• Wywiad OPOKI

„Należałem do wspólnoty z żoną, ale żyłem z kochanką". Jak wrócić do siebie mimo przeszkód?

„Kiedy dołączyłem do Wspólnoty Trudnych Małżeństw Sychar, byłem w relacji z inną kobietą” – opowiada Opoce Janusz Dysy. Jak podkreślają małżonkowie, kluczowym momentem w ich historii była decyzja o przebaczeniu i odbudowie zaufania. „Przebaczenie to była decyzja, a potem proces. Od tego momentu dbamy o naszą relację – to praca, której nie możemy zaniechać do końca życia” – mówi Iwona.

Aleksandra Angowska: Jak rozpoczęła się Wasza znajomość?

Janusz: Jesteśmy małżeństwem sakramentalnym, w tym roku minie nam 31 lat. Znamy się od szkoły podstawowej, czyli w sumie prawie 40 lat. Można powiedzieć, że byliśmy parą jeszcze od szkolnej ławki. Przez szkołę średnią, studia – cały czas byliśmy razem. Po ośmiu latach chodzenia ze sobą postanowiliśmy się zaręczyć i pobrać.

Pobraliśmy się w wieku 23 i 24 lat. Wydawało nam się, że jesteśmy dojrzali. To było moje marzenie – poślubić żonę – i ono się spełniło. Chcieliśmy być razem przez całe życie.

Iwona: Taki był plan, ale faktycznie okazało się, że nie do końca byliśmy przygotowani do małżeństwa. Byliśmy niedojrzali emocjonalnie, ale przede wszystkim nieprzygotowani, na to, że w małżeństwie nie tylko jest dobrze i łatwo.

Przez wiele lat byliśmy małżeństwem, w którym było naprawdę bardzo dobrze. Świetnie się dogadywaliśmy, bo po prostu bardzo dobrze się znaliśmy. Spełnialiśmy swoje oczekiwania, rozmawialiśmy o wszystkim. Dopiero po kilkunastu latach znajomości zaczęliśmy się bardzo gubić.

Kiedy zauważyliście, że między Wami dzieje się coś trudnego? I co to było?

Iwona: Stało się to wtedy, kiedy zaczęłam czuć się źle w tym małżeństwie. Po raz pierwszy poczułam to siedem lat po ślubie. Zaczęłam mieć wrażenie, że mąż nie spełnia moich oczekiwań, że mnie nie słucha, że robi wszystko po swojemu.

Czułam się w tym wszystkim niespełniona, samotna, niewysłuchana. I to był pierwszy moment naszego kryzysu. Budziliśmy się rano, żadne z nas na siebie nie spojrzało, bez przywitania każdy ruszał do swoich spraw.

Te oczekiwania dotyczyły na przykład obowiązków domowych czy raczej poważniejszych spraw?

Iwona: Świetnie dogadywaliśmy się w sprawach domowych: kto co robi, kto sprząta, kto robi zakupy. Każde z nas brało na siebie to, co mogło. Nigdy nie czułam się w tym opuszczona przez męża. Pomagał mi we wszystkim. Z tym nie mieliśmy problemu.

Nasze kłopoty dotyczyły raczej komunikacji. Oboje pochodzimy z domów dysfunkcyjnych, z takich, w których o problemach się nie rozmawiało i się ich nie rozwiązywało – najlepiej było je zamieść pod dywan. Po kilku pierwszych latach okazało się, że funkcjonujemy podobnie. Gdy pojawiały się pierwsze problemy – czasem rzeczywiste, a czasem trochę przeze mnie wyolbrzymiane – ja zaczynałam się czuć niespełniona. Byłam żoną, która miała bardzo wysokie oczekiwania wobec męża i z czasem oczekiwałam coraz więcej, sama niewiele dając od siebie.

