Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Ewa Karabin

Niewidoczni

To coś więcej niż wolontariat: najpierw trzeba przyjaźnić się ze sobą, żeby móc się zaprzyjaźnić z bezdomnymi.

Czwartek, godz. 19.00. Z małej salki w podziemiach kościoła Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim w Warszawie dobiega szmer rozmów i głośne wybuchy śmiechu. W środku kręci się kilka osób, ktoś kładzie na stół chleb, ktoś inny ser, wędlinę, masło. W prowizorycznej kuchni gotuje się woda na herbatę. Co chwila ktoś wchodzi witany radosnymi okrzykami. Wszyscy gromadzą się dookoła dużego stołu, gdzie w ciągu niecałej godziny zostanie przygotowane ok. 140 kanapek. Jak co tydzień, zaczyna się właśnie spotkanie wspólnoty Sant'Egidio.

Spotkanie z Innym

Na co dzień Ania — filigranowa blondynka — zarządza projektami w firmie informatycznej. Ze wspólnotą po raz pierwszy zetknęła się dwa i pół roku temu przy okazji organizowanej przez Sant'Egidio „Wigilii z ubogimi”. — Myślałam, że pomogę w przygotowaniach, posprzątam, pozamiatam. Przyszłam i poznałam bezdomnego mężczyznę, z którym przegadałam kilka godzin. Miał na imię Wiesiek. To było dla mnie niezwykłe — podczas pierwszego spotkania śmiałam się przy nim przez cały wieczór. Wróciłam tu, bo bardzo chciałam go znowu zobaczyć.

Tradycja świątecznego obiadu z potrzebującymi sięga 1982 r., kiedy po raz pierwszy ubodzy zasiedli wraz z członkami Sant'Egidio do wspólnego stołu w Bazylice Najświętszej Maryi Panny na Zatybrzu w Rzymie. W warszawskim kościele Wszystkich Świętych takie spotkania odbywają się od czterech lat. Członkowie wspólnoty osobiście zapraszają na tę uroczystość swoich bezdomnych przyjaciół, a ci przyprowadzają swoich znajomych. Zawsze jest trochę niespodziewanych gości, ale na stołach jest więcej niż jeden talerz dla zbłąkanego wędrowca i akurat tutaj zawsze się przydaje. Zeszłoroczna wigilia zgromadziła 160 bezdomnych i drugie tyle wolontariuszy. Część z nich zostaje na dłużej.

— Na początku nie było łatwo — wspomina Anna, studentka hungarystyki. — Bałam się, że nie będę wiedziała, o czym rozmawiać z człowiekiem bezdomnym. Co mam zrobić, żeby kogoś przez przypadek nie urazić? W rozmowie unikałam słowa „dom”. Wydawało mi się, że popełnię jakąś gafę, gdy powiem: „idę do domu”.

Ryszard Kapuściński, odbierając w 2004 r. doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, mówił: „Kiedy zastanawiam się nad swoimi, długo już trwającymi, podróżami po świecie, czasem wydaje mi się, że najbardziej niepokojącym problemem były nie tyle granice i fronty, trudy i zagrożenia, ile wielekroć odżywająca niepewność o rodzaj, jakość i przebieg spotkania z Innymi, z innymi ludźmi, z którymi zetknę się gdzieś w drodze. Wiedziałem bowiem, że wiele, a nieraz może i wszystko, będzie od tego zależeć. Każde takie spotkanie było niewiadomą. Jak przebiegnie? Jak się potoczy? Czym zakończy?”.

Gdy owym Innym jest człowiek pozbawiony domu, mieszkający w kanałach, brudny i głodny, niepewność wzrasta. — Byłem zaskoczony tym, jak bardzo ludzie, których spotykamy, potrzebują kontaktu, rozmowy, jak bardzo są otwarci — opowiada Oskar, student SGH i dziennikarz. — Dopiero to doświadczenie przełamało mój lęk.

