Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Michał Olszewski

Słowo spuszczone z łańcucha

Wyrok skazujący Dodę to nic innego jak huk armat wymierzonych w wróbla.

Po raz kolejny błahy incydent urasta do rangi wydarzenia kluczowego dla dyskusji o roli religii w życiu społecznym. W ubiegłym roku znana piosenkarka udzieliła wywiadu, w którym ujawniła, że bardziej wierzy w dinozaury niż w Biblię (jakby jedno wykluczało drugie). Oznajmiła również, że „ciężko wierzyć w coś, co spisał jakiś napruty winem i palący jakieś zioła”. Oburzeni Stanisław Kogut, senator PiS, oraz Ryszard Nowak, szef Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami, złożyli pozew, a sąd uznał właśnie, że doszło do obrazy uczuć religijnych i skazał piosenkarkę na 5 tys. zł grzywny.

Nie miejsce tu, by rozważać, czy w Biblii, jak chcą rastafarianie, pojawiają się wyraźne sygnały przyzwolenia na palenie marihuany, i ile racji miały niektóre szczepy Indian, przekonane, że grzyby halucynogenne zostały im dane przez Boga. W antropologii miejsce, w którym narkotyki spotykają się z doświadczeniem mistycznym, eksplorowane jest przez badaczy nadzwyczaj chętnie, choć trudno oczekiwać, by taka eksploracja mogła cokolwiek udowodnić. Dla jednych religia na zawsze pozostanie wytworem umysłu, dla innych Bóg będzie realną siłą.

Pytanie brzmi więc inaczej: gdzie przebiega granica zniewagi, nie tylko religijnej, i czy warto histerycznie reagować na każdy głos z drugiej strony, choćbyśmy uznali, że szarga on rzeczy dla nas najświętsze.

Przyznajmy: katolicyzm znalazł się pod ostrzałem. W oficjalnym dyskursie nie możemy drwić z Buddy, Mahometa (tu akurat śmiech lepiej powstrzymać dla własnego dobra), Zaratustry i owianego zapachem konopi Jah. Nie powinniśmy również kpić z satanistów, są to bowiem, jak wieść niesie, ludzie inteligentni i podatni na zranienie, skrzywdzeni przez przymusowe służenie do Mszy i grzechotanie dzwonkami podczas nabożeństw majowych. Nic nie stoi natomiast na przeszkodzie, by na warsztat wziąć Biblię i Chrystusa. Katolicyzm i szerzej: chrześcijaństwo, stały się w ostatnich latach poligonem, na którym możliwe są eksperymenty najdziksze — Nergalowi wolno drzeć Biblię, Andres Serrano zanurza krzyż w moczu, zaś na forum Ateista.pl niejaki Al-rahim zastanawia się, czy jeśli ktoś wierzy, iż oddawanie kału na krzyż jest formą kultu, powinien być oskarżony o obrazę uczuć religijnych. Jeśli można pokusić się o wróżenie z ekskrementów, to stan ten będzie się pogłębiał.

Podawanie podobnych eksperymentów w wątpliwość przyjmowane jest jako ewidentny dowód na wąskie horyzonty. Sztuka urosła do rangi inteligentnego mściciela, który pod pozorem zadawania ważkich pytań bierze odwet za lata krzywd, zarówno prawdziwych, jak i urojonych.

W takim kontekście wypowiedź Dody wygląda wręcz niewinnie, a pozew sądowy brzmi jak huk armat wymierzonych w wróbla. Nowak i Kogut nie chcą najwyraźniej przyjąć do wiadomości, że przyszło im żyć w świecie, w którym wolno coraz więcej. Wolno mówić mocniej, radykalniej, bardziej zjadliwie. Można się na ten stan rzeczy obrażać, przyznajmy również, że poszerzenie granic wolności debaty w sposób nieunikniony wiąże się z zadawaniem ran: słowa spuszczone z łańcucha, słowa, które często wyprzedzają namysł, mogą kaleczyć i niszczyć. Wolność oznacza coraz częściej w potocznym rozumieniu prawo do bezkarnego obrażania innych. Potoki pomyj leją się na wierzących, niewierzących, Michnika, Kaczyńskiego, tych, którzy bronili krzyża na Krakowskim Przedmieściu, jak i tych, którzy przeciwko jego obecności protestowali. Ostatnie dwie dekady minęły pod znakiem wielkiej inflacji znaczeń i, jeśli tylko nie marzy nam się cenzura, trudno wyobrazić sobie, że nagle powściągniemy języki.

