Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Ks. Andrzej Bardecki

STANOWCZA ŁAGODNOŚĆ

Jerzy Turowicz cieszył się w redakcji niekwestionowanym autorytetem już wtedy, kiedy w 1951 roku przyszedłem do niej jako praktykant. "Tygodnik Powszechny" posiadał już wówczas ogromne znaczenie w Polsce. Oczywiście w dużej mierze dzięki jego Redaktorowi Naczelnemu.

Wydaje się to nieprawdopodobne, ale w ciągu mojej czterdziestoletniej pracy w redakcji (byłem redaktorem działu religijnego i asystentem kościelnym), nie miałem z Jerzym ani jednego spięcia. Posiadał on niezwykły charyzmat kierowania zespołem. Nie lubił rządzić. Właściwie można było mu zarzucić, że za mało jest "szefem". Słuchał, co mają do powiedzenia inni, radził, sugerował, jeśli coś krytykował, to w taki sposób, że trudno było się na niego obrazić. Nigdy nie okazywał zdenerwowania, czasem - zirytowany - jedynie lekko podnosił głos.

Niekiedy miał pretensje do adiustacji tekstów. W kwestii czystości polszczyzny był bardzo wymagający. Miał ogromną słabość do najnowszej sztuki i poezji. Wiem, że w tej dziedzinie dochodziło czasem do konfliktów z księciem kardynałem Sapiehą. Sapieha nie lubił i chyba nie rozumiał sztuki nowoczesnej. Czasem wzywał ks. Piwowarczyka i mówił: "Co wy za jakieś bohomazy zamieszczacie!". Ale Turowicz był nieugięty. Za czasów kard. Karola Wojtyły nie było już z tym problemów. Dzięki stanowczości Turowicza "Tygodnik" uchodził za koryfeusza nowoczesnej poezji i sztuki.

Po Soborze zaczął się trudny okres dla Kościoła. Turowicz napisał wtedy głośny artykuł "Kryzys Kościoła". Ten tytuł zirytował Prymasa Wyszyńskiego. Jego zdaniem, można jedynie było mówić o kryzysie "w Kościele". Turowicz przyznał, że tytuł rzeczywiście nie był trafny. Z Prymasem jednak zawsze pozostawał w dobrych stosunkach. Znali się przecież jeszcze przed wojną z "Odrodzenia".

W sprawach teologicznych dawał mi całkowicie wolną rękę. Jeżeli miałem wątpliwości, nigdy ich nie kwestionował. Sugerował jedynie poprawki stylistyczne. Ostateczną decyzję jednak zawsze ja podejmowałem. Wiele razy sam się go radziłem. Praktycznie każdy mój artykuł o Soborze dawałem do przeczytania Jerzemu. Jego uwagi, nie tylko stylistyczne, były dla mnie niezwykle cenne.

W dziedzinie tematyki kościelnej Jerzy podejmował decyzje jedynie co do losu tekstów, które mogłyby być wykorzystane przez władze do walki z Kościołem. Tak było np. ze świetnie napisanym artykułem Jasia Szczepańskiego "Między buntem a letargiem", dotyczącym stosunku Kościoła do tzw. kwestii społecznej; Szczepański uważał iż Leon XIII z encykliką "Rerum novarum" spóźnił się w stosunku do "Manifestu Komunistycznego" aż o 40 lat. Tekst ten czytali także Stomma i Gołubiew. Razem z Turowiczem uważali, że może zostać odczytany jako krytyka Stolicy Apostolskiej. Zastanawiano się, czy rozwiązaniem nie byłoby zamieszczenie polemiki. Powiedziałem wówczas, że z artykułem tym nie można polemizować, gdyż byłaby to polemika z prawdą. Ostatecznie, ze względu na trudną ówcześnie sytuację Kościoła polskiego, artykuł się nie ukazał (szerzej pisałem o tym w wydanej przez Znak książce "Zawsze jest inaczej").

