Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Ks. Michał Heller

PODAŻ I POPYT NA TEOLOGÓW

Spór o teologię na uniwersytecie



Czy polska teologia jest gotowa na autentyczną konfrontację z naukami i zajęcie partnerskiego miejsca na uniwersytetach (a nie spełnianie jedynie roli marginalnej dobudówki?) To z kolei prowadzi do następnego pytania, które niezależnie od wszystkich innych okoliczności powinno być zadane: Jaki jest obecny stan polskiej teologii?

Od jakiegoś czasu na łamach "Tygodnika Powszechnego" toczy się dyskusja na temat wprowadzenia (w niektórych przypadkach - powrotu) teologii na wydziały uniwersyteckie. Jedni są za, inni przeciw. Ale wszyscy dotychczasowi dyskutanci zgadzają się w sprawie najistotniejszej - że teologia ma wielkie znaczenie dla ogólnej kultury i jest tylko problemem, czy lepiej będzie - i dla teologii, i dla kultury - jeżeli teologia pozostanie poza państwowymi strukturami uniwersyteckimi, czy też wtedy, gdy się w nie włączy.

Ważne racje znajdują się po obu stronach i są umiejętnie rozgrywane przez uczestników sporu. Jak zwykle w tego rodzaju przypadkach bywa, racje nie zależą tylko od wynikania z przesłanek, lecz również w znacznej mierze od tego, jaką wagę dany dyskutant przywiązuje do danej przesłanki. Stąd merytoryczne rozstrzygnięcie takich sporów jest niezwykle trudne. Ale i tak to przeważnie nie racje merytoryczne wpływają na decyzje tych, od których sprawa zależy. Wszystko wskazuje na to, że "trend historyczny" jest za wprowadzeniem teologii na uniwersytety. A zatem, czy się to dyskutantom podoba, czy nie, prawdopodobnie przedstawiciele wydziałów teologicznych wkrótce zasiądą w uniwersyteckich senatach. Co oczywiście nie znaczy, że nie trzeba nad celowością tego dyskutować. Dyskusje intelektualistów mają to do siebie, że aczkolwiek rzadko wpływają na bieg historii, na ogół utrwalają się w historii kultury znacznie silniej niż decyzje polityków.

Pisząc ten artykuł, nie tyle zabieram głos w toczącej się dyskusji, ile raczej chcę poczynić kilka uwag, jak sądzę, dość istotnie z nią związanych. Chcę to zrobić z pozycji kogoś, kto od lat zajmuję się problematyką wzajemnych relacji pomiędzy nauką a teologią. Problematyka ta ma dwa aspekty, które bardzo się ze sobą zazębiają: aspekt doktrynalny i aspekt instytucjonalny. Kwestia wprowadzenia teologii na uniwersytety pozornie jest sprawą wyłącznie instytucjonalną. Jeżeli dziś wielu - i naukowcom, i teologom - teologia na uniwersytecie wydaje się "obcym ciałem", to w odczuciu tym brzmi echo "sprawy Galileusza" i "sprawy Darwina".

Do końca średniowiecza Kościół spełniał rolę niejako ponadnarodowej akademii nauk. Praktycznie rzecz biorąc, nie było innej nauki, jak tylko nauka kościelna. Na wszystkich uniwersytetach teologia była traktowana - i instytucjonalnie, i doktrynalnie - jak królowa nauk. Na przełomie XVI i XVII w. powstały nauki empiryczne, powstały jako nauki świeckie. Nie ateistyczne, jak się niekiedy sądzi, lecz świeckie. Twórcy nauk empirycznych - wśród nich Galileusz i Newton - byli prawie w stu procentach ludźmi autentycznie religijnymi. Wielu z nich (np. Newton) uważało, że przyczyniając się do naukowego postępu, oddają wielką przysługę sprawie religii. Ale były to nauki świeckie - tworzone nie przez duchownych, lecz przez świeckich i od początku uniezależnione od autorytetów kościelnych. Kościół silnie związał się ze starą, arystotelesowską nauką, a twórcy nowej nauki swoimi pracami sprawili, że stała się ona nieaktualna. Jestem skłonny sądzić, że sprawa Galileusza sprowadzała się nie tyle do konfliktu pomiędzy nauką a teologią, ile raczej była desperacką próbą obrony fizyki Arystotelesa i opartego na niej obrazu świata. Teologii dotyczyło to jedynie pośrednio, o ile była ona od tego obrazu uzależniona.

