Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Jacek Żakowski

ZAKAZANE SŁOWO

Miałem blisko 30 lat, kiedy na lekko uginających się nogach wkroczyłem lub raczej zostałem przez Kasię Morstin wepchnięty, do Jego Gabinetu. Znałem ten Gabinet na pamięć. Z książek, z opowieści, z legend. Wyglądał dokładnie tak, jak go sobie wcześniej wyobraziłem. Po lewej przy piecu skórzane sapieżyńskie kluby. Między nimi zawalony gazetami okrągły stoliczek. Na ścianie czarna tablica, na której kredą narysowano układ następnego numeru. Dalej, pod oknem wychodzącym na obskurny dziedziniec Kurii, dwa złączone frontami zwaliste, przedwojenne biurka pokryte wieloma warstwami wszelkiego rodzaju papieru. Na niewielkim wolnym placyku jednego z tych biurek leżała pojedyncza kartka. Na tej kartce pisał coś siedzący przy biurku REDAKTOR JERZY TUROWICZ.

To nie był dobry dzień. Zbierałem materiały do tekstu o tym, co działo się z ludźmi „Tygodnika” w latach 1953-56, gdy pismo zamknięto. Większość pracy miałem już za sobą i mógłbym siadać do pisania, gdyby nie Turowicz, którego dłuższy czas nie było w Krakowie. Gdy nareszcie wrócił, miałem do niego masę cisnących się pytań, ale przede wszystkim chciałem usłyszeć historię Jego stalinowskiej traumy, lat przymusowej bezczynności, bezrobocia, nędzy. W uszach dźwięczało mi tyrmandowskie „Turowicz szlifuje bruki” i wyobrażałem sobie, co takie kilkuletnie „szlifowanie bruków” oznaczało dla czterdziestoparoletniego mężczyzny.

Przyjął mnie ujmującym uśmiechem. Życzliwie usadził na skórzanej kanapie, zaproponował herbatę jeszcze raz uśmiechając się jak najżyczliwiej i zafundował mi jedną z największych katastrof w mojej reporterskiej karierze. Z całą życzliwością, ciepło się uśmiechając, uważnie słuchał pytań, a potem z tym samym ujmującym, jakby usprawiedliwiającym uśmiechem szczerze odpowiadał. Sęk w tym, że właśnie odpowiadał i zapis tej rozmowy do złudzenia przypominał protokół przesłuchania.

– Jak?

– Tak.

– Czy?

– Z pewnością.

– Kiedy?

– Wtedy.

Kiedy doszliśmy do pytań problemowych, groza sytuacji była już oczywista.

– Dlaczego?

– Moi koledzy z pewnością lepiej to pamiętają.

– A Pan?

– Nie chciałbym wprowadzić pana w błąd. Spytajmy Woźniakowskiego.

– A mógłby Pan opisać, jak Pan to pamięta?

– Ziuta na pewno zrobi to dużo lepiej.

Mimo całej życzliwości, którą mi okazywał, przez godzinę z okładem nie wydusiłem z Niego ani jednego akapitu gawędy, ani jednej anegdoty, niczego o Nim samym. Ani słowa skargi. Ani cienia żalu. Tak jakby we wszystkim, co On sam i Jego najbliżsi przeżyli w tych latach, nie było nic ciekawego, żadnej dramaturgii, żadnych emocji, heroizmu, goryczy ani strachu.

Wracałem zdruzgotany. W życiu nie miałem zarazem bardziej życzliwego i trudnego rozmówcy. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego rozmowy z innymi członkami redakcji przyniosły mi tyle ciekawych i barwnych relacji, natomiast rozmowa z Turowiczem, kluczową postacią tamtego dramatu, mimo wielotygodniowych przygotowań okazała się jednak totalną katastrofą.

Rok później, gdy pierwsze wydanie „Anatomii smaku” (jeszcze bez rozmowy z Jerzym Turowiczem, która do druku nijak się nie nadawała) rozeszło się w drugim obiegu i przygotowywałem wznowienie, postanowiłem jeszcze raz poprosić Pana Jerzego o wywiad. Zgodził się bez wahania.

Znów przyjął mnie serdecznie. Usadowił na sapieżyńskich klubach, rozbroił życzliwym uśmiechem, ale tym razem nie czekał na pytania. Przez blisko dwie godziny snuł ożywione pierwszym wydaniem „Anatomii” wspomnienia. Sam wprowadzał nieprzewidziane wątki, prostował relacje przyjaciół. Zupełnie nieoczekiwanie okazał się nie tylko życzliwym, ale też wdzięcznym i aktywnie współpracującym rozmówcą. Gdzieś po godzinie poczułem, że ostatecznie wyparowało krępujące zakłopotanie, które sparaliżowało naszą pierwszą rozmowę.

Kiedy więc przyszedł rok 1987 i zbliżała się 75 rocznica urodzin Turowicza, postanowiłem spróbować namówić go na kilkudziesięciostronicową, przeznaczoną dla „Powściągliwości i Pracy” rozmowę-rzeczkę (z której później powstała rozmowa-rzeka „Trzy ćwiartki wieku”). Ku mojemu zaskoczeniu zgodził się bez oporów i od razu zaproponował, żebyśmy spotkali się latem w Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie – jak zwykle – planował krótki urlop.