To nie jest wolontariat

Wspólnotę Sant'Egidio założyli w 1968 r. w Rzymie włoscy licealiści na czele z Andreą Riccardim, którzy spotykali się w kościele św. Idziego na Zatybrzu — skąd zaczerpnęli nazwę — żeby wspólnie modlić się i czytać Pismo Święte. Jednak na tym nie poprzestali. Riccardi w wywiadzie dla miesięcznika „Znak” (nr 9/2001) wspomina: „Od samego początku Ewangelia wzywała nas do niezamykania się w sobie i przezwyciężania pokusy przekształcenia się w grupę wzajemnej adoracji, co stanowiło realne zagrożenie dla wielu zrodzonych w tamtej epoce inicjatyw. Pierwszym wyzwaniem stały się dla nas przedmieścia Rzymu, gdzie — w niewielkiej odległości od centrum miasta — otwierał się inny świat: świat przybyszów z południa, imigrantów, biedaków”.

To właśnie tam młodzi ludzie z Sant'Egidio organizowali zajęcia pozaszkolne dla dzieci. Nie mieli wsparcia doświadczonych fundacji, nie znali teorii pracy z wykluczonymi, mogli im zaoferować jedynie siebie. Być może dlatego, jak tłumaczy dalej Riccardi, „ubodzy nie są dla nas odbiorcami usług czy pomocy — uważamy ich przede wszystkim za przyjaciół, jakby członków rodziny, z którymi chcemy mieć relacje bezpośrednie i osobiste. Czyż nie są oni tymi, których Jezus (w przypowieści o Sądzie Ostatecznym) uznaje za swoich »braci najmniejszych«?”.

Wspólnota poczuwa się do dziedzictwa Vaticanum II, szczególnie konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym „Gaudium et spes” — stąd wyprowadza swój uniwersalizm, który każe jej nie tylko zajmować się ubogimi, ale również działać na rzecz ekumenizmu i dialogu, także dialogu między zwaśnionymi narodami. W latach 1990-92 mediacje prowadzone przez wspólnotę pomogły położyć kres trwającej 16 lat wojnie domowej między rządem Mozambiku a partyzantką, wojnie, która kosztowała życie miliona ofiar. Wspólnota pracowała także nad pojednaniem na Bałkanach, w Ruandzie, Burundi czy Zairze. Jednocześnie od 1986 r., kiedy Jan Paweł II zaprosił przedstawicieli Kościołów chrześcijańskich i wyznawców innych wielkich religii do wspólnej modlitwy w Asyżu, Sant'Egidio organizuje na całym świecie spotkania „w duchu Asyżu”, podczas których dyskutują i modlą się reprezentanci różnych religii, aby w ten sposób budować pokój ponad podziałami.

Realizując ewangeliczne wezwanie do obrony życia, wspólnota rozpoczęła kampanię dążącą do zniesienia kary śmierci. Dzięki jej działaniom wielu więźniom karę śmierci zmieniono na dożywotnie więzienie, a do ONZ spłynął „Apel o powszechne moratorium na rzecz zniesienia kary śmierci”. W ich walkę włączyło się wiele organizacji humanitarnych, także kościelnych. Swoje poparcie wyraził również Benedykt XVI.

Dziś wspólnota to około 60 tys. osób z 75 krajów. — To nie jest tylko wolontariat — zastrzega Magda Wolnik, odpowiedzialna za warszawską wspólnotę Sant'Egidio — to przede wszystkim wspólnota. Najpierw my musimy się przyjaźnić ze sobą, żeby móc się zaprzyjaźnić z bezdomnymi.