Sprawa Galileusza była symptomem, zewnętrznym objawem procesu, który dokonywał się w znacznie głębszych warstwach europejskiej świadomości. Na początku czasów nowożytnych rozdzielenie myśli kościelnej od nauk empirycznych stało się sprawą przesądzoną. Teologia oczywiście również podlegała rozwojowi, dyktowanemu przez jej wewnętrzną dynamikę, ale był to raczej rozwój tylko wyjątkowo stymulowany przez kontakty z naukami przyrodniczymi. Jest rzeczą niezwykle interesującą, że do największego postępu w teologii przyczyniły się przede wszystkim kontakty o charakterze spięć. Na przykład spór o skamienieliny i wiek Ziemi w XVIII w. spowodował powstanie nowoczesnej krytyki biblijnej.

Wszystkie te procesy stworzyły ogromną różnicę mentalności teologów i przedstawicieli nauk empirycznych. Jest ona dodatkowo pogłębiana wzajemną ignorancją. Nieznajomość elementarnej teologii wśród uczonych (notoryczne traktowanie teologii jako zbioru mglistych przekonań religijnych) dorównuje jedynie nieznajomości nauk przyrodniczych przez teologów. Na pytania, czy w przyszłości będą występować konflikty pomiędzy teologią a naukami, często odpowiadam: tak, ale nie z racji merytorycznych, lecz na skutek różnicy mentalności, która musi prowadzić do spięć.

Wprowadzając teraz teologię na uniwersytety, musimy pamiętać o tym historycznym dziedzictwie. Na wielu zagranicznych uniwersytetach teologia zawsze była i jest. Ale najczęściej odgradza się ona murem obcości od innych wydziałów. Nieraz z wydziałami fizyki czy biologii graniczy przez ścianę, ale oddziela ją od nich przepaść stuleci. Jeżeli taki miałby być efekt wprowadzania teologii na nasze uniwersytety, to trzeba by się nad tym bardzo zastanowić.

Wynik tego namysłu nie musi być wcale negatywny. Jeżeli pomiędzy światem nauki i światem teologii panuje obcość i wzajemna nieznajomość (na szczęście już coraz rzadziej - wrogość), to właśnie obecność wydziałów teologicznych na uniwersytetach może być dobrym środkiem zaradczym przeciw temu. Na uniwersytetach zagranicznych ten środek nie okazał się skuteczny. Czy ma szansę być skutecznym u nas? I tu trzeba zadać fundamentalne pytanie: Czy polska teologia jest gotowa na autentyczną konfrontację z naukami i zajęcie partnerskiego miejsca na uniwersytetach (a nie spełnianie jedynie roli marginalnej dobudówki?) To z kolei prowadzi do następnego pytania, które niezależnie od wszystkich innych okoliczności powinno być zadane: Jaki jest obecny stan polskiej teologii? Przeżyliśmy doświadczenie komunizmu, jakiego nie miały kraje zachodnie. Czy zdobyliśmy się na pogłębioną refleksję teologiczną nad tym doświadczeniem, która mogłaby wzbogacić chrześcijańską teologię w ogóle? Nie miejsce w tym artykule nawet na próbę odpowiedzi na te pytania. Musiałoby to być przedmiotem dokładnej analizy. Pierwsze wrażenia po konfrontacji z tymi pytaniami, choć nasuwają się nieodparcie, mogą być mylne i niesprawiedliwe. Ale są to pytania doniosłe i jest rzeczą zastanawiającą, że dotychczas nie wywołały one burzliwej dyskusji ani w katolickich mediach, ani w fachowych pismach teologicznych.

Są to pytania sięgające meritum rzeczy, ale wiążą się z nimi inne pytania, dotyczące bardziej instytucjonalnej (czy wręcz administracyjnej) strony zagadnienia, na które znacznie łatwiej odpowiedzieć. Wystarczy bowiem wziąć do ręki odpowiednie zestawienia i policzyć.

Załóżmy, że w najbliższym czasie powstanie kilka lub kilkanaście nowych wydziałów teologicznych. W większości przypadków będzie to przekształcenie studium teologii w seminariach duchownych w wydziały teologiczne. W seminariach przeważnie wykładają doktorzy i licencjaci (przypominam, że w kościelnym systemie akademickim stopień licencjata jest wyższy od polskiego magistra i upoważnia - daje licencję - do wykładania w szkołach wyższych). Stosunkowo nieliczni profesorowie i doktorzy habilitowani, jeżeli wykładają w seminariach, to zwykle równocześnie mają etaty na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie lub na którymś z Wydziałów Papieskich. Nowo powstający wydział teologiczny musi mieć wymaganą liczbę (quorum) samodzielnych pracowników naukowych, tzn. profesorów i doktorów habilitowanych. Skąd ich wziąć?