Dopiero później zrozumiałam, że był to pewien rodzaj dysfunkcji, z którą musiałam się zmierzyć. Dochodziło więc do sytuacji, w których czułam się niespełniona, ale nie potrafiłam o tym mówić. Nie mówiłam mężowi, o co naprawdę chodzi – obrażałam się albo przestawałam się odzywać na kilka tygodni.

Janusz: W tym czasie byliśmy też – jak to się mówi – na dorobku. Starałem się zapewnić jak najlepsze warunki żonie, a w przyszłości również dzieciom. Wydawało mi się, że daję z siebie sto procent. Natomiast faktycznie nie spełniałem jednej bardzo ważnej roli – roli słuchacza.

Iwona: Słuchacza – to prawda. Ale powiem też tak: często nie miał czego słuchać, bo ja nie umiałam mówić o swoich emocjach i potrzebach. Bardziej oczekiwałam, że on się domyśli.

Był też inny problem. Byliśmy bardzo towarzyscy, mieliśmy duże grono znajomych i właściwie zawsze w tych spotkaniach pojawiał się alkohol. W tamtych czasach, kiedy byliśmy młodymi ludźmi, alkohol był właściwie wszędzie. W pewnym momencie zaczęło mi to bardzo przeszkadzać, choć wcześniej jakoś mi nie przeszkadzało. W mojej ocenie mąż nie potrafił się do tego dostosować. Bardzo często było to powodem mojego niezadowolenia. Uważałam, że za dużo wypił, że nadużywa alkoholu, że mnie nie słucha, kiedy proszę go, żeby nie pił. I to była jedna z głównych przyczyn naszych nieporozumień.

A kiedy nastąpił moment przełomowy kryzysu?

Iwona: To był mój upadek – siedem lat po ślubie zakochałam się w innym mężczyźnie. Wydawało mi się, że on potrafi mnie wysłuchać, że jest dla mnie wtedy, kiedy tego potrzebuję.

Z perspektywy czasu widzę, że kiedy człowiek ma w sobie pustkę, niespełnione oczekiwania albo jest wewnętrznie nieuporządkowany – a u mnie właśnie tak było – to pierwsza napotkana osoba może się wydawać kimś, kto wypełni wszystkie te braki. Wtedy byliśmy też daleko od Pana Boga. Byliśmy wierzący – chodziliśmy w niedzielę i święta na Mszę Świętą, ale na tym właściwie kończyła się nasza wiara i praktyka religijna.

Janusz: Można powiedzieć, że po ślubie Pana Boga zostawialiśmy najpierw w przedpokoju, a później nawet przed drzwiami – nie zapraszaliśmy Go do naszego życia.

Iwona: Żyliśmy po swojemu, tak jak proponował świat: baw się, ciesz się, rób to, na co masz ochotę, dorabiaj się, musisz mieć mieszkanie, samochód, żyj pełnią życia. To życie bez Pana Boga doprowadziło nas do upadków. Mój romans trwał kilka miesięcy. Uwolniłam się z tej relacji, ale nie potrafiliśmy o tym porozmawiać. Nie przepracowaliśmy tego. Temat został zamieciony pod dywan.

Zajęliśmy się dalej naszym życiem – była już wtedy nasza córka, zaczęliśmy budowę domu, byłam w ciąży z drugim dzieckiem. Urodził się syn. Przez wiele lat zachowywaliśmy się tak,  jakby nic się nie wydarzyło. To wszystko wróciło po latach. Brak prawdziwego dialogu doprowadził do tego, że w którymś momencie mój mąż – który wcześniej był wobec mnie bardzo cierpliwy i wybaczał mi wiele moich zachowań – przestał to robić. Zauważyłam, że zaczyna zachowywać się inaczej. Wycofuje się i odsuwa ode mnie. To był też czas mojego nawrócenia i formacji. Zaczęłam rozumieć, skąd wzięły się nasze problemy, że ich przyczyna tkwi także w dysfunkcjach i zranieniach wyniesionych z domu rodzinnego. Jestem m.in. DDA.

