Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Jacek Borkowicz

Ostrożnie ze skalpelem

Najczęściej to, co do nas podczas Mszy świętej należy, wykonujemy bez należytego zrozumienia, albo nawet pomijamy.

Spiritus flat, ubi vult”: Duch Święty przychodzi, kiedy sam zechce — głosi łacińska maksyma. Nie da się Go przymusić do działania jakimkolwiek, choćby najświętszym ludzkim rytuałem. To jedna z istotnych różnic pomiędzy liturgią Eucharystii a różnorakimi działaniami magicznymi, obecnymi w wielu religiach świata. Bóstwo przychodzi tam na miejsce obrzędu, przyciągnięte formułą wypowiedzianą przez człowieka.

Jednak z powyższej zasady często wyciągamy skrajne wnioski, co z kolei prowadzi do opacznego rozumienia działania Ducha Świętego w liturgii Mszy. Jeżeli On „tchnie, kędy chce”, nie znaczy to wcale, że nie ma znaczenia sposób, w jaki Go przyzywamy. O tej wolnej istocie można wręcz powiedzieć, że raczej na pewno nie pofatyguje się tam, gdzie niedbale gotuje mu się miejsce spotkania.

Cały porządek Mszy świętej stoi pod znakiem ruchu wznoszącego. Każdy gest, każda formuła prowadzi nas wszystkich, uczestniczących w tym święcie, do miejsca przemiany dokonującej się w akcie Eucharystii. Można to porównać do skomplikowanej operacji chirurgicznej, którą — aby się udała — trzeba najpierw solidnie przygotować. Ksiądz obmywający ręce przed modlitwą nad darami przypomina tu, jako żywo, odzianego w biały kitel lekarza. Potem zaś chirurg musi przeprowadzić swoje dzieło krok po kroku, z zachowaniem odpowiedniej kolejności jego etapów. I najważniejsze: pewności jego ręki musi towarzyszyć skupiona uwaga. A liturgia to taka operacja, w której my,  zgromadzenie wiernych, podajemy skalpel księdzu-chirurgowi. Musimy więc być tak samo uważni jak on.

Niestety, w praktyce najczęściej bywa tak, że to, co do nas należy, wykonujemy bez należytego zrozumienia, albo nawet pomijamy. W akcie pokuty, rozpoczynającym Mszę świętą, wypowiadamy słowa: „Spowiadam się Bogu wszechmogącemu i wam, bracia i siostry, że bardzo zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. Ilu z nas zwraca się w tym momencie do „braci i sióstr” stojących wokół? Ilu, bijąc się w piersi przy słowach „moja wina”, naprawdę prosi o pojednanie wszystkich zgromadzonych w kościele? A powszechne pojednanie jest przecież podstawowym warunkiem prawdziwej przemiany w Duchu, do której prowadzi obrzęd Eucharystii. Następne słowa to prośba o modlitwę „za mnie do Pana Boga naszego”, o którą błagamy nie tylko Matkę Bożą, aniołów i świętych, lecz także tych, z którymi za chwilę przyjdzie nam dzielić pokarm chleba i wina. Jeśli nie uświadomimy sobie, że prośba ta skierowana jest także do naszych sąsiadów, zwykłych ludzi, których spotykamy na co dzień, nasza modlitwa stanie się ułomna, a nasze wołanie do Ducha Świętego — jakkolwiek by nie oceniać skutków wolnej woli Jego działania — niewątpliwie straci na nośności.

Po homilii, jak nakazuje porządek liturgii, składamy wyznanie wiary: „Wierzę w jednego Boga”. W praktyce najczęściej te pierwsze słowa wypowiada celebrans, wierni włączają się dopiero przy słowach „Ojca Wszechmogącego”. To tak, jakby panna młoda przysięgała narzeczonemu przed ołtarzem słowami „za męża”, nie wypowiadając przedtem „biorę ciebie”. Gdyby ktokolwiek z nowożeńców zachował się w podobny sposób w kościele, ksiądz zupełnie słusznie uznałby ślub za nieważny. Tymczasem podobna praktyka dotycząca identycznego w głębi swojej treści wyznania, którego adresatem nie jest ludzki oblubieniec czy oblubienica, ale sam Bóg, spotyka się z naszą pełną tolerancją. Nie zastanawiamy się nawet, że w ten sposób pozbawiamy modlitwę jej najistotniejszej treści.

Nie słuchajmy safandulskich argumentów, jakoby ksiądz ułatwiał w ten sposób miarowe włączenie się wiernych do modlitwy. Wystarczy przecież, aby ksiądz w równy, rytmiczny sposób wypowiedział formułę „zmówmy wyznanie wiary” — by dalej, w tym samym rytmie, mogli już modlić się wszyscy zgromadzeni.

Na tej samej zasadzie można rozwiązać problem z modlitwą „Ojcze nasz”. W imię jakich racji ogałacamy modlitwę, która jest sercem chrześcijaństwa, z jej najpiękniejszych słów? Dlaczegóż to dzieci, zwracając się do Ojca, zaczynają zimno i niedbale od „któryś jest w  niebie”, pozostawiając intymne wezwanie celebrującemu Mszę księdzu? W mszale jest aż osiem wezwań poprzedzających tę modlitwę, a każde z nich celebrans może wypowiedzieć tak, by zgromadzenie wiernych mogło odmówić „Ojcze nasz” od początku i w całości.

Po Credo następuje przygotowanie darów. To ważny moment liturgii, będący jakby wstępem do modlitwy eucharystycznej. To właśnie wtedy ksiądz, stojąc przy ołtarzu, obmywa ręce mówiąc: „Obmyj mnie, Panie, z mojej winy i oczyść mnie z grzechu mojego”. Następnie zwraca się do zgromadzenia: „Módlcie się, aby moją i waszą ofiarę przyjął Bóg Ojciec Wszechmogący”. Wierni odpowiadają: „Niech Pan przyjmie ofiarę z rąk twoich na cześć i chwałę swojego Imienia, a także na pożytek nasz i całego Kościoła świętego”. Jest to moment, w którym zgromadzenie błogosławi swojego prezbitera, by ten, umocniony duchem powszechnej woli dziękczynienia, przystąpił do najważniejszych aktów liturgii eucharystycznej. Niestety! Przeważnie w tym czasie ksiądz, nie zwracając uwagi na słowa wypowiadane przez lud Boży, nerwowo szpera po mszale albo przerzuca zakładki w poszukiwaniu następnej rubryki.

Gdybym był Duchem Świętym, w tym momencie wyszedłbym z kościoła trzasnąwszy drzwiami. Jednak On na szczęście nie opuszcza swojej świątyni. Dowodem na to jest chociażby paradoks: nawet niedbale odprawiane Msze święte wydają czasami dobre owoce. Zapominamy jednak, że jest to także dowód nieskończonego Bożego miłosierdzia. Nie powinniśmy wystawiać na próbę Jego cierpliwości.  

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: liturgia Msza święta ojcze nasz credo wierni zgromadzenie wiernych velebrans
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W