Warunki dobrej modlitwy

Dlaczego chcąc się modlić, doświadczamy tylu trudności? Niektóre są wynikiem naszej słabości, niektóre - nieumiejętności, inne - walki duchowej

Warunki dobrej modlitwy

Pustelnikiem zostawał człowiek, który w ten sposób chciał faktycznie i nieodwołalnie wyrazić swój wybór Boga. Ktoś mógłby tu chcieć dopowiedzieć „wybór Boga jako najwyższej wartości” — ale nie bójmy się użyć lepszego słowa: wybór Boga jako swojej najwyższej miłości. (Wartość jest pojęciem bezosobowym, miłość możliwa jest tylko między osobami; to niby drobna różnica w słowach, ale nasze słowa kształtują nasza postawę i sposób myślenia, a nie ma głupszej rzeczy niż kobieta myśląca w kategoriach bezosobowych.)

Gdzie jest miłość, musi być kontakt. Ba, drobiazg! Kontakt z Niewidzialnym, gdy my jesteśmy cieleśni, ze Świętym, gdy my jesteśmy grzeszni? Czy jest w ogóle możliwy, a jeśli tak, czy ta świętość człowieka nie unicestwi? Czytamy, że żaden człowiek nie może zobaczyć Boga i zachować życie; a także: Kto śmiałby zbliżyć się do Mnie niepowołany? (por. Jr 30,21). Na to odpowiedź jest, z jednej strony, że gotowi jesteśmy dać za ten kontakt życie; a z drugiej, że jest on rzeczywiście niemożliwy bez powołania, to znaczy bez inicjatywy ze strony samego Boga; ale Bóg z taką inicjatywą do nas wyszedł i pozwala się poznawać, na razie jeszcze niejasno, jakby w odbiciu lustrzanym, ale obiecane mamy i pełne poznanie. Na tym się opiera możliwość modlitwy.

I okazuje się w praktyce, że ten modlitewny kontakt, którego tak pragniemy, wcale nie jest łatwy, albo może my go nie aż tak bardzo pragniemy, jak nam się wydaje. Abba Agatona bracia pytali: „Ojcze, która cnota lub dzieło jest najtrudniejsze ze wszystkich?” Odrzekł: „Wybaczcie — wydaje mi się, że nie ma trudu tak wielkiego jak modlitwa. Bo zawsze kiedy człowiek chce się modlić, nieprzyjaciele starają się mu przeszkadzać: wiedzą bowiem, że mu inaczej nic nie zrobią, a tylko gdyby go powstrzymali od modlitwy. I w każdym innym ćwiczeniu, jakiego by się człowiek podjął, jeśli jest wytrwały, zdobywa łatwość; w modlitwie zaś aż do ostatniego tchu potrzeba walki” (9).

Pokusy na tej drodze są bowiem liczne. Po pierwsze, nasza własna słabość i niepełna wola. Już apostołom wydawało się, że wierzą, i to z całego serca, a Pan Jezus mówił im: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczyczne... Mówiąc po polsku, powiedziałby zapewne: jak ziarnko maku. Otóż ważne jest to „gdybyście”: bo wbrew temu, co im się wydawało, nawet tak malutkiej nie mieli. Lewis wkłada w usta Starego Diabła uwagę, że ludzie o wiele mniej pragną zbliżenia się do Boga, niż im się wydaje, i często ku swemu przerażeniu otrzymują więcej, niż zamawiali. A św. Teresa Wielka mówi, że aby zacząć drogę ku Bogu, wystarczy — i tu śliczne zdrobnienie hiszpańskie: una determinacioncilla — „maleńkie zdecydowanie, odrobina zdecydowania”; ale jakże trudno nieraz nawet i o tę odrobinę. Człowiek wiecznie się boi, że Bóg mu zburzy porządek, do którego już przywykł i w którym się zagnieździł; i słusznie, bo nieraz rzeczywiście burzy. Abba Lot przyszedł do abba Józefa i powiedział: „Abba, jak umiem, tak wypełniam moją małą regułę co do oficjum, postu, modlitwy, rozmyślania, milczenia... Jak umiem, tak się staram o czystość myśli... Co mam jeszcze robić ponadto?” A starzec powstał i wyciągnął ręce do nieba, i jego palce stały się jakby dziesięć pochodni. I rzekł: „Jeśli chcesz, stań się cały jak płomień” (Józef 7). Niejeden woli dreptać w miejscu przez całe życie niż narazić się na ten płomień. A błogosławiony, jeżeli przynajmniej odkryje w sobie tę niechęć i razem z całą resztą swojej słabości ofiaruje ją Bogu.