Kłopotliwy dla Kościoła temat poruszał także mój artykuł "Milczenie Piusa XII". Uważałem, iż obowiązkiem Papieża jako sumienia świata było zabrać głos w czasie II wojny światowej w sprawie obozów koncentracyjnych i zagłady Żydów, bez względu na konsekwencje. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że tekst ten jest w pewnym sensie samobójczy. Turowicz jednak nie sprzeciwiał się, a nawet miałem wrażenie, że jest zadowolony.

Autorytet miał tak duży, że nawet wielkie redakcyjne indywidualności liczyły się z jego zdaniem. Kiedy zaczęła się ukazywać "Poczta ojca Malachiasza", zdarzało się, że pewne sprawy kwestionowałem. Tadeusz Żychiewicz był wyśmienitym publicystą, ale czasem go ponosił temperament. Kiedy usiłowałem mu zwracać uwagę, wściekał się, zabierał tekst i wychodził z redakcji. Wtedy nie miałem innego wyjścia, jak prosić o pomoc Jerzego. Na następny dzień siadaliśmy już we trójkę i Turowicz przekonywał: "Jesteś świetnym pisarzem, ale tak pisać nie można". I Żychiewicz ustępował.

Podobnie było z felietonami Kisiela. Ponieważ była to publicystyka polityczna, ja ich nie czytałem, ale czasem Jerzy mi je pokazywał. Kiedyś powiedział: "Co ten Kisiel tutaj powypisywał o diabłach? Zobacz". Odpowiedziałem, że to taka konwencja, a przecież wszyscy są przyzwyczajeni do oryginalnego stylu Kisiela. Ale często z nim rozmawiał i nawet niepokorny Kisiel ustępował. Nigdy jednak nie było autorytarnych decyzji. Zawsze rozmowy były przyjacielskie, w duchu wzajemnego zaufania. Zresztą w redakcji niezmiennie panował bałagan, nie było dyscypliny. Na Wiślną przychodziliśmy właściwie na pogaduszki, pracowało się zaś w domu.

W związku z Soborem czułem z Jerzym szczególną wspólnotę zainteresowań. Już wcześniej zajmowaliśmy się wspólnie problemami ekumenicznymi. W czasach Soboru nasza współpraca jeszcze się zacieśniła. Ponieważ podobnie jak Jerzy byłem entuzjastą odnowy soborowej, bardzo sobie tę wspólnotę ceniłem. Był bardziej ostrożny ode mnie, ale tylko dlatego, iż nie przyznałem mu się, że dzięki ówczesnemu biskupowi Rubinowi znam soborowe praschematy i wiem, o czym będzie się dyskutować na Soborze. Pytał, czy w poruszaniu pewnych zagadnień nie idziemy za daleko. Odpowiadałem, że na moje wyczucie nie. "Jeżeli ty uważasz, że nie, to ryzykujmy" - godził się.

Do naszej "prosoborowej grupy" należeli jeszcze Jacek Woźniakowski i Stefan Wilkanowicz oraz inni redaktorzy miesięcznika "Znak". Głównymi soborowymi przeciwnikami byli zaś Kisiel i Żychiewicz. Uważali oni, że Sobór jest szkodliwy dla Kościoła, a my powariowaliśmy na jego punkcie. Nie przejmowaliśmy się tym zupełnie.

Jerzy Turowicz miał ogromne poczucie humoru. Pamiętam wiele napiętych sytuacji, które bezbłędnie rozładowywał jakimś żartem. Kiedyś, gdy z jakichś powodów ogarniało nas przygnębienie, Jerzy niespodziewanie opowiedział kawał. Do rabina przychodzi Żyd i mówi: "Rebe, my już tego dłużej nie wytrzymamy". A rabin na to: "Mosiek, nie daj Boże, żeby to trwało tak długo, jak długo my to możemy wytrzymać".