A jak trafiliście do wspólnoty Trudnych Małżeństw Sychar?

Iwona: Trafiłam tam dzięki znajomej, która dziś jest już moją przyjaciółką. Ona była już wtedy w Sycharze, bo również przeżywała kryzys małżeński. Któregoś dnia zaprosiła mnie na spotkanie. Poszłam trochę niechętnie. Na początku nie czułam się tam dobrze. Byłam już wtedy po terapii, w procesie nawrócenia. Dziś mogę powiedzieć, że całe szczęście, że dałam się zaprosić do Sycharu.

Usłyszałam tam coś, co było dla mnie trudne: że każde sakramentalne małżeństwo jest do uratowania – ale ratowanie trzeba zacząć od zmiany siebie. Nie podobało mi się to. Myślałam, że usłyszę raczej receptę na to, co zrobić z moim mężem, żeby on się zmienił.

Ten czas w Sycharze był jednak dla mnie przygotowaniem na to, co miało nadejść. Uczyłam się poznawać siebie i przygotowywałam się na trudne rzeczy i sytuacje, które później się działy. Byłam w Sycharze sama przez około trzy–cztery lata.

A kiedy do wspólnoty dołączył mąż?

Janusz: Dałem się zaprosić żonie, bo byłem ciekawy, co tam się dzieje. Wychodziła z domu o 17, a wracała około 22. Mówiła, że jest na spotkaniach wspólnoty. Poszedłem więc raz z ciekawości zobaczyć. Kiedy dołączyłem do wspólnoty, żyłem niestety podwójnym życiem – byłem w relacji z inną kobietą. Chodziłem na spotkania z żoną, ale się nie odzywałem, tylko słuchałem. Nie dzieliłem się sobą bo żyłem w kłamstwie.

Pierwsze spotkanie bardzo mną wstrząsnęło. Ludzie mówili tam rzeczy bardzo osobiste i bardzo trudne. Byłem zdziwiony ich odwagą. Ale to zaczęło we mnie pracować. Zacząłem też widzieć, że żona się zmienia. Na początku myślałem, że to jakaś gra. Ale widziałem realną zmianę. Zrozumiałem, że to dlatego, że zbliżyła się do Pana Boga. Ja nie od razu poradziłem sobie ze swoim grzechem, ale te spotkania bardzo na mnie wpływały. Zaczęliśmy z żoną rozmawiać.

Iwona: W tym czasie dowiadywałam się stopniowo o różnych bardzo trudnych rzeczach z życia męża. Okazało się, że mnie zdradził i był w kilkuletnim romansie. Początkowo chciałam złożyć pozew rozwodowy. Ale byłam już wtedy we wspólnocie Sychar. I właśnie tam przechodziłam drogę od decyzji o rozwodzie do decyzji o ratowaniu małżeństwa.

Kiedy wyszło na jaw wszystko – zdrada, kłamstwa – ja już nie chciałam rozwodu. Chciałam ratować małżeństwo. Tego nauczył mnie Sychar i tego nauczył mnie Pan Bóg. Zrozumiałam wtedy, że małżeństwo sakramentalne to nie jest zwykła relacja. Przysięgaliśmy sobie przed ołtarzem, ale przede wszystkim przysięgaliśmy Panu Bogu. W sakramencie małżeństwa jesteśmy we troje – nie tylko my dwoje.

Kiedy to przyjęłam w sercu, mój mąż był wtedy w zupełnie innym miejscu. Szedł w przeciwnym do mnie kierunku.

Czy w trakcie kryzysu mieszkaliście razem?

Janusz: Mieszkaliśmy razem w jednym domu, pod jednym dachem, ale każde już żyło swoim życiem. Z czasem mieliśmy nawet osobne sypialnie. W zasadzie łączyły nas tylko dzieci i wspólne obowiązki, ale każdy z nas funkcjonował już osobno.

