Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Stanisław Kracik

Wczoraj - dziś - jutro

Świeccy mówią o księżach - ankieta "Tygodnika Powszechnego"

Dwie homilie księdza Mieczysława Malińskiego zapadły mi głęboko w pamięć i serce. Jedną z nich było kazanie wielkanocne: "Chrystus naprawdę zmartwychwstał, ale Wy w to nie wierzycie. Amen." Druga zawierała przypomnienie, że to, co czynimy, jest wypadkową tego, co było naszym doświadczeniem, tego, co jest naszą wewnętrzną i zewnętrzną rzeczywistością i tego, co jest marzeniem i zamierzeniem, czyli wolą. Tak też chciałbym mówić o kapłanach, którym coś zawdzięczam lub którzy są mi coś winni.

Zanim nauczyłem się formułować własne sądy i oceny, świat widziałem oczyma moich rodziców i starszych braci. Byliśmy siedmioosobową rodziną chłopską, więc wspólna praca, wspólne troski o byt sprzyjały rozmowom: bardziej wspomnieniom niż planom na przyszłość. Ojciec, żołnierz Września i jeniec wojenny, nigdy nie zaakceptował do końca nowej rzeczywistości. Dziadków nie znałem, więc tym więcej o ich życiu, o drogach wychodzenia z galicyjskiej biedy (przez chicagowskie pralnie), rozmawialiśmy. W tych relacjach z przeszłości istotną rolę odgrywali księża. To, co uważam za ważne i czego nauczyłem się od Mamy i Ojca, to nieformułowanie ocen generalizujących. Były to relacje o kapłanach, o ich związkach mniej lub bardziej incydentalnych z moimi przodkami, ale nigdy nie mówiło się o księżach, lecz o konkretnym księdzu. Z relacji mojego Taty oczyma wyobraźni widzę jeszcze końcowe lata monarchii austro-węgierskiej na Orawie i księdza, który nie stronił od handlu krowami, nierzadko składając niekoniecznie prawdziwe zapewnienia co do jakości czy stanu konkretnej krasuli. W opowiadaniach Mamy często gości ksiądz Andrzej, proboszcz i gospodarz, nepota i założyciel pierwszego domu dla bezdomnych żebraków. Człowiek zdolny odmówić pochówku bez zapłaty, ale i oddający z nawiązką szkody wyrządzone biedakom przez plebańskiego pasterza. Moja Babcia miała powody, by poczuciem krzywdy zatruć wspomnienia o księdzu Andrzeju, ale ani ona, ani Mama nigdy nie opowiadały nam dobieranych fragmentów z przeszłości. Wiedziałem od tamtej pory, że księża to ludzie z krwi i kości, a więc o tzw. zawiedzione nadzieje czy rozwiane złudzenia nie rozbija się mój stosunek do stanu kapłańskiego.

Pierwszy proboszcz, którego zapamiętałem, był człowiekiem łagodnym i pobożnym. Może to zabrzmi dziwnie, ale służyłem Mu jako ministrant przez sześć lat prawie codziennie do Mszy świętej i nie zdarzyło się, by opuścił on zakrystię bez kilkunastominutowej modlitwy na klęczkach. Oprócz duszpasterzowania był i lekarzem ciał, jako znający się na chorobach i lekach. Nie trzeba mówić, jakie to miało znaczenie dla parafian, gdy do lekarza jechało się furmanką 15 kilometrów. Ten dobry, łagodny człowiek namiętnie lubił polować. Tego, jako żywo, zrozumieć nie mogłem i do dziś nie rozumiem, ale myślę, że tą swoją pasją ksiądz Bronisław ustrzegł mnie przed idealizowaniem rzeczywistości i ludzi.

Mój katecheta i przełożony ministrantów był także człowiekiem niezwykłym. Lubiliśmy tego raptusa tak, że jak od nas wyjechał ze swoimi pszczelimi ulami, to dziesiątki kilometrów jeździliśmy go odwiedzać. Już jako człowiek dorosły przeczytałem, że ten ksiądz Franciszek, za wymianę opinii z organistą podczas Mszy świętej, musiał opuścić probostwo. Pomyślałem sobie wówczas - nie zmieniłeś się księże Franciszku, to dobrze, że pozostałeś cudownym cholerykiem.

