Przymusowy ślub z ziemią

Intelektualistom – zaufanie z o.o. Kilka już razy nabrany przez nich – sięgałem po rzekomo świetne filmy, rekomendowane przez nich, by doznać rozczarowania. Zwłaszcza pewien znawca tzw. kina transcendentnego sprawił mi zawód – naprawdę próbowałem zobaczyć tę transcendencję w poleconych przez niego filmach, ale ile można gapić się w ekran i w siatkówkę oka łowić homeopatyczne fenomeny tego, co duchowe? Tym razem dałem sobie polecić książkę – ceniony przeze mnie pisarz na swojej top-liście literackiej umieścił powieść Wiesława Myśliwskiego.

Zakupiłem „kamień na kamieniu” i w czasie urlopu przeczytałem od zdania pierwszego („Wybudować grób”) do końcowego („I buja cię, buja, aż stajesz się znów nie narodzony, nie poczęty”). Kto to tak buja, że aż wprowadza w błąd? To ziemia, do której śmierć człeka kładzie. Bo jest powieść Myśliwskiego przede wszystkim o ziemi, ziemia jest tutaj głównym bohaterem (bohaterką?) – i to, w moim odbiorze, czarnym charakterem. Szymon Pietruszka jako pozorny protagonista wciela w swoje losy i przemyślenia tradycję polskiej wsi. Pietruszka jest pojemniejszy od worka na ziemniaki, wszystko – prawie wszystko, co ludzkie się w nim zmieści, prócz osobistego życia rodzinnego i religijnego. Przez to sprawia wrażenie nie realnego, ale mitycznego bohatera. Mit chłopa, który żyje na całego: gdy się bawi, dziewczyny piszczą z uciechy (seksualnej, choć „gzi” się z nimi bawiący się chłop gdzie popadnie), gdy bije, to piszczą również mężczyźni (przynajmniej dopóki nie zostali pobici na śmierć), gdy pije, to na umór, gdy się stara o wybudowanie grobu, to też na całego. Czytelnik odnosi wrażenie, że życie na wsi jest prawdziwsze od innych „żyć”, że mieszczuchy są jakieś takie plastikowe, udawane, ugłaskane.

Ale przede wszystkim jest życie chłopa związane z ziemią, i nawet jeśli sam Pietruszka nie pała sympatią do ziemi, to na wsi zostaje do końca. Chłopi jawią się wręcz nieszczęśliwi, bo wskutek ochrzczenia zamiast swobodnie ubóstwiać ziemię, muszą wciąż żyć w napięciu między przykazaniami Bożymi a tradycją głębiej w nich rezonującą, bo idącą wprost z ziemi. Bóg pozostaje hen w tyle za łoną ziemią. Przegrywa także z seksem, któremu z lubością oddaje się nie tylko sam Pietruszka, bo libido jest drugą siłą napędową życia chłopów w „Kamieniu na kamieniu”. Nie sądzę, żeby w ten sposób Pietruszka (sam Myśliwski?) oddał sprawiedliwość rzeczywistości, na pewno jednak jest w tym napięciu między Bogiem a żywiołami coś zarazem przerażającego, jak i poruszającego. Jak na przykład wtedy, gdy to nie Bóg, ale ziemia odpuszcza wszelkie działania, które w wersji komediowej znamy ze sporów Pawlaka z Kargulem. Wstrząsające są również te opisy, gdy Szymon wraca z wojny, a jedyne na co stać ojca, to poinformować syna, jakie prace akurat należy koniecznie podjąć na roli. Łojciec bezradny, łojciec zagubiony nie mniej niż wiecznie pijący syn, łojciec, który z przymusu wziął ślub z ziemią.

Nie chciałbym się zniżać do zawsze krzywdzących dla autora interpretacji jego dzieła w duchu pop-psychologii, jednak co zrobić, gdy w trakcie lektury rosło we mnie przekonanie, że u źródła wprost sakralnego stosunku do ziemi leży w gruncie rzeczy lęk. Lęk najzwyczajniejszy, najpierwotniejszy – przed głodem, przed tym, że nie będzie co włożyć w gęby dziecków. Lęk nieznany współczesnym mieszczuchom, dla których ziemniaki rosną w hipermarkecie. Może właśnie ze względu na to, że nie są już w stanie udawać tego „zakochania” w ziemi, synowie Pietruszki seniora uciekają z domu rodzinnego do miasta, a sam Szymon, choć zostaje na wsi, jest raczej wyrodnym synem ziemi. Nie Szymon Piotr, ale Szymon Pietruszka musi dalej nieść depozyt chłopski. Na starość porusza się o lasce i ciuła na grób, w którym i tak jego bracia nie zamierzają złożyć swoich kości. Do matki i ojca „znów nie narodzonych, nie poczętych” w ziemi dołączy jedynie on sam oraz jego psychicznie niedomagający brat Michał. Jeśli w ogóle do tego dojdzie – bo przecież mamony brak. Czy kamień zostanie położony na kamieniu czy raczej nie zostanie z tamtego świata kamień na kamieniu?

Największym nieobecnym na 521 stronach tej godnej polecenia i pod pewnymi względami wybitnej powieści jest – tak czytam Myśliwskiego – Bóg. Co prawda Jego imię bierze się nadaremno co chwilę, a dzień święty święci na tyle, na ile żniwa pozwalają, ale nie jest to Bóg, który byłby zdolny przeniknąć życie chłopskie do cna. Na tyle, żeby znalazł się choć jeden sprawiedliwy, który w triadzie ziemia-seks-Bóg umieściłby Boga najwyżej. Co prawda jest matka, z pewną czułością i w sposób przekonujący odmalowana przez Pietruszkę (Myśliwskiego?), jednak i jej pobożność za słaba jest na to, by móc potraktować ją jako coś więcej niż folklorystyczny kwiatek do kożucha życia wiejskiego.

 

« 1 »