Co sprawiło, że zaczęliście na nowo ze sobą rozmawiać?

Janusz: Przełomowym momentem było to, że żona zaproponowała, żebym się wyprowadził.

Iwona: Te kilka lat we wspólnocie Sychar pokazało mi, że mąż robi krok do przodu, a potem dwa do tyłu. Zdarzało się, że mówił, iż zerwał relację z tamtą kobietą, ale ona wciąż trwała. W końcu podjęłam decyzję o separacji, zapytałam go wprost, ile czasu potrzebuje, żeby się wyprowadzić. I tak się stało. W piątek rozmawialiśmy, a jeszcze tego samego dnia mąż się wyprowadził. To był moment przełomowy.

Janusz: Nie miałem odwagi sam powiedzieć, że chcę odejść. Czekałem, aż żona podejmie tę decyzję. Wtedy mogłem sobie powiedzieć: „to ona mnie wyrzuciła z domu”. Dopiero kiedy to się stało, naprawdę poczułem, co straciłem. Dotarło do mnie, że straciłem żonę. Wydawało mi się, że powinienem być szczęśliwy, bo zaczynam nowe życie, ale wcale tak nie było. Zrozumiałem, jak bardzo kocham żonę i jak bardzo skrzywdziłem ją oraz dzieci.

Kiedy wyprowadziłem się z domu, spotkałem się z naszą przyjaciółką. Powiedziała mi wtedy: „Może powinieneś przez jakiś czas pobyć w neutralnym miejscu”. Odpowiedziałem, że nie mam pieniędzy na hotel czy wynajęcie mieszkania. A ona zaproponowała, że mogę przez pewien czas pomieszkać w nich. Kiedy wróciłem do mieszkania, w którym wtedy byłem, czułem że już coś się we mnie wydarzyło. Pamiętam, że wyszedłem tego dnia po papierosy. W pobliżu był kościół. Na przeciwko,  nagle zobaczyłem figurę Matki Bożej. Była niesiona w procesji, była oświetlona. Stanąłem jak wryty. Czułem, jakby szła w moją stronę, po mnie. Dopiero później dowiedziałem się, że to była procesja nabożeństwa fatimskiego.

To był dla mnie kolejny moment przełomowy. Nawet zapomniałem, po co wyszedłem z domu i wróciłem bez papierosów.

Na drugi dzień zadzwoniła do mnie nasza przyjaciółka i powiedziała, że jej mąż zgadza się, żebym przez jakiś czas mieszkał u nich. „Spróbuj pobyć w neutralnym miejscu i wszystko przemyśleć” – powiedziała. Jeszcze tego samego dnia wprowadziłem się do nich. To była środa.

Iwona: Kiedy przyjaciółka zadzwoniła i powiedziała mi, że mąż jest u nich, nie mogłam w to uwierzyć. Tego samego dnia spotkałam się jeszcze z naszym opiekunem duchowym i po rozmowie z nim pojechałam do naszych przyjaciół po męża.

Janusz: Widok żony, która przyjechała po mnie bardzo mnie zaskoczył. Nie spodziewałem się tego.  Wtedy jakby spadły ze mnie kajdany. Gdy wracaliśmy do domu, rozpętała się potężna burza. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Nagle zrobiło się czarno, błyskały pioruny, wiał silny wiatr. Miałem wrażenie, jakby coś próbowało nas powstrzymać przed powrotem do naszego domu.

Iwona: Tak, to prawda. On kompletnie się tego nie spodziewał, bo był przekonany, że nigdy mu tego nie wybaczę.

Od tamtego momentu dostałam nowego męża. Wrócił do domu. Zaczął nowe życie. W prawdzie. Z Panem Bogiem i ze mną.