Szkoła średnia to inny ksiądz Franciszek, człowiek, na którego lekcje religii przychodzili synowie partyjnych notabli. Nie umiem o nim myśleć inaczej, jak o człowieku, który opowiedział nam, siedemnastolatkom, jak razem z innym księdzem wymieniają się przedmiotami (był wśród nich i sweter), do których czują, że się przywiązali. Poznałem i zrozumiałem sens bycia człowiekiem ubogim w duchu. Nigdy nie przyszło mi na myśl, że robił to na pokaz - tak żył i takim umarł.

Nie zamierzam relacjonować moich spotkań z księżmi podczas studiów, pracy w "Solidarności" i później, jako już osoby publicznej. Nie sobie przecież, ale rozmowom z wieloma kapłanami i obserwacjom oraz lekturom zawdzięczam wewnętrzny pokój i przyjaźń z Kościołem Instytucjonalnym. To te rozmowy, przykłady i wspólne działania nauczyły mnie tego, co potem jak niezwykłe odkrycie, a raczej zwerbalizowanie tego, co w człowieku często nienazwane, przeczytałem u Matki Teresy z Kalkuty. Ratowanie jednego, pomoc jednemu człowiekowi jest już sprawą na miarę kosmosu. Widzenie tego, co składa się na ogólną sumę dobra w Kościele, jest daleko ważniejsze od faryzejskiej troski o losy całego chrześcijaństwa, bez własnego wkładu na rzecz poprawy tego losu. Ta uwaga nie dotyczy wyłącznie laikatu. Przed ponad 25 laty wracałem z Lublina nocnym pociągiem z ówczesnym rektorem seminarium krakowskiego, księdzem Franciszkiem Macharskim. Z młodzieńczym buntem stawiałem pytania, a raczej oskarżenia pod adresem stanu kapłańskiego. Pamiętam spokojną odpowiedź, która tkwi we mnie do dziś. To było zresztą raczej retoryczne pytanie niż kontrargumenty. Ksiądz rektor, dziś kardynał, powiedział, że dopóki ojcowie wybitnie zdolnych, chętnych do pójścia do seminarium nie przestaną mówić: "nie zrobisz mi tego synu", tak długo pasterze niewiele będą przed swoimi owieczkami. Zasada średniej statystycznej nie jest tu więc rozwiązaniem dobrym. Stary Testament dla ofiar składanych na ołtarzach stawiał niezwykle wysokie wymagania: od pierworodnego Izaaka poczynając, a na barankach jednorocznych i bez skazy (Pascha) kończąc.

Dramat dnia dzisiejszego polega na kompletnym materii pomieszaniu. Ewangelizacja pomyliła się wielu z walką o godność i sprawiedliwość rozumianą w kategoriach pensji i świadectw udziałowych. Pokusa, jaką stwarzają media, to nie tylko uleganie chęci przebicia się do świadomości społecznej ze swoim problemem i nazwiskiem, ale - częściej (ja ciągle wierzę w dobre intencje, jakie kierują działaniami księży) - uleganie złudzeniu, że sprawa pozostanie w pamięci społecznej. Zalewani lawiną informacji, małe mamy szanse na trwałe ślady owych, indywidualnych często spraw w naszych sercach. Polityka i zjawisko samonamaszczenia się kolejnych księży do wykonywania jakichś misji jest tym, co niepokoi mnie najmocniej. Nie jest zadaniem kapłana wyręczanie władz stolicy w budowaniu domów dla bezdomnych. Nie jest zadaniem zakonów zakładanie stacji radiowych i telewizyjnych. Święty Benedykt i święty Franciszek dokonali przełomów, których dziś nie sposób sobie wyobrazić, nawet gdyby się dysponowało siecią CNN i wielonakładowymi dziennikami. Rozumiem, że kogoś może nużyć ciągłe opowiadanie tej samej Dobrej Nowiny, że gorliwość w głoszeniu Słowa Bożego każe mu sięgać po skuteczniejsze jego zdaniem środki niż konfesjonał i kazanie w kościele. Nie rozumiem natomiast przerostu formy nad treścią. Nie rozumiem spychania katechezy i ewangelizacji poszczególnych ludzi (a nie tłumów) na plan dalszy. Nie rozumiem niedostrzegania zagrożeń, jakie niesie wikłanie Kościoła w budowę statków. Jezus używał łodzi do nauczania i czynienia cudów, ale ich nie budował, ani nie umieszczał apostołów w zarządzie stoczni nad jeziorem Genezaret. Książka "O naśladowaniu Chrystusa" należy dziś do zapoznanych.