To, co zastałem w Kalwarii, przekroczyło moje najśmielsze marzenia. W mistycznej atmosferze franciszkańskiego klasztoru, otoczonego plątaniną pątniczych dróżek biegnących pomiędzy malowniczo położonymi małymi kapliczkami, zapracowany przeważnie Turowicz był wypoczęty, zrelaksowany i – jak nigdy – dysponowany do rozmowy. Gdy rozłożywszy przed nim kajety pełne notatek i pytań zapytałem, ile czasu gotów jest mi poświęcić, bez wahania odpowiedział:

– Tyle, ile tylko będzie panu trzeba.

Zamiast kilku godzin rozmawialiśmy więc pełne dwa dni, dzieląc czas wedle rytmu klasztornego życia. Śniadanie, praca, spacer, obiad, drzemka, praca, kolacja, praca, sen.

Mimo wszystko nie był łatwym rozmówcą. Godzinami słuchał szczegółowych pytań i udzielał na nie dokładnych odpowiedzi, ale wciąż nie przejawiał skłonności do gawędzenia o sobie. Do dziś mam wrażenie, że w gruncie rzeczy własna przeszłość niezbyt go obchodziła. Zdarzało się jednak, że poruszony pytaniem wstawał z krzesła i brał ode mnie „jedynego na dzień” papierosa, którego wbrew surowym zakazom żony i lekarzy pozwalał sobie zapalić. Krążąc między umieszczoną przy drzwiach umywalką a oknem w grubym murze snuł wówczas głębszy wywód (o katolicyzmie francuskim, stosunkach polsko-żydowskich, reformie soborowej w Polsce) lub przywoływał osobiste wspomnienia (o świętych, których spotkał, o Janie Pawle II, o kardynale Wyszyńskim).

Ale prawdziwa rozmowa zaczynała się wówczas, gdy szliśmy na spacer. Właśnie wtedy, gdy goniłem starszego pana po górzystych kalwaryjskich dróżkach, pierwszy raz przyszło mi do głowy, że mam do czynienia z człowiekiem należącym do jakiegoś innego porządku. Podziwiałem jego intelektualną i życiową konsekwencję, podziwiałem go jako dziennikarza, jako intelektualistę, świadka mijającego wieku. Teraz, między kapliczkami kalwarii, gdzie ja nie miałem notatek i magnetofonu, a on zdobywał się na nieco dalej idącą otwartość, pozwalał sobie na delikatne zwierzenia, nieco chętniej snuł dywagacje odkrywające kawałeczki duszy, na co dzień – co zaczynałem rozumieć – przez wrodzoną nieśmiałość starannie chowanej za ciepłą uprzejmością, po raz pierwszy zauważyłem to, co wydało mi się Jego charyzmatem. Nie tylko intelektualną głębię, cywilną odwagę, twórczą osobowość, niezwykłą ciekawość świata, poczucie osobistej odpowiedzialności za to, jak ten świat wygląda, i wiarę, że można uczynić go lepszym raczej siejąc dobro niż karczując błądzących, ale także pewien rodzaj osobistej, dobrej wrażliwości – szczególną, delikatną dobroć, która wydała mi się (obawiam się to napisać): rodzajem świętości.

Gdyby kiedyś kazano mi zeznawać na procesie beatyfikacyjnym Jerzego Turowicza, w żaden rozsądny sposób nie potrafiłbym uzasadnić tego przekonania. Nic się przecież wielkiego w Kalwarii nie stało. Nie rozstąpiła się woda. Niebo nie przemówiło. Ale też nigdy później myśląc o Panu Jerzym nie potrafiłem uwolnić się od tego zakazanego słowa – zakazanego wobec żywego człowieka, któremu ściska się dłoń, który mówi, pisze, je pomidorową, popija neskę i razem ze mną wdrapuje się na pagórki.

A jednak, patrząc na mego rozmówcę, nie mogłem się od tego słowa uwolnić. Cały drugi dzień spędzony w Kalwarii, kiedy konsekwentnie posuwając się według rozpisanego w moim zeszycie planu, brnęliśmy poprzez koleje Jego długiego życia, błądziłem myślami szukając jakiegoś sposobu, żeby go o to zapytać. Ale nie potrafiłem mu postawić tych najważniejszych pytań: czy On też to odczuwał? Czy czuł w swoim życiu ciężar tego zakazanego słowa? Co ono tak naprawdę dla niego oznacza? Czy wiedział, że ktoś inny to czuje, kiedy z nim obcuje?

Przez następne lata te nie zadane najważniejsze pytania coraz bardziej paraliżowały mnie, ilekroć miałem okazję z Panem Jerzym rozmawiać. Bo czułem, że powinienem Go o to zapytać. I miałem – w sposób oczywisty absurdalne – wrażenie, że ile razy mnie widzi, oczekuje ode mnie tego najważniejszego pytania. Absurdalne, bo był przecież zbyt skromny, by tak o sobie myśleć i nazbyt dobry, by mnie po prostu wyśmiać.

Zadałem Mu przez lata mnóstwo bardzo różnych pytań, lecz z czasem coraz lepiej rozumiałem, że tych najważniejszych nie umiem postawić. Że nigdy ich nie zadam.

I tak się właśnie stało.

Jacek Żakowski



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć praca Tygodnik Powszechny wspomnienie wywiad Jerzy Turowicz beatyfikacja gazeta redakcja epitafium Jacek Żakowski
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W