Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Jan Hartman

Godne, bo wygodne

Młodzi torturują siebie i nas trywialnym nihilizmem, wypranym z jakiejkolwiek idei moralnej.

Wszyscy mamy prawo do własnego zdania. Ludzkość od niepamiętnych czasów zadaje sobie pytania o sens życia, ale każdy człowiek odpowiada na nie w inny, tylko sobie właściwy sposób. Nie ma jednej odpowiedzi i nie może jej być, bo każdy człowiek jest inny, niepowtarzalny. Już starożytni filozofowie zastanawiali się nad kwestią, czym jest i na czym polega godność człowieka. Jan Paweł II twierdził, że godność jest wartością najwyższą w człowieku. Zgadzam się z tą opinią.

Macie już dość? A ja tak muszę każdego roku, dziesiątki razy. Jakby się wszyscy zmówili. Od lat borykam się z czymś, co najpochlebniej można by nazwać światopoglądem, a mniej pochlebnie śmieciem wypełniającym umysły, a może tylko usta większości (na szczęście nie wszystkich!) moich pierwszorocznych studentów.

Jestem bowiem specjalistą od mentalności naszej młodzieży, i to bez żadnych badań i studiów, a łatwej tej uczoności nabyłem dzięki monotonii i prostocie przedmiotu. Jedna z najwyższych deklarowanych przez młodzież wartości, czyli niezależność osobistej opinii, bynajmniej nie jest przez nią realizowana — zastępy studentów wykazują się niezwykłą jednolitością wyobrażeń o świecie. Ich wypowiedzi są tak przewidywalne, że sprawiają wrażenie jeśli nie rytualnych mantr, to w każdym razie wyuczonych frazesów. I proszę mi wierzyć, że nie ma większego znaczenia, czy mówi ogolony na łyso chłopak z mieczykiem Chrobrego, zakonnica, czy okularnik z włosami do ramion.

Jeśli dawniej grzeczne pensjonarki i kawalerowie powtarzali za swymi nauczycielami rzeczy jakoś znośne intelektualnie i etycznie, to ich dzisiejsi rówieśnicy torturują siebie i nas trywialnym i bezmyślnym nihilizmem, wypranym z jakiejkolwiek idei moralnej i pozbawionym krzty krytycyzmu. Trudno nawet dopatrzyć się w tym obłudy czy zepsucia — bezmyślność jest wszak niewinna. W niepokalanym samozadowoleniu młodzi deklamują bałamutne brednie, wtłoczone im do głów przez jakiś obłędny wychowawczy i medialny kartel. Krzywdzimy swoje dzieci!

Umysłowy autyzm

„Ja mam swoje zdanie, że każdy ma prawo do własnego zdania”. Czyli jakie jest pani/pana zdanie? „No właśnie, że każdy ma swoje zdanie”. Taki — zapewniam, że nie całkiem hipotetyczny — dialog profesora ze studentem streszcza istotę rzeczy.

Można by właściwie na tym zakończyć opowieść-skargę na jałowość i trywialność umysłową absolwentów polskich szkół, bo treści „własnych zdań” nie są ani obfite, ani mądre, ani bynajmniej nie są oryginalne. „Własne zdania” nigdy też nie słyszały o tym, że powinny być czymś poparte i uzasadnione. Bardzo się takim żądaniom dziwują — przecież są właśnie „własne”!

Nie dajmy się jednak tak łatwo spławić. Rzeczom beznadziejnym należy się przyglądać, bo przemawia przez nie rzecz metafizycznie ogromna — Pustka. Pustka, pod postacią obojętności, ignorancji, gnuśności, podchodzi pod nasze domy ze wszystkich stron, jak nocny mróz. Czyż nie stajemy czasem w oknie, by zanurzyć wzrok w marcowej nocy? Lecz szczególnie przejmujące jest mroźne piętno nicości na twarzach i w słowach młodych ludzi. Nie możemy udawać, że go nie widzimy. Młodzi przychodzą na uniwersytet i stają przed nami jakby zaczarowani. Pogrążeni w jakimś umysłowym autyzmie recytują wyuczoną lekcję. Ta infantylna opowieść o świecie i życiu nosi tytuł, jakże by inaczej, „Moje zdanie”. Jest nowa i absurdalna. Pojawiła się kilkanaście lat temu i zapewne wkrótce zostanie zapomniana. Jakiś antropolog powinien ją na gorąco spisać i zbadać. Bo to jest pieśń tego ludu i tych czasów.