Nadzieja jest naszym obowiązkiem. Nie jestem zwolennikiem łatwych nadziei - Jakoś to będzie, Pan obroni swój Kościół, bez woli Bożej nic się nie stanie, jak przyjdzie co do czego, to murem za krzyżem staniemy - tak mówić nie powinniśmy, to jest oszukiwanie siebie i innych. Jaki zatem miałby być ów pracownik Winnicy Pańskiej, aby Pan nie musiał bronić Kościoła przed wiernymi?

Po pierwsze, chciałbym, aby księża byli ludźmi z krwi i kości, ale by to dobre silnie dominowało i zachęcało innych do naśladownictwa. By byli ludźmi bez tajemnic, by wokół nich nie narastała atmosfera niedomówień na temat np. mebli, kryształów, samochodów i innych niekoniecznie księżych pasji. By nie ulegali pokusie zakładania kolejnych instytucji i ośrodków, w tym medialnych. Życie i dzieło księdza Blachnickiego jest tu dobrym drogowskazem i ostrzeżeniem zarazem. Chciałbym, by księża umieli ze swoimi inicjatywami trafiać w czas i ludzi. To, co było odkryciem świętego Jana Bosko, musi dziś jako metoda wychowawcza zostać na nowo odczytane, gdy mówimy o pracy z młodzieżą. Może to znowu niezwykle zabrzmi, ale chciałbym, by posłuszeństwo wobec biskupów było w Kościele regułą. Nie o proboszczach jedynie myślę, ale i o tych kapłanach, którzy przekroczyli granicę, jaka dzieli ewangelizację od polityki. Warto może wrócić do istoty namaszczenia-konsekracji, tak dobrze zilustrowanej w historii Samuela i Saula.

Po szóste, byłoby rzeczą dignum et iustum, by księża znali swoich parafian. Kolęda i lekcje religii to dwie, obok konfesjonału i kancelarii, ważne okazje do identyfikowania ludzi i ich potrzeb. Nie o to idzie, by każdej biednej rodzinie dawali pieniądze, których często sami nie mają, ale by zapytali, czy gmina pomaga taką pomoc zorganizować.

Po siódme, by pamiętali o zasadzie, która dotyczy kazań. Ta prosta i znana reguła warta jest może przypomnienia. Pierwsze pięć minut kazania jest dla Pana Boga, drugie dla wiernych, trzecie dla samego kaznodziei, a każde następne już dla diabła.

Znam od dziesięciu lat na Pomorzu księdza proboszcza, który seminarium ukończył z niejakimi kłopotami. Parafia ma dwa kościółki i sześć popegeerowskich wiosek. Słowem - teren misyjny. Ksiądz zaczynał od kilku osób na niedzielnych Mszach. Dziś, by się wyżywić, musi hodować kury, kaczki i króliki. Jest miłośnikiem psów (13) i kotów (nie wiem ile). Homilie głosi wspierając się zawsze starannie dobranymi cytatami. Ale to, za co go podziwiam i po bratersku kocham, dotyczy Mszy świętej, a zwłaszcza konsekracji i podniesienia. Nigdzie w Polsce nie mam takiej pewności, jak w tym poniemieckim kościółku, że Chleb staje się Ciałem, a ksiądz Jan podnosząc hostię i kielich nie okazuje wiernym opłatka i wina, lecz dotyka sacrum. Lata i kłopoty nic tu nie zmieniają - Jezus Chrystus dla tego księdza nie powszednieje.

Chciałbym, by księża pamiętali o moim licealnym proboszczu i by umieli wymienić się nowym swetrem na stary, na łokciach wytarty. O zamianie samochodów czy wież stereo nie śmiem marzyć.

Po dziesiąte wreszcie chciałbym, by wzorem księdza Bronisława po Mszy świętej przez kilka minut pobyli z Chrystusem na klęczniku w zakrystii.

Autor jest burmistrzem Niepołomic i posłem Unii Wolności.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: kapłan świadectwo ksiądz Mieczysław Maliński Franciszek Macharski ankieta
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W