Ale pamiętam też doskonale sytuację, w której nie było nam do śmiechu. W 1965 roku polscy biskupi ogłosili słynny list do biskupów niemieckich kończący się słowami "przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Rozpętała się niesłychana nagonka władz komunistycznych na hierarchię. Zwołano posiedzenie Frontu Jedności Narodu, na które imiennie zaproszony został także Jerzy Turowicz. Wówczas u Krzysztofa Kozłowskiego odbyła się dramatyczna narada, na którą z Warszawy przyjechali Stomma, Kisiel i Bartoszewski. Kisiel, który zawsze tak lubił błaznować, wygłosił śmiertelnie poważne przemówienie, że żaden kompromis z władzą nie jest w tej sprawie możliwy. Wszyscy byliśmy tego zdania. O wpół do drugiej w nocy Turowicz krótko podsumował: "Wiem trzy rzeczy: muszę pojechać do Warszawy; muszę wygłosić przemówienie; muszę bronić listu Episkopatu. Wolałbym dostać zawału i nie jechać do Warszawy". Zdawaliśmy sobie sprawę, że po wystąpieniu Turowicza "Tygodnik" może być powtórnie zamknięty, tym razem definitywnie. Na szczęście tak się nie stało.

*

Jestem głęboko przekonany, że nic nigdy tak nie zraniło i nie skrzywdziło Jerzego Turowicza, jak opublikowane pośmiertnie na początku 1997 roku "Dzienniki" Kisiela. Niektórzy zaczęli wykorzystywać je przeciwko Jerzemu. W 9. numerze "Tygodnika Solidarność" ukazał się obszerny artykuł, który, obficie cytując "Dzienniki", oskarżył środowisko "Tygodnika Powszechnego", a zwłaszcza Turowicza, o "wewnętrzne zakłamanie" i kolaborację z władzami komunistycznymi. Ponieważ zbliżała się papieska wizyta w Polsce, postanowiłem poinformować Jana Pawła II o całej sprawie. Do listu dołączyłem artykuł z "Tygodnika Solidarność" oraz tekst Stanisława Rodzińskiego (wydrukowany w "TP" nr 11/97), który bronił Turowicza.

Na mój list otrzymałem odpowiedź z datą 10 kwietnia. Papież poinformował mnie, że dzwonił do Jerzego i że chce się z nim spotkać podczas swego pobytu w Polsce, co się też później stało. Przyznał także, iż ze względu na ujawnienie "Dzienników" Kisiela szczególnie ważny jest artykuł Rodzińskiego, "który usiłuje podjąć całe zagadnienie i prawidłowo je ustawić".

Kilka zdań z tego listu, otwarcie biorących w obronę Turowicza i "Tygodnik Powszechny", zdecydowałem się zacytować w rozmowie z Anną Kluz-Łoś z Radia Kraków, która ukazała się w "Gazecie Wyborczej" (z 17-18 maja). Papież napisał: "Publikacja »Dzienników« jest przykrym zaskoczeniem. W szczególności jest wielką krzywdą wyrządzoną Jerzemu Turowiczowi, ale nie tylko jemu. Wszyscy - przynajmniej ludzie mojego pokolenia - pamiętają, jak opatrznościowa była inicjatywa księdza kardynała Sapiehy, który powołał ten organ zaraz po zakończeniu drugiej wojny światowej. Ufam, że wielu ludzi, nawet po publikacji »Dzienników« Kisiela zachowa właściwą ocenę 50-letniego dorobku »Tygodnika«".

Tekst z "Gazety Wyborczej" wysłałem Papieżowi. W odpowiedzi (z 27 maja) Jan Paweł II napisał mi: "Dobrze, że zabrałeś głos w obronie skrzywdzonych Przyjaciół". Wiem, że Jerzemu sprawiło to ogromną satysfakcję.

Ks. Andrzej Bardecki



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć praca Tygodnik Powszechny wspomnienie Jerzy Turowicz Tadeusz Żychiewicz gazeta redakcja epitafium Andrzej Bardecki Manifest Komunistyczny
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W