Ów „świat młodych” jest prosty i taki też im się wydaje. Młodzieży jest zresztą obojętne, jaki jest naprawdę ten świat, czyli jaka jest, jak to się dziś dość prostacko nazywa, „otaczająca rzeczywistość”. Nie, nie można powiedzieć, że „nie wierzą w prawdę”. Nigdy bowiem nie myśleli na serio, że jest jakaś prawda, którą warto by poznać. Tym samym nie mieli sposobności przeżyć zawodu, że „nie ma jednej prawdy”. Żaden tam bolesny sceptycyzm, żaden cynizm. Nawet nie relatywizm.

Znacie? No to posłuchajcie.

Gdy ich spytać, czemu służy nauka, nie przychodzi im na myśl, że może służyć „poznawaniu prawdy”. Samo słowo „prawda” kojarzy im się z religią, a religia z czymś mglistym i nudnym. Z religią kojarzy się również „etyka”. Etyka to dekalog, a dekalog to „nie zabijaj” i „nie kradnij”. Poza tym jeszcze etyka mówi, że zła jest aborcja i eutanazja. Tak naprawdę jednak to każdy ma własną etykę i „nikt nie ma prawa oceniać etyki innych ludzi”. A słowo „moralność”? To z pewnością coś z seksem, ale dzisiaj są „inne czasy”, to znaczy „pewne rzeczy, które dawniej były niedozwolone, dzisiaj po prostu wszyscy robią”.

Oczywiście, są pewne zasady. Bo jak nie będę ich przestrzegać, kiedyś to się na mnie odbije. Dlatego trzeba ich przestrzegać. Trzeba też pomagać innym ludziom, bo jak nie, to i nam też nikt nie pomoże. Nie, nie należy być egoistą. Egoista myśli tylko o sobie, a przecież trzeba myśleć także o innych, jeśli inni mają się z nami liczyć. Bo w ogóle musi być równość. Każdy jest takim samym człowiekiem i każdy ma prawo do szacunku i nikt nie może mówić, że ktoś „coś zrobił nie tak” albo że „jest gorszy”. Każdy ma taką samą godność i nie wolno nikogo krytykować. Bo jakie ktoś ma prawo, żeby oceniać innych ludzi? No, a jak ktoś już zrobi coś bardzo, bardzo złego, to jest policja, są sądy. A jak kolega coś mi złego zrobi, to mogę przestać się z nim kolegować. Ale tak naprawdę tylko Bóg może ludzi sądzić, a nie człowiek.

Czy Bóg istnieje? Chyba istnieje, tak — na pewno istnieje. W każdym razie każdy ma prawo wyobrażać sobie Boga po swojemu i z Nim rozmawiać. To jest „subiektywne”. Do kościoła chodzi się dla siebie, żeby się modlić i dostać wsparcie od Boga. Nikt nie wie, co będzie po śmierci, ale na pewno coś będzie. Każdy może mieć swoje zdanie na ten temat. To też jest „subiektywne”.

Na razie jesteśmy na tym świecie, a ten świat składa się z atomów. Fizyka mówi o tym, jak ten świat powstał. Ale może to Bóg go stworzył — tego nie wiadomo do końca. Istnieje „coś wyższego”, ale co to dokładnie jest, nie wiadomo, i każdy może różnie o tym myśleć. Myśli są sprawą osobistą, subiektywną. Jak czegoś nie można zobaczyć, to tego nie ma tak naprawdę i nie może być żadnych dowodów na to. Można w coś takiego, nieistniejącego, czego nie można zobaczyć, wierzyć, ale to jest subiektywne. Nauka mówi o atomach i innych faktach obiektywnych, i służy do tego, żeby nam się lepiej żyło, żeby były wynalazki. Nauka coś odkrywa, a potem się to stosuje. Naukowcem był np. Kopernik. Naukowcy mają umysły ścisłe, a my raczej jesteśmy humanistami; z matematyki mieliśmy tróję, a z polskiego zawsze dobre stopnie. Poza obiektywnymi faktami są różne rzeczy, o których możemy sobie myśleć, które możemy lubić albo nie. Ktoś lubi taką muzykę, a ktoś inną. Każdy ma inny pogląd. Ktoś wierzy w Boga, a ktoś inny jest niewierzący. To jest subiektywne, czyli to jest moja sprawa. W takich sprawach nie ma jednej prawdy, tylko jest tyle prawd, ilu jest ludzi. Np. jak ktoś jest muzułmaninem, to myśli tak, a jak chrześcijaninem, to może inaczej.