ludzie w centrum

Dochodzi 20.00. W przykościelnej salce kończy się sprzątanie, zapakowane kanapki lądują w płóciennych torbach, ktoś zbiera do kapelusza pieniądze, za które zostaną kupione produkty na następne spotkanie. Stopniowo wycisza się gwar rozmów, drugą częścią spotkania jest wspólna modlitwa. W kaplicy czeka ikona Świętego Oblicza z Bazyliki Najświętszej Maryi Panny na Zatybrzu, przed ikoną płonie świeca. Osobista i grupowa lektura Pisma Świętego to fundament, na którym budowana jest duchowość wspólnoty. W tej kaplicy członkowie Sant'Egidio modlą się przed każdym wyjściem na spotkanie z bezdomnymi. W mrok XIX-wiecznego kościoła, który jako jedna z trzech świątyń katolickich na terenie getta warszawskiego przez lata wojny był świadkiem zagłady narodu żydowskiego, płyną słowa: „Panie, słuchaj modlitwy mojej, a wołanie moje niech do Ciebie przyjdzie! / Nie kryj przede mną swojego oblicza w dniu utrapienia mojego!”...

O 21.00 z kościoła wysypują się objuczone postaci. Poza kanapkami niosą jeszcze czekoladowe batony, dźwigają termosy z kawą i herbatą. Śmieją się, rozmawiają. Ktoś przyjechał rowerem, żeby ułatwić transport. Sprawnie dzielą się na dwie grupy.

Pierwsza, większa, kieruje się w stronę Dworca Centralnego. Oczekującą na nich na chodniku kolejkę bezdomnych widać z daleka. Kiedyś spotykali się na terenie dworca, tam cieplej i jaśniej, ale po remoncie budynku przed Euro 2012 jego zarządcy poinformowali ich, że „problem bezdomności został rozwiązany”, nie są więc już potrzebni. Dlatego przez cały rok, nawet w siarczyste mrozy, bezdomni czekają na nich na chodniku przy ul. Emilii Plater.

Druga grupa idzie na tzw. patelnię, placyk w centrum Warszawy przed wyjściem ze stacji metra Centrum, popularnego w stolicy miejsca spotkań. Początkowo nie widać tam nikogo, po chwili ze wszystkich stron zaczynają nadchodzić pojedyncze postaci. Każdy wyciąga rękę po kanapkę i kawę, ale tak naprawdę widać, że nie to jest najważniejsze. Trzymając w ręku kubek, nadal czekają. Ci bardziej zadomowieni witają się kordialnie z członkami wspólnoty, ściskają się, serdecznie potrząsają rękami, wypytują o nieobecnych.

— A gdzie jest Ania? Śniła mi się ostatnio!

— Bąbel, jak dobrze cię widzieć! Gdzie się podziewałeś?

— Dobry wieczór, a pani jest chyba nowa? Pani pozwoli, że się przedstawię.

Są młodzi i starzy, zadbani i obdarci. Część z nich na pewno wzbudziłaby niesmak u pasażerów, wsiadając do tramwaju. Inni niczym się nie wyróżniają, wyglądają dokładnie tak samo jak przechodnie wracający właśnie z pracy do domu. Na pierwszy rzut oka nie sposób dostrzec dramatu, który w sobie noszą. Starszy mężczyzna ma nawet spodnie zaprasowane w kant i białą koszulę. — Nie wszyscy są faktycznie bezdomni — tłumaczy Ania. — Część z nich ma dom, ale mieszka w przeludnionych pokojach, które musi dzielić z kilkoma osobami. Oni przychodzą porozmawiać, pobyć z nami, chcą po prostu być wysłuchani. Ich bezdomność nie polega na braku swoich czterech ścian.

Choć dawno już skończyły się zapasy kanapek, spotkanie się nie kończy. — Bycie z nimi daje mi radość — wyznaje Ania. — Pokazujemy im, że nie są niewidoczni. My chcemy się z nimi zaprzyjaźnić, ale ważniejsze jest to, że oni też wchodzą w tę relację. Nie tylko opowiadają o swoim życiu, ale też pamiętają, co ja ostatnio im o sobie mówiłam, pytają, co u mnie słychać. Chyba zdobyliśmy ich zaufanie, bo w pewnym momencie kilka osób zaprosiło nas do siebie, do kanałów, teraz jeździmy tam w każdą niedzielę i zawozimy im suchy prowiant. Tam my jesteśmy gośćmi.

