bóg kocha w nas. Życie objawiło się – możemy na nie patrzeć, możemy go dotykać (por. 1 J 1, 1-2). Słowo stało się ciałem. Staje się ciałem – moim ciałem. Jeśli zaś tak, moje ciało staje się Słowem. Polskie „słowo” nie oddaje całego bogactwa istotnego tu znaczenia. Greckie logos, którym posługuje się Nowy Testament, znaczy także: rozum, sens, porządek, miara. Miłość sprawia, że istnienie nabiera sensu, że staje się harmonijne, wedle właściwej miary.

Gdy jednak moje ciało staje się Słowem, to – podobnie jak to było z ciałem Jezusa – pozostaje w splocie powiązań, w który od poczęcia było uwikłane. Lecz uwikłane już nie jest. Bóg kocha w nas, a miłość pozwala uznać, że to, co jawiło się wcześniej jako uwikłanie, nie musi być przekleństwem – może być szansą. Istniejemy powiązani ze sobą nawzajem, więcej: z całym światem. Miłość sprawia jednak, że sieć powiązań okazuje się splotem relacji. Relacja zaś tym się różni od uwikłania, że jest związkiem w wolny sposób przyjętym i kształtowanym.

Każde słowo, które wypowiadamy, posiada swoje znaczenie tylko w obrębie całego języka i w życiowym kontekście, w którym zostaje wypowiedziane. Gdy rodzę się z Ducha, staję się Słowem wypowiedzianym przez Boga. Relacje, w których istnieję, okazują się kontekstem, w którym moje istnienie posiada sens, tym, co umożliwia komunikację z innymi. Miłość musi znaleźć swój wyraz. Znajduje go poprzez nasze ciała. Nasze zachowania, gesty, nawet przyspieszone bicie serca znaczą. Przekazują sens innemu ciału, sprawiając, że i jego istnienie nabiera większego znaczenia. Przekazują Życie.

Przejście od uwikłania do relacji nie jest proste, nie dokonuje się też od razu. Jeśli Jezus wzrastał w łasce u Boga – to tym bardziej i my musimy powoli się rozwijać. Miłość, poprzez którą Bóg w nas kocha, jest często jak ziarnko gorczycy – najmniejsze z ziaren na ziemi. Dlatego potrzebna jest uważność na każdy jej przebłysk w sobie i w innych. Potrzebna wiara: ryzykowne opieranie swego życia i działania na każdym takim przebłysku. Miłość karmi się taką „praktyczną” wiarą. Jeśli w ten sposób wierzymy w imię Jego – a imieniem Jego jest Miłość – rośnie w nas powoli, czasem żmudnie, często w drobnych sprawach.

Jakaś głęboka intuicja kryje się za tym, że Boże Narodzenie – nowy początek – świętujemy nie tyle w kościele, co w domu: w przestrzeni, w której nasze cielesne powiązania są najsilniejsze i – gdy przyjmują postać uwikłania – najbardziej bolesne i niszczące. Jest to tym samym przestrzeń, która może stać się miejscem najgłębszych, najważniejszych, najbardziej twórczych i budujących relacji naszego życia. Miejscem zamieszkania Miłości, gdzie Słowo staje się ciałem, a nasze ciała – my – stajemy się Słowem. 


opr. aś/aś


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: życie sens wiara miłość Bóg ciało doświadczenie relacja Słowo początek