Każdy ma jedno życie i ma prawo je przeżyć, jak uważa, że jest dobrze dla niego. W życiu trzeba się realizować i musi być w nim miłość, radość, rodzina. Wtedy jest szczęście i sukces. Bo życie jest tylko jedno. Trzeba pracować, żeby zarobić na życie i móc cieszyć się tym życiem, i realizować swoje marzenia. Trzeba dbać o zdrowie i uprawiać sport. Fajnie jest podróżować, żeby poznawać inne kultury. A od polityki lepiej trzymać się z daleka. Bo politycy tylko się kłócą i to do niczego nie prowadzi. Powinien być pokój na ziemi, ale to jest chyba niemożliwe, bo zawsze znajdą się ludzie, którzy wywołują wojny. Ludzie są dobrzy, chociaż niektórzy są źli, np. Hitler. My jesteśmy dobrzy. Zresztą nikt nie ma prawa nas oceniać. Tylko Bóg — jeśli ktoś w Niego wierzy.

Młodzi ludzie powinni mieć zapewniony jakiś start. Powinni móc dostać pracę i zarabiać tak, aby godnie żyć. Czy „godnie” to znaczy po prostu „wygodnie”? No nie, chodzi tylko, żeby na wszystko starczyło, żeby nie trzeba było się martwić. I jeszcze trzeba być patriotą. Polska wniosła wielki wkład do kultury i historii. Np. daliśmy światu Papieża-Polaka. Poza tym było Powstanie Warszawskie. Polska odzyskała niepodległość.

Pragnienie ważniejsze niż słabość

Co to jest?! Skąd wzięła się ta karykaturalna kakofonia idei i ideek? Pobrzękują tu różne instrumenty, a wszystkie rozstrojone — jakaś grecka lutnia, stara chłopska fujarka, burżujski patetyczny fortepian, a do tego swingujący saksofon zza morza. Orkiestry z tego nie ma, ale można rozpoznać, w co się tu niby gra.

Skrócona diagnoza jest następująca. Najbardziej archaiczna warstwa idei naszej młodzieży jest z pochodzenia grecka. Da się tu wysłuchać nuty eudajmonizmu, epikureizmu, a także sceptycyzmu. Wszystko to jednak w postaci skarlałej i zdeformowanej w trybach demokratycznego populizmu, będącego ideologią egalitarnego społeczeństwa czasów liberalnej demokracji. Powstały w ten sposób niespójny kompleks ulega następnie galwanizacji w pozytywistycznym scjentyzmie. Do tego dochodzą jakieś zbłąkane smugi nacjonalistycznego czadu epoki romantycznej i strzępki feudalnego katolicyzmu.

Oczywiście nie twierdzę, że jest „epikureizm wiecznie żywy”. Nie chodzi mi o realne wpływy i ciągłość idei, ale po prostu o ich obecność. Współczesny hedonizm nie jest pozostałością tego greckiego, tylko jego powtórzeniem w gorszej postaci.

Ale do rzeczy. Otóż starożytni Grecy uważali, że należy dążyć do szczęścia świadomie i z rozmysłem. Szczęśliwy jest ten, kto nie pragnie więcej, niż może mieć, kto umie cieszyć się życiem, nie poddając się smutkowi i lękom, a za to słuchając swej natury, z którą walczyć byłoby szaleństwem. Warunkiem szczęścia jest też opanowanie i rozumność. Człowiek szczęśliwy jest mądry i cnotliwy. Te trzy przymioty: cnotliwość, rozumność i szczęśliwość — są tak dalece współzależne, iż właściwie zlewają się w jedno. Pod tym względem była zgoda, jak Grecja długa i szeroka, przez długie tysiąclecie greckiej filozofii.

Było jednak kilka punktów spornych, a jeden z nich okaże się tu dla nas istotny. Otóż eudajmoniści, na czele z Arystotelesem (IV w. p.n.e.), uważali, że obowiązkiem światłego męża jest stale doskonalić swe zalety i charakter, ucieleśniając jakby we własnej osobie ideał człowieka. Kto osiągnie pełnię cnót i życiowej tężyzny, ten jest szczęśliwy (eudajmonia znaczy po grecku szczęście i doskonałość charakteru). Podobnie jak nasza młodzież, eudajmoniści twierdzili, że dobre życie polega na rozwoju wewnętrznym, czyli, jak to dziś mówią, „samorealizacji”.