Po drugie, błędne teorie, oparte najczęściej na jednostronnej (a dla naszej spaczonej natury wygodnej) interpretacji słów Pisma św. Do abba Lucjusza do Enaton przyszli kiedyś mnisi zwani euchitami; a starzec ich zapytał: „Jaką ręczną pracą wy się zajmujecie?” Odrzekli: „My pracy ręcznej nie tykamy, ale według słów apostoła modlimy się nieustannie”. I spytał starzec: „Czy nie jadacie?” Odpowiedzieli: „Owszem”. On rzekł: „Kiedy więc jecie, któż modli się za was?” I pytał dalej: „Czy nie sypiacie?” Odpowiedzieli: „Owszem”. A starzec na to: „Kiedy więc śpicie, któż modli się za was?” I nie mieli na to odpowiedzi. A on powiedział: „Wybaczcie mi, ale nie tak żyjecie, jak mówicie. A ja pokażę wam, że wykonując pracę ręczną, modlę się nieustannie. Bo trwając w obecności Bożej zwilżam sobie włókna palmowe; a siedząc i skręcając linę mówię: Zmiłuj się nade mną, Boże, w miłosierdziu swoim: w ogromie swej litości zgładź nieprawość moją”. I zapytał ich: „Czyż to nie modlitwa?” Odpowiedzieli: „Owszem”. On zaś mówił dalej: „I kiedy tak spędzę cały dzień na pracy i modlitwie, zarabiam mniej więcej szesnaście groszy: z tych dwa składam w bramie kościoła, a za resztę się utrzymuję. Ten zaś, kto weźmie tamte dwa grosze, modli się za mnie czy ja jem, czy śpię: a tak za pomocą Bożą wypełniam nakaz modlitwy nieustannej”. (Lucjusz, jedyny apoftegmat).

Inaczej mówiąc, ci mnisi uważali się za zwolnionych z pracy zarobkowej, ponieważ się modlą; w ten sposób stawali się pasożytami, a jednocześnie ich modlitwa traciła wartość szczerego szukania Boga; stawała się po prostu źródłem utrzymania. Takich specjalistów było więcej, a cytatami biblijnymi potrafili sypać jak z rękawa. Pewien brat przyszedł do abba Sylwana na górę Synaj, a widząc jak bracia pracują, powiedział do starca: „Nie pracujcie na ten pokarm, który ginie, bo Maria wybrała lepszą cząstkę. Starzec zwrócił się do swego ucznia: „Zachariaszu, daj temu bratu książkę i umieść go w pustej celi”. A kiedy nadeszła godzina jedenasta, ów brat patrzył na drzwi, spodziewając się zaproszenia na posiłek; ale ponieważ nikt po niego nie przyszedł, wstał i poszedł do starca. I zapytał: „Abba, czy dzisiaj bracia nie jedli?” Starzec odpowiedział: „Owszem”. On na to: „A dlaczegoście mnie nie wezwali?” Odrzekł starzec: „Bo ty jesteś człowiek duchowy i nie potrzebujesz takiego pokarmu; a my cieleśni chcemy jeść, i dlatego pracujemy. Ty zaś wybrałeś lepszą cząstkę, czytasz przez cały dzień i nie chcesz jeść pokarmu cielesnego”. Gdy on to usłyszał, upadł do nóg starca, mówiąc: „Wybacz mi abba”. Starzec mu rzekł: „Na pewno także i Maria potrzebuje Marty: bo z Marty powodu także i Maria słynie” (Sylwan 5).

Po trzecie, przeszkodą w modlitwie jest żądanie za wiele od razu czyli pseudo-mistyka. Oczywiście człowiek, który wie coś niecoś o swojej słabości nie będzie marzył o wizjach i czynieniu cudów; ale ten, który nie wie, owszem marzy, a nieraz nawet próbuje sobie i innym wmówić, że jakieś cudowne właściwości już posiadł. Poza pychą jest to także pogoń za przeżyciami; przekonanie, że Boga trzeba „przeżyć”, że to się człowiekowi „należy” i że „przeżycie” jest istotą życia duchownego. Jest to błąd równie szkodliwy co rozpowszechniony. Ba, pamiętam nawet księdza, który twierdził, że jego zadaniem jako duszpasterza jest „dostarczanie wiernym religijnych przeżyć”. Inaczej mówiąc, traktował Boga bezosobowo, jako coś w rodzaju kranu, z którego mogą płynąć miłe „przeżycia” i który człowiek odkręca i zakręca do woli, byle się nauczył, jak się to robi.