Już w tej chwili gwałtownie wzrósł popyt na utytułowanych teologów. Seminaria, które spodziewają się zostać wydziałami, usiłują zdobyć profesora lub doktora habilitowanego przynajmniej na "drugi etat". (Problem ten znają dobrze tzw. niepaństwowe wyższe uczelnie; dobrze płatny "drugi etat" jest dla nich często jedynym środkiem zapewnienia sobie wymaganej kadry). A równocześnie sytuacja na niektórych dotychczas istniejących wydziałach kościelnych zaczyna być dramatyczna. Dotychczas na nie uznawanych przez państwo wydziałach wystarczali - zgodnie z prawem kościelnym - doktorzy i licencjaci. Obecnie, w związku z uznaniem tych wydziałów przez państwo (i dofinansowywaniem niektórych z nich) wymagana jest ustawowa liczba samodzielnych pracowników naukowych. Wydziały te same zaczynają się rozglądać za uzupełnieniem swoich kadr.

Wyprodukowanie nowego doktora habilitowanego - wedle mojej oceny - wymaga ok. 10 lat od uzyskania stopnia magistra lub licencjata, a bardzo często trwa znacznie dłużej. Należy pamiętać, że nie wystarczy napisać tylko rozprawę habilitacyjną, lecz również trzeba uzbierać znaczący dorobek naukowy w swojej dziedzinie. Co więcej: praktyka uczy, że tylko pewien procent odpowiednio uzdolnionych młodych ludzi, którzy decydują się na habilitację, faktycznie do niej dochodzi. Wielu z nich po prostu nie wytrzymuje napięcia związanego z intensywną pracą naukową i ciśnienia ze strony otoczenia, które rzadko tej pracy sprzyja. Przez sprzyjanie nie rozumiem tutaj słownych "zachęt". Tych na ogół otoczenie nie skąpi. Chodzi o stworzenie przyszłemu doktorowi habilitowanemu minimum warunków do intensywnej i wyczerpującej pracy. Kwestia motywacji także nie jest bez znaczenia. I motywacje finansowe wcale nie muszą być najważniejsze. Do uprawiania nauki i wykonywania zawodu nauczyciela akademickiego (obie te rzeczy winny iść w parze) niezbędna jest swojego rodzaju pasja, ale dobre pasje trzeba pielęgnować.

A jeżeli już istniejący profesorowie i doktorzy habilitowani wkrótce rozpoczną podróżowanie po Polsce, by zadość czynić swoim dwóm lub trzem etatom, to w żadnym odwiedzanym przez siebie okresowo wydziale nie stworzą prawdziwego ośrodka, a co za tym idzie, nie stworzą warunków do rozwoju młodej kadry. Nie mówiąc już o tym, że czas, który powinni poświęcać na pracę twórczą, będą spędzać w pociągach lub na zatłoczonych szosach.

Warto również uświadomić sobie i to, że wiele (dotychczas wojewódzkich) miast aspiruje do posiadania uniwersytetu. Do tego również potrzeba ustawowej liczby profesorów i doktorów habilitowanych. Najtańszym sposobem ich zdobycia jest zamienienie lokalnego seminarium duchownego w teologiczny wydział na uniwersytecie. W ten sposób uniwersytet zdobędzie kilkunastu "samodzielnych". Ale skąd ma ich wziąć seminarium? O to niech się martwi dziekan przyszłego wydziału.

Już obecnie popyt na "samodzielnych" teologów zdecydowanie przewyższa podaż. Sam kilkakrotnie zetknąłem się z postawą: "Wszystko jedno, co on sobą reprezentuje, byle miał habilitację".

 

Czy jestem więc przeciw wprowadzeniu wydziałów teologicznych na uniwersytety? Nie. Tym bardziej, że i tak to prędzej czy później nastąpi. Proces ten powinien być jednak otoczony głęboką troską tych, którzy są zań odpowiedzialni. A więc przede wszystkim samych teologów i tych, którzy administrują kościelną nauką. Teologowie powinni odpowiedzieć na pytanie o aktualny stan polskiej teologii i z uzyskanej odpowiedzi wyciągnąć konsekwentne wnioski. "Decydenci" natomiast muszą zrozumieć, że teologii nie można uprawiać tak jak dotychczas, tzn. "przy okazji innych, ważniejszych obowiązków". Uprawianie teologii, jak każdej nauki, wymaga czasu i pieniędzy. I są to inwestycje - zarówno czas, jak i pieniądze - bardzo opłacalne, chociaż nie dające się przełożyć na żadną walutę.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: kultura Kościół seminarium teologia uniwersytet intelektualista doktryna Galileusz Darwin Newton tytuł
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W