Tyle że Grekom chodziło o to, iż jesteśmy bardzo marni i musimy ciężko pracować nad sobą (z pomocą wychowawców) po to, by stać się lepszymi niż dotąd ludźmi, jeśli nie wręcz ludźmi w ogóle. Współczesna młodzież myśli zaś, że wszyscy są równi i równie wiele warci, a wysiłki nie służą temu, aby przezwyciężyć własną nędzę, lecz spełnieniu pragnień.

Zasadą podstawową etosu naszej młodzieży jest bowiem całkowita odmowa uznania jakichkolwiek własnych słabości oraz jakichkolwiek celów społecznych, mających ważność niezależnie od tego, czy przynoszą nam osobiste korzyści. Gdybyśmy mieli być w istotny sposób lepsi bądź gorsi jedni od drugich, to zagrożona byłaby równość. Lepiej umówić się, że nikt nie będzie wywyższony ani poniżony, cokolwiek będzie czynił, lecz że wszyscy będą zawsze równi i równe będą mieli prawo do szacunku, bez względu na to, co czynią i ile umieją. Ten drugi, demokratyczny system jest wszak o wiele łatwiejszy, z góry wykluczając pretensje jakichś uzurpatorów do rzekomych „wyższych celów” — jak gdyby im akurat chodziło o coś innego niż osobisty sukces. Nie ma wygranej, ale i nie ma ryzyka: wszyscy są wspaniali, równi i nastawieni wyłącznie na osobiste cele. Co więcej, system ten wygląda na sprawiedliwy, bo przecież równość i sprawiedliwość idą w parze.

Populistyczny egalitaryzm jest wynalazkiem XIX-wiecznego demokratyzmu, nawiązującego do rewolucji francuskiej, a współczesna demokracja medialna, opierająca się na nieustannym schlebianiu wszystkim wyborcom, a więc w ogóle wszystkim ludziom, „zabetonowała” tę logikę nihilizmu i resentymentu, jak określał to Nietzsche. Bardzo brzydką stroną tej nowoczesnej „myśli gminnej” jest egoizm, który nie umie sam rozpoznać się jako egoizm ani sobą samym zawstydzić.

Gdy pytam młodzież, dlaczego wspiera akcje charytatywne, słyszę nieodmiennie, że „pomagam, bo sam mogę kiedyś potrzebować pomocy”. Współczucie i bezinteresowny odruch serca nie wydają się godnymi racjami działania. Rozumność wymaga, by powołać się na jakiś interes, czyli korzyść. Tak też się i czyni, a brak styczności z ideałami moralnymi sprawia, że ludzie nie wstydzą się deklarować egoizmu. Co więcej, zdają się wierzyć, niczym oświeceniowi protoplaści liberalizmu, że roztropny egoizm powszechny, prowadzący do równomiernego uwzględniania interesu wszystkich ludzi, a więc, tym samym, interesu publicznego, jest najrozumniejszym i najbardziej naturalnym ustrojem życia społecznego. Dziś ja pomagam tobie, a jutro ty mnie. Solidarność, co się zowie!

Osobliwy racjonalizm światopoglądu młodzieży jest jednak niekonsekwentny, by nie powiedzieć: pozorny. Pełna ochrona integralności każdej jednostki, jako równej pozostałym i chronionej przed wszelką krytyką, wymaga bowiem, aby nie dochodziło do takich sytuacji, iż oto nagle okazuje się, że ktoś ma rację, a ktoś inny nie. Trzeba więc wykluczyć rozum, gdyby ten miał jakieś pretensje do prawdy i słuszności. A skoro rozum usuniemy z tronu, sprowadzając go do roli negocjatora egoistycznych interesów równych i zadowolonych z siebie pretendentów do „godnego życia” oraz „samorealizacji”, jego miejsce zająć mogą tylko odczucia.