Pamiętam, że tego wieczoru kiedy wrócił mąż modliłam się bardzo gorąco, bo bałam się tego, co będzie dalej. Prosiłam Boga o siłę, żebym potrafiła wybaczyć i zaufać. Kiedy następnego obudziłem się spojrzałam na niego, czułam całym sercem, że jest innym człowiekiem. Jakby odmienionym. A w moim sercu czułam ogromny spokój. Nie bałam się.

A jak wyglądał moment przebaczenia? Czy to był proces?

Iwona: Przebaczenie to była decyzja a potem proces. Rozpoczął się na długo przed powrotem Męża. Przebaczyłam i zaufałam na nowo. Mąż zrobił to samo jeżeli chodzi o mnie. Od jego powrotu, aż do dziś, dbamy o naszą relację. To praca, którą podjęliśmy i której nie możemy zaniechać do końca naszego życia. Dlatego oprócz Sycharu jest wspólnota Spotkań Małżeńskich, są rekolekcje, ale też zwyczajne rzeczy: wspólna kawa, spacer, rozmowa.

Najważniejsze jest jednak budowanie relacji z Panem Bogiem. Od czterech lat każdy dzień zaczynamy od Mszy Świętej. Jeśli nie możemy rano, idziemy wieczorem. Jest też wspólna modlitwa, czytanie Pisma Świętego, a także formacja każdego z nas indywidualnie.

Co zmieniło się w Waszym życiu po kryzysie?

Iwona: Jedną z najważniejszych zasad, które wprowadziliśmy w życie, jest ta z Listu do Efezjan: „Niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce”. Nawet jeśli się pokłócimy, nie kładziemy się spać pogniewani. Kiedyś było inaczej – potrafiliśmy się do siebie nie odzywać przez wiele dni, a nawet tygodni.

Dziś uczymy się miłości takiej, jaką kocha Jezus – miłości, która przebacza i nie pamięta złego. I taką miłość staramy się realizować na co dzień.

Janusz: Wcześniej właściwie nie rozmawialiśmy o trudnych sprawach. Rozmowy dotyczyły tylko obowiązków: domu, dzieci, zakupów. We wspólnocie Sychar na nowo poznałem Boga – już jako dorosły człowiek, poraniony i poturbowany życiem.

Pan Bóg działał przez wiele osób, które spotykałem na swojej drodze. Czasem byli to ludzie zupełnie przypadkowi – choć wiemy, że w rzeczywistości przypadków nie ma.

A ile trwał ten poważny kryzys?

Iwona: Pierwszy kryzys to była moja zdrada po siedmiu latach małżeństwa. Potem, po pół roku, wyglądało na to, że wszystko jest w porządku – tak to załatwiliśmy i wydawało się, że już jest dobrze. To trwało około 13–14 lat, po czym przyszła zdrada męża. Jego romans trwał cztery lata, a wychodzenie z tego kryzysu zajęło nam kolejne 4–5 lat. Dokładnie w lipcu będziemy obchodzili pięć lat, odkąd mąż wrócił do domu, wrócił do mnie i zaczął żyć w prawdzie. Od tego czasu jesteśmy oboje w pełnej świadomości, że chcemy żyć z Panem Bogiem i inaczej już nie potrafimy. Pracujemy nad tym zarówno indywidualnie, jak i razem, współpracując z Panem Bogiem.

Jak wspólnota Trudnych Małżeństw Sychar zmieniła Wasze życie?

Iwona: Wcześniej naprawdę nie umiałam wybaczać. Nie potrafiłam przebaczyć mężowi ani okazać miłosierdzia. Uczyłam się tego w procesie nawracania – Pan Bóg skruszył moje serce. Czuję też, że mąż mi wybaczył. Wszystko, co kiedyś zrobiłam, a o czym wtedy nie rozmawialiśmy, stało się tematem naszych rozmów, kiedy zaczęliśmy naprawdę ze sobą rozmawiać. Czuję to każdego dnia. Nigdy nie było sytuacji, żebyśmy sobie coś wyrzucali.