Księżniczka i cuda

Przy kanałach mieszkał Zbyszek. Czterdziestokilkuletni mężczyzna, który sklecił sobie małą chatkę z tego, co znalazł — folii, kawałków desek, gałęzi. — Raczej szałas niż domek, może z dwa na dwa metry powierzchni — opowiada Martyna, członkini wspólnoty. — Mało to szczelne, ale jakoś tam funkcjonował. Miał tam cały swój dobytek: miski, garnki, nawet kosmetyki, całe domowe zaplecze gromadzone z myślą o przyszłym domu. Kilka dni przed Wielkanocą chałupka Zbyszka spłonęła. W pożarze stracił wszystko, co miał — pieniądze, rzeczy, ubrania, całą nadzieję na wyjście z bezdomności. Wyszedł tylko na godzinę, po wodę. Wracając, zobaczył łunę. Gdy zrozumiał, że płonie jego dom, chciał rzucić się gołymi rękami ratować swój dobytek. I wtedy stało się coś niezwykłego. Zbyszek uważa, że to cud. Jego kotka, którą nazywa Księżniczką, rzuciła mu się na głowę, uczepiła pazurami i nie dała wejść do ognia. Po prostu nie mógł jej z siebie ściągnąć. Wyrywał się, próbował coś ratować, poparzył sobie rękę, ale nic poważnego mu się nie stało.

Ocalił życie, ale stracił wszystko. Magda zorganizowała dla niego zbiórkę. — Rozpuściliśmy wici po znajomych i w cztery dni zebraliśmy wszystko, co było potrzebne: namiot, materac, mnóstwo ciuchów, duże zapasy żywności — mówi.

— Wiesz, co jest w tym wszystkim najpiękniejsze? — pyta. — Zbyszek nie dał się złamać. Nadal mieszka w kanałach, ale nie stracił nadziei, że z tego wyjdzie. Cały czas wierzy, że Bóg nad nim czuwa. I nadal robi plany.

Po co to wszystko?

Członkiem wspólnoty Sant'Egidio może zostać każdy. Choć warszawska wspólnota składa się głównie z dwudziestoparolatków, to wiek nie ma tu żadnego znaczenia. Sant'Egidio to oficjalna struktura uznana przez Stolicę Apostolską — stowarzyszenie świeckich ze wszystkich klas społecznych, których łączy wspólna modlitwa i służba ubogim. Justyna, we wspólnocie od roku, mówi: — Tutaj żyjemy Ewangelią, po prostu. Przez bycie dla innych, zwyczajne bycie. Bez żadnych górnolotnych tez. Zbyt często chcemy przeintelektualizować Pana Boga, wszystko zrozumieć, pojąć. Skończyłam teologię i w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać: „Ale po co to wszystko?”. Po co, jeśli czyny nie idą za słowami, jeżeli nie umiem przyjmować Ewangelii tak po prostu — iść i dawać, żyć Nią w pełni. Spotkania z bezdomnymi dają tak wiele — zmuszają do zastanowienia się nad sensem tego, co robimy, czym żyjemy. Nasze relacje, miłość, która jest między nami, to jest coś, czego nie można uchwycić, a co namacalnie tutaj odczuwamy. Prostota przyjaźni z ubogimi, gdzie tak naprawdę w pewnym momencie to my stajemy się ubodzy, bo ci ludzie dają nam dużo więcej. To mnie tutaj przyciąga, uwodzi i nie pozwala mi odejść.  

  

Ewa Karabin (ur. 1983) jest teolożką, redaktorką „Więzi”, sekretarzem Laboratorium „Więzi”, współzałożycielką pisma internetowego „Dywiz”. Mieszka w Warszawie.

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: ubóstwo bieda bezdomni samotność kanały Wspólnota Sant'Egidio wyjście z bezdomności
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W