W rezultacie nie ma już „prawdy”, a jedynie właśnie owe słynne „subiektywne odczucia” — jakie tylko komu odpowiadają. Tu żadne negocjacje nie są potrzebne — poglądy są sferą czystej wolności. Nie ma sensu o cokolwiek się spierać. Chleba z tego nie będzie ani przyjemności żadnej; a nawet przeciwnie. No więc się nie spieramy. W taki sposób masy skonsumowały przesłanie liberalne: myślimy sobie, co chcemy, i w drogę sobie nie wchodzimy. Przy takim stanie rzeczy uchodzi wszystko, z wyjątkiem jednego: wszelkie sugestie, że ktoś mógłby jednak mieć rację nie tylko subiektywną, swoją i dla siebie, ale rację domagającą się uznania publicznego, muszą być stanowczo oddalone. Ten zaś, kto chciałby wejść w rolę jakiegoś mentora racji publicznych, wywyższając się tym samym ponad innych, zasługuje na potępienie jako wróg równej wolności. „Nikt nie ma prawa narzucać innym swojego zdania”, brzmi jeden z obmierzłych frazesów otumanionej młodzieży.

Odrzucając rozum, a w każdym razie rozum obcujący z ideami w nadziei prawdy, czyli rozum nieinstrumentalny i nietrywialny, traci się wraz z nim wszelkie ideały. Ideały moralne i w ogóle wszelka wiara w cokolwiek niewidzialnego musi się rozwiać, gdy „wszystko jest subiektywne”. „Obiektywne” są tylko rzeczy złożone z atomów. Wszak „jeśli czegoś nie można zobaczyć i dotknąć, to znaczy, że tego czegoś nie ma” — by zacytować kolejną mantrę młodego studenta. Tak się jednak składa, że i ja sam nie jestem taki całkiem materialny i nie mogę zobaczyć tego czegoś, co nazywam słowem „ja”.

Na gruncie nieźle, jak widać, uwikłanego filozoficznie, mimo całej swej bezmyślności, światopoglądu naszej młodzieży, nie da się utrzymać wiary, że życie człowieka to coś więcej niż coś, co „można dotknąć”, czyli przeżyć. A więc życie to po prostu ciąg przeżyć. I trzeba się starać o to, aby te przeżycia były jak najlepsze i najprzyjemniejsze. Dobra jest nauka? Dobra — bo „ciekawa”. Dobry jest film? Dobry — bo „wzruszający”. Dobra jest Msza? Dobra — bo daje „przeżycie religijne”.

Zamknięcie życia i całego jego sensu w strumieniu przeżyć było wynalazkiem greckich filozofów, nastawionych opozycyjnie do eudajmonizmu, a tym bardziej do uduchowionego stoicyzmu, a mianowicie cyrenaików i epikurejczyków. Najważniejszy był Epikur, więc stanowisko takie nazywa się epikureizmem; można jednak nazywać je również hedonizmem, od słowa hedone, oznaczającego dobre, przyjemne przeżycie. Epikurejczycy uważali, że życie jest sztuką, której trzeba się nauczyć. A kto posiądzie tę sztukę, ten będzie szczęśliwy. Trzeba więc nauczyć cieszyć się życiem i je smakować — najlepiej wespół z przyjaciółmi. Życie przecież jest tylko jedno i trzeba je najlepiej, jak się da, wykorzystać.

Pogląd ten jest tak bezwarunkowo uwewnętrzniony przez naszą młodzież (i nie tylko młodzież), że można go nazwać etyką współczesności. Żadne tam „życie chrześcijańskie”, żadna „sprawiedliwość i pokój”, żadna „wolność, równość i postęp”. Liczy się jedno: przyjemne, dające wiele radości i satysfakcji życie, a wszystko inne: nauka, sztuka, religia, nabiera wartości tylko o tyle, o ile daje się temu projektowi podporządkować. Czysty epikureizm. Starożytni górą! Niestety, zachwyt nad odrodzeniem idei klasycznych studzi w nas widok szpetnego oblicza współczesnego trywialnego hedonisty. Gdzież mu tam do ogrodów Epikura. Nie dla niego wysmakowane dysputy, elegancja i styl. Jego „sztuka życia” to zaledwie użycie. Szybkie i byle jakie. Piwo, muza, plaża, seks. Dla bardziej wymagających jeszcze kino i Msza. I żeby się nie narobić. To jest właśnie „godne życie” i to jest „własne zdanie”.

„Bo ja np. lubię chodzić do kina, ale uczyć się to nie bardzo lubię. Chyba że mnie coś interesuje. A filozofia to nie wiem, do czego mi jest potrzebna, i to mnie nie interesuje. Poza tym ja mam umysł ścisły i lubię konkretne rzeczy, które do czegoś się przydają w życiu. Takie bynajmniej jest moje zdanie”.          

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: młodzież młodzi niezależność przyjemność epikureizm satysfakcja nonkonformizm
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W