Żyjemy w kraju, w którym normą staje się nazywanie przeciwnika „debilem”, a jest to przekroczenie o znacznie poważniejszych konsekwencjach niż supozycja, że ewangeliści pili wino i palili marihuanę. Dlaczego? To proste: prześmiewczy i bezlitosny dla chrześcijan „Żywot Briana” (swoją drogą, ciekawe, dlaczego Kogut i Nowak nie wystąpili jeszcze o zakaz rozpowszechniania filmu) nie jest tak niebezpieczny jak pierwszy lepszy hip-hopowy tekst nawołujący w bezpośredni sposób do przemocy.

Coraz mocniejsze słowa i gesty wymierzone w Jezusa są więc częścią większej całości. I tak, jak nie ma szans, by Polacy przestali z dnia na dzień wyzywać się od debili, tak nie sposób sobie wyobrazić, by w Polsce powstała umowa społeczna wyłączająca obszar jakiejkolwiek religii spod ataku niesprawiedliwych słów i gestów. Bo niby dlaczego mielibyśmy taki rezerwat zakładać? Przestrzeń doświadczeń duchowych otwarła się na oścież, również dla tych, którzy chcą ją zwiedzać z torbą wypełnioną fekaliami. Owszem, jest to rodzaj wojny. Ale w ustroju prawdziwie demokratycznym nie da się jej uniknąć.

Warto pochylić się przy okazji nad decyzjami polskich sądów w sprawach o szeroko rozumianą wolność słowa, ostatnie miesiące pokazują bowiem, że rozstrzygnięcia mają charakter czysto arbitralny i zależą od widzimisię sędziego. Artystka Doda Rabczewska nie może ranić katolików mówiąc o tym, że autorzy Biblii palili konopie. Inny artysta słowa, Nergal, został uniewinniony, bo darł Biblię wśród fanów, których ten gest nie zbulwersował. Wychodząc poza kwestie religijne: w styczniu tego roku okazało się, że redakcja „Rzeczpospolitej” miała prawo poniżać homoseksualistów, przyrównując związki jednopłciowe do zoofilii. Homoseksualistów poniżać mogą również aktywiści Narodowego Odrodzenia Polski, którzy zalegalizowali znak „Zakaz pedałowania”.

Bałagan w podobnych w gruncie rzeczy sprawach dowodzić może jednego — pojęcia obrazy uczuć religijnych czy godności stały się tak trudne do zdefiniowania, że nie ma mowy o pokazaniu ogólnego mechanizmu przestępstwa. W ślad za tym idzie postulat coraz wyraźniej artykułowany przez internautów, domagających się wykreślenia obrazy uczuć religijnych z kodeksu karnego. Nawet jeśli kiedyś tak się stanie, nie ma powodu do załamywania rąk: bluźnierstwo pochodzi z zupełnie innego porządku i w innym miejscu niż sąd zdaje się z niego sprawę.

Przyznajmy: fundamenty chrześcijaństwa są podważane coraz mocniej. Ale Kogut i Nowak pozywając do sądu Dodę, osiągają efekt przeciwny do zamierzonego. Każdy ma prawo dochodzić w sądzie swoich racji, po co jednak robić publicity mało istotnemu wywiadowi? Po co wzmacniać i bez tego silne przekonanie, że polscy katolicy próbują zamykać usta swoim krytykom? To nie Kogut i Nowak wychodzą z sali sądowej jako zwycięzcy — to Doda zyskuje miano męczennicy, którą zakneblował zły ciemnogród. Co więcej, zaraz po wyroku uaktywnił się inny celebryta, Michał Piróg, który na Facebooku napisał o Biblii: „To jakaś paranoja... jakichś kilkunastu kolesi na zlecenie nowo istniejącej firmy za grubą kasę napisali zbiór bajek”. Zdaje się, że Kogut i Nowak znaleźli kolejnego przeciwnika.

Choć, dodam na koniec, nawet tak rozdyskutowana postać jak Doda zdaje sobie sprawę, że wolność słowa powinna mieć granice. Sama pozwała rapera z Grupy Operacyjnej za to, że nazwał ją w teledysku „blacharą”, a w internecie opublikował list otwarty, gratulując byłemu partnerowi artystki, że ten ją zdradzał.

Doda wygrała sprawę o list otwarty w sądzie, o mały włos nie puszczając rapera z torbami.             

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: chrześcijaństwo ciemnogród katolicyzm granice wolności geje znieważenie uczuć religijnych homoseksualiści Narodowe Odrodzenie Polski Doda debata publiczna Nergal Dorota Rabczewska
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W