Ale wartości modlitwy nie mierzy się przeżyciem. Ludzie, którzy o tym nie wiedzą, albo nie chcą pamiętać, wyrabiają się na łowców świętych przeżyć, duchowych uniesień, tylko bieda w tym, że o takie coraz im trudniej, z tej prostej przyczyny, że zdolność do ich odczuwania pomału maleje. Otóż nie to jest ważne, cośmy odczuli i przeżyli, ale to, ile okazaliśmy wierności Bogu, który wszedł w nasze życie. Inaczej będzie to tylko kręcenie się dookoła siebie samego; a Bóg zapomniany stoi w kącie. Ryzyko dostrzeżenia Go trzeba podjąć, nie dla swojej przyjemności, ani dla swojej doskonałości; przyjemność bywa zresztą latami nieobecna, a doskonałość i tak pozostaje wielce łaciata. Trzeba je podjąć po prostu z wdzięczności za to, że On sam pierwszy nas umiłował i wszedł w nasze życie i w naszą codzienność. Uznawać to, dziękować Mu za to — to modlitwa bardziej autentyczna niż wszelkie metody i techniki. Kiedy się dąży do kontaktu osobowego, ja-Ty, owo „Ty” staje się tak ważne, że przestajemy się oglądać na potrzeby i przeżycia swojego „ja”, tak samo, jak kiedy się ma do czynienia, na przykład, z kimś chorym, nad kim sprawuje się opiekę. A nie może być głębokiej modlitwy tam, gdzie człowiek chce przeżywać religijne wzruszenia i do tego przede wszystkim dąży: taki człowiek mierzy wartość modlitwy czułością osiągniętych na niej uczuć i kręci się nadal wokół własnej osi jak pies goniący własny ogon. Ów ksiądz robił niestety wszystko, by trzymać wiernych na płyciźnie. Tymczasem prawdziwy kontakt, prawdziwa modlitwa musi prędzej czy później zacząć obywać się bez uczuciowych „przeżyć”. Przeżyć można coś, doznać można czegoś; ale Bóg jest Kimś, nie czymś; i po pierwsze sam decyduje o stopniu kontaktu z nami, a po drugie nie jest naszym celem przeżyć Go, tylko uwielbić. Pogoń za przeżyciami jest jedną więcej pokusą.

Ojcowie znali dobrze tę pokusę i niejeden jej rzeczywiście uległ; aż do prób cudotwórstwa. Był taki, który rzucił się do studni, twierdząc, że aniołowie zapewnią mu miękkie lądowanie; wyciągnięto go stamtąd połamanego i z tych potłuczeń umarł wkrótce, a co najdziwniejsze — jak notuje autor zbioru apoftegmatów — to że nawet wtedy nie zmienił zdania i twierdził, że ma aniołów do posługi. Tę historyjkę zanotowano bezimiennie... jak zwykle w wypadkach, kiedy rzecz była mało budująca. Z tej racji wielcy nauczyciele i ojcowie, nawet jeśli otrzymali od Boga dar czynienia cudów, starali się z niego nie korzystać, a nawet modlili się o jego cofnięcie, wiedząc, że bez cudotwórstwa, widzeń i ekstaz można się zbawić, ale z pychą w sercu to już trudniej.  Opowiadano o pewnym starcu, że diabeł pokazał mu się w świetlistej postaci, mówiąc: Jestem Chrystus. Na jego widok starzec zamknął oczy. Diabeł zapytał: Dlaczego oczy zamykasz? Jestem Chrystus! Starzec na to: Ja nie chcę Chrystusa oglądać na ziemi, tylko w niebie. Na te słowa diabeł zniknął (Nau 41). Starzec rozpoznał więc pokusę, która usiłuje wykorzystać, przez spaczenie, to, co w człowieku najwznioślejsze: jego tęsknotę do Boga. Pokusą tych, których ojcowie określali jako „doskonałych”, to znaczy już w życiu monastycznym wyćwiczonych, jest właśnie zachwyt nad własną doskonałością i przekonanie, że ona zasługuje na nagrodę, i to już tutaj. I to właśnie jest najgłębszy upadek.

Oczywiście przekonanie o własnych cnotach może zjawić się i na początku drogi, ale tam zwykle nasi bliźni szybko nam je korygują, na szczęście; tak pouczył pewnego brata jego mistrz duchowy w ślicznej opowieści. Pewien brat zapytał starca: Co mam robić, bo szarpie mnie pokusa próżnej chwały? Starzec na to: I słusznie, bo przecież to ty stworzyłeś niebo i ziemię! Brat słysząc to doznał skruchy, padł mu do nóg i zawołał: Wybacz mi: nic takiego nie zrobiłem! Starzec odrzekł: Jeżeli Ten, który je stworzył, przyszedł do nas w pokorze, to ty, który jesteś tylko błotem, z czego się pysznisz? Gdzież twoje dzieła, nieszczęśniku? (Nau 483)