Ponadto uważamy, że wszystko, co dostaliśmy, jest łaską. Spotkanie ludzi, którzy nam pomogli – wspólnota Sychar, a także wspólnota Spotkań Małżeńskich – to wszystko jest łaską. To, że mogłam się zmienić, pracować nad sobą i uświadomić sobie, ile rzeczy we mnie wymagało przemiany, również jest łaską. Umiejętność wybaczenia mężowi była procesem wieloetapowym, bo kryzys rozwijał się stopniowo. To były sprawy po ludzku trudne do przyjęcia, więc wybaczenie było dla mnie ogromną łaską.

Łaska ponownego zaufania sobie po tym wszystkim, co przeszliśmy, również jest ogromnym darem. Powiem szczerze – mamy poczucie, że ten kryzys musiał się zdarzyć i jesteśmy za to wdzięczni. Dzięki niemu uświadomiliśmy sobie, że bez Pana Boga nie potrafimy żyć. On jest całym naszym życiem. Dopiero w kryzysie, ja trochę wcześniej, a mąż trochę później, zaczęliśmy budować relację z Panem Bogiem. Teraz chcemy ją pielęgnować do końca życia.

Janusz: Ciężko mi teraz prognozować, co by się stało, gdybyśmy się nie nawrócili i nie trafili do wspólnoty. Na pewno nie byłoby nas razem teraz. Ten kryzys pokazał nam nasze słabe strony – brak komunikacji, zatracenie się w sobie. Kiedyś naprawdę rozumieliśmy się, bez słów, ale z czasem zgubiliśmy ten dar.

Iwona: Kryzys nas uratował. Dzięki temu jesteśmy dalej razem, jesteśmy rodziną – wspaniałą, szczęśliwą rodziną. Jestem szczęśliwą małżonką, w relacji z Panem Bogiem. Oczywiście nie oznacza to, że jest tylko miło, łatwo i przyjemnie. Trzeba być zawsze czujnym i cały czas pracować nad sobą.

Jesteśmy teraz liderami ogniska wiernej miłości małżeńskiej wspólnoty Sychar w Katowicach, służymy innym. Sami dostaliśmy, kiedy potrzebowaliśmy pomocy.

Co powiedzielibyście małżeństwom przechodzącym kryzys?

Iwona: Najprościej – wpuścić Pana Boga do swojego życia i zacząć zmianę od siebie. Otworzyć się na Jego łaski. Trzeba chcieć wybaczyć. Trzeba chcieć być pokornym. Oczywiście nie pozwalać dać się ranić. Nie uciekać przed problemami tylko stawać z nimi twarzą w twarz, nie rezygnować i pracować nad sobą. Najprościej jest zrezygnować, Ale to nie do tego powołuje nas Pan Bóg w małżeństwie.

Janusz: Tak, pracować cały czas nad sobą. Współpracujemy z Panem Bogiem i uczymy się dialogu w drugiej wspólnocie, w której jesteśmy. Dialogu, którego uczymy się od pięciu lat – słuchania, komunikowania się, tak by się nie ranić.

Iwona: To jest nam potrzebne. Oczywiście czasem się kłócimy, zniechęcamy nawzajem – szatan nie odpuszcza i próbuje pokrzyżować nasze plany. Ale teraz wiemy, jak reagować. Potrafimy nazywać swoje emocje i mówić o nich. Nie oczekuję, że mąż zgadnie, że jestem zła – mówię wprost, dlaczego tak się czuję.

Kiedy pary podejmują decyzję o małżeństwie, powinny przychodzić na spotkania Sycharu, a najlepiej jeszcze w ramach nauk przedmałżeńskich posłuchać, co je czeka. Ksiądz Pawlukiewicz mówił, że małżeństwo jest jak poligon – prędzej czy później zaczniemy na nim „strzelać” do siebie. Trzeba być na to przygotowanym.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.

« 1 »