Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Jakub Halcewicz-Pleskaczewski

Nie mieszajcie w to Narutowicza

Mord w łódzkim biurze PiS, a wcześniej wybór Bronisława Komorowskiego na prezydenta oraz katastrofę pod Smoleńskiem porównuje się do sytuacji sprzed blisko 90 lat. To nadużycie i pułapka.

Gabriela Narutowicza wybiera na prezydenta Zgromadzenie Narodowe 9 grudnia 1922 r. Wybory są skomplikowane, kluby parlamentarne zgłaszają kilku kandydatów, trudno uzbierać większość. Narutowicza wystawia PSL „Wyzwolenie” — chłopska centrolewica. Zwycięża w piątym głosowaniu, wsparty przez PPS, centrowy PSL „Piast” i Blok Mniejszości Narodowych. Przegranym w wyborach jest hrabia Maurycy Zamoyski, kandydat Narodowej Demokracji.

Po wyborczej porażce prawica rozpętuje burzę — wybuchają manifestacje uliczne, zaczyna się prasowa nagonka. Wszystko, by nie dopuścić do zaprzysiężenia. Kochany przez prawicę gen. Józef Haller przemawia do tłumu, który zebrał się pod jego mieszkaniem: „W dniu dzisiejszym Polskę tę, o którą walczyliście, sponiewierano. Odruch wasz jest wskaźnikiem, iż oburzenie narodu, którego jesteście rzecznikiem, rośnie i wzbiera jak fala”. Deklaracja Narodowej Demokracji mówi o Narutowiczu jako o prezydencie narzuconym „głosami obcych narodowości”. Dla narodu to „gwałt” i „ciężka zniewaga”.

W prasie najmocniejszy jest głos Stanisława Strońskiego, który pisze, że Józef Piłsudski rzucił Narutowicza jako zawadę na drodze do naprawy państwa: „Wybór ten, zdumiewająco bezmyślny, wyzywający, jątrzący, wytwarza stan rzeczy, z którym większość polska musi walczyć. (...) Naród, w którego żyłach płynie krew, a nie gnojówka, musi się wzburzyć, gdy mu się bezczelnie i szyderczo pokazuje, że o najważniejszych dlań i najdroższych urządzeniach odzyskanego w męce państwa niepodległego rozstrzygają wrogo wobec polskości występujące narodowości obce”.

Rusza lawina. „Gazeta Warszawska”, „Kurier Warszawski” i „Rzeczpospolita” piszą: „żydowski elekt”, „protegowany żydowskiej finansjery światowej”, „nawet nie umie dobrze mówić po polsku”. Padają zarzuty o areligijność i kosmopolityzm, a także o to, że przez całe życie prezydent mieszkał w Szwajcarii.

Dwa dni po wyborze, 11 grudnia, odbywa się zaprzysiężenie. W Warszawie zamieszki, zatrzymywanie polityków, by nie mogli dotrzeć do Sejmu. Prezydent-elekt jedzie powozem, dosięgają go bryły śniegu i błota. Bojówki prawicy ścierają się z bojówkami PPS. Ginie robotnik.

Pięć dni później, 16 grudnia, po wizycie u prymasa Kakowskiego, Narutowicz jedzie na otwarcie wystawy Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Eligiusz Niewiadomski, malarz i krytyk sztuki, zwolennik endecji, oddaje do prezydenta trzy strzały z browninga.

Niewiadomski tłumaczy przed sądem, że celem zamachu miał być Piłsudski, ale „zabójstwo Narutowicza było epizodem w walce o polskość, o naród; padł on z mojej ręki jako ofiara machinacji, której areną był Sejm — lewica nie chciała dopuścić na stanowisko prezydenta człowieka niezależnego, chciała takiego, który utrzyma w kraju anarchię, przeforsowała takiego kandydata, połączywszy głosy swe z głosami żydostwa”.

Stroński pisze w „Rzeczpospolitej” cynicznie brzmiące: „Ciszej nad tą trumną!”.

***

Pamięć o nagonce przeciwko demokratycznie wybranemu prezydentowi działa dziś jak przestroga. Pokazuje, do czego może doprowadzić sianie nienawiści w życiu publicznym. Ale co znaczy przykładanie jej do wydarzeń ostatnich miesięcy?

Katastrofa pod Smoleńskiem ma z nią tyle wspólnego, że zginął urzędujący prezydent RP.

Wybór Komorowskiego na prezydenta — że polityczny konkurent podważa legitymację jego władzy, mówiąc, iż został wybrany przypadkiem.

Śmierć Marka Rosiaka — że padł on ofiarą przemyślanego zabójstwa. Oraz że nie był prawdziwym celem zamachowca, dodajmy — w obu przypadkach być może niezrównoważonego.

Na tym podobieństwa się kończą. Politycy i publicyści, którzy odwołują się do okresu
II Rzeczypospolitej, przedstawiają czasem walki partyjne i polemiki prasowe jako symptomy zepsucia i zapowiedź rychłego upadku państwa. Blisko stąd do wniosku, że i dzisiejsze spory polityczne, katastrofy czy nawet zbrodnie są zagrożeniem dla racji stanu. Jednak argumentacja przez analogię nie zawsze ma zastosowanie. Dotyczy bowiem zupełnie różnych rzeczywistości: politycznych, społecznych, gospodarczych, kulturalnych. Partyjne bojówki nie toczą dziś ulicznych walk. Mamy stabilny system polityczny, choć trzeba przyznać, że po katastrofie pod Smoleńskiem trudno uchwycić nastroje społeczne: walka o krzyż przed Pałacem Prezydenckim pokazała reakcje dotąd nieznane. Nieraz — w czasie angażujących setki ludzi nieagresywnych dyskusji — wydawała się świętem demokracji. Były też jednak marsze z pochodniami. I było przesadne wyśmiewanie się z bezradnych w gruncie rzeczy tzw. obrońców krzyża. Nie rozpętano jednak masowej nagonki o konkretnym wektorze.

Istotą porównań do zabójstwa Gabriela Narutowicza jest co innego. Chodzi o odwołanie do tragicznego wydarzenia i narodowej traumy. Oraz do ponownego określenia jasnego podziału my—oni. „Oni” sieją nienawiść, zniszczenie, śmierć. Nieważne, z której strony pada oskarżenie.

Odwoływanie się do 1922 r. prowadzi do eskalacji konfliktu; ci, którzy to robią, stają się budowniczymi społeczeństwa wiecznej wojny.

Jakub Halcewicz-Pleskaczewski (ur. 1984 r.) jest związany z „Gazetą Wyborczą” i „Przeglądem Powszechnym”.



opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: polityka przemoc zabójstwo politycy partie Jarosław Kaczyński Bronisław Komorowski mowa nienawiści mord polityczny Gabriel Narutowicz
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W