Niemniej według Ojców błędem jest mniemać, że z biegiem czasu coraz mniej nam grozi przeszkód i trudności w modlitwie; że kiedy już się w niej dobrze wyćwiczymy, to niejako automatycznie będziemy wpadać w ekstazę. Abba Antoni powiedział do abba Pojmena, że takie oto jest wielkie dzieło człowieka: winę swoją na siebie zawsze brać przed Bogiem, a pokusy spodziewać się aż do ostatniego oddechu (4). Ten sam Antoni bywał czasem wręcz przerażony taką perspektywą: Powiedział abba Antoni: „Zobaczyłem wszystkie sidła nieprzyjaciela rozpostarte na ziemi, jęknąłem więc i powiedziałem: «A któż się im wymknie?» I usłyszałem głos mówiący do mnie: «Pokora» (7).” Aż wreszcie odkrył w takiej sytuacji głęboki i radosny sens: Ten sam powiedział: „Nikt nie może wejść do Królestwa Niebieskiego nie wypróbowany. Zabierz pokusy — rzecze — a nikt nie będzie zbawiony” (5).

To więc były pierwsze dwa warunki dobrej modlitwy: pokora i poprawne rozumienie tego, czym modlitwa jest. Ale istnieje jeszcze trzeci, bardzo ważny warunek: zgodność modlitwy z życiem. Mówił abba Mojżesz: „Jeśli postępowanie nie zgadza się z modlitwą, na próżno trudzi się taki człowiek” (17). Abba Nil wyjaśnia to w serii krótkich zdań:

Powiedział abba Nil: „Cokolwiek z zemsty uczynisz bratu, który cię skrzywdził, to wszystko stanie się dla ciebie przeszkodą w czasie modlitwy” (Nil 1).

Powiedział także: „Modlitwa jest dzieckiem łagodności i opanowania” (Nil 2).

Powiedział także: „Sprzedaj to, co posiadasz, i rozdaj ubogim (Mt 19,21), a wziąwszy swój krzyż zaprzyj się samego siebie (Mt 16,24), abyś mógł się modlić bez przeszkody” (Nil 4).

Powiedział także: „Cokolwiek zniesiesz cierpliwie jako mądry, to ci przyniesie owoc w czasie modlitwy” (Nil 5).

Powiedział także: „Jeśli chcesz modlić się jak należy, nie chowaj w duszy smutku: inaczej biegniesz na próżno” (Nil 6).

Powiedział także: „Nie pragnij, aby twoje sprawy tak się potoczyły, jak tobie wydaje się dobrze, ale tak, jak się podoba Bogu: a wtedy będziesz spokojny i wdzięczny na modlitwie” (Nil 7).

A więc do modlitwy przygotowuje życie: a w nim przede wszystkim cierpliwość, przebaczenie, wolność od przywiązań i poddanie się woli Bożej.

Jak konkretnie wyglądała modlitwa pustelników? Była oczywiście zróżnicowana. Trochę zależało od indywidualnych zdolności; czytamy o nowicjuszu, którego nauczono psalmu pierwszego (na pamięć, był jak większość analfabetą) i który powiedział: „Dosyć, to mi na razie wystarczy”, po czym odmawiał ten psalm przez cały rok, zastanawiając się nad jego treścią, a po roku przyszedł nauczyć się następnego. Normalnie jednak uczono się na pamięć całego psałterza, odmawiając część w stałych godzinach modlitwy, resztę przy pracy. Z tego odmawiania wersetów psalmów przy pracy urosła modlitwa jednego wezwania, dzisiaj zwana modlitwą Imienia Jezusa, w której powtarzano jeden tylko werset. Była także modlitwa prywatna, wewnętrzna; jej treści oczywiście nie znamy, musiała zresztą być inna u każdego w miarę zdolności i potrzeb; wiadomo jednak, że taki np. Arseniusz w sobotę wieczorem stawał do modlitwy zwrócony twarzą do wschodu i słońce zachodziło za jego plecami; a kończył tę modlitwę, gdy mu znowu zaświeciło w twarz. Mawiał, że pół życia zmarnował w świecie, więc drugą połową musi to Bogu nagrodzić.

Fragment książki „Sześć prawd wiary oraz ich skutki”

Siostra Małgorzata Borkowska OSB urodziła się w 1939 r. Studiowała polonistykę i filozofię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Od 1964 jest benedyktynką w Żarnowcu. Autorka wielu prac historycznych, m.in. "Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII i XVIII wieku", "Czarna owca", "Oślica Balaama", "Sześć prawd wiary oraz ich skutki", tłumaczka m.in. ojców monastycznych, felietonistka czasopism "Więź" i "Via Consecrata".

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama