Jest projekt rozporządzenia nt. edukacji zdrowotnej. Deprawujące i antypedagogiczne treści pozostają

Projekty rozporządzeń MEN dotyczące edukacji zdrowotnej trafiły do konsultacji publicznych. Od roku szkolnego 2026/2027 edukacja zdrowotna ma być obowiązkowym przedmiotem w klasach 4-7 podstawówki oraz dwa lata w szkołach ponadpodstawowych. MEN wprowadza jednocześnie nieobowiązkowy przedmiot „edukacja zdrowotna – zdrowie seksualne”.

Ministerstwo Edukacji Narodowej 21 maja opublikowało projekt podstawy programowej przedmiotu „Edukacja zdrowotna”. Pomimo krytyki płynącej z wielu środowisk przedmiot ma być od nowego roku szkolnego obowiązkowy. Blok dotyczący edukacji seksualnej został wyłączony jako odrębny przedmiot „edukacja zdrowotna – zdrowie seksualne” i ma mieć charakter nieobowiązkowy. Konsultacje rozporządzeń mają potrwać 21 dni.

Zastrzeżenia co do części obowiązkowej

Poważne zastrzeżenia dotyczą m.in. przedstawiania treści w sposób nieadekwatny do rzeczywistych potrzeb edukacyjnych i możliwości poznawczych dzieci. Już w klasach 4-6 podstawówki dzieci dowiedzą się, że w rodzinie „może wystąpić rozwód, separacja, wejście w nowe związki”. Mają też wymienić sposoby radzenia sobie z tym problemem. Poziom odrealnienia twórców podstawy programowej jest wręcz kosmiczny. Owszem, dziecko w wieku dziesięciu czy jedenastu lat może się nauczyć na pamięć sposobów radzenia sobie z problemem rozwodu i je wyliczyć, ale trudno oczekiwać, żeby mogło faktycznie poradzić sobie z  rozpadem związku własnych rodziców, a tym bardziej – że będzie w stanie wyobrazić sobie własny późniejszy związek i odnieść wykute na pamięć formułki do rzeczywistych problemów występujących w relacjach dorosłych osób.

Problemem jest także sama perspektywa myślowa, w jakiej ukazywany jest rozwód. Opisywany jest jako zjawisko podobnego typu, jak choroba czy pojawienie się rodzeństwa. Taka antypedagogiczna perspektywa normalizuje rozpad rodziny i stawia całkowicie poza marginesem kwestie etyczne.

Inną kwestią jest legalistyczne podejście do relacji rodzinnych. Uczeń ma znać „prawa i obowiązki dziecka oraz rodziców”. Czy naprawdę o to chodzi w życiu rodzinnym? Czy wychowanie nie polega raczej na zrozumieniu drugiej osoby, wyznaczeniu własnych granic i respektowania granic wyznaczonych przez innych? Czy dziecko ma być kontrolerem rodziców, donoszącym na nich urzędników, gdy uzna, że „nie spełniają obowiązków” wyznaczonych przez państwo? Warto przypomnieć sobie historię sowieckiego małoletniego denuncjatora Pawlika Morozowa i tragedię jego rodziny, zniszczonej przez donosy.

Poważne obawy rodzi także zrównywanie małżeństwa ze związkami nieformalnymi. Choć mówi się o „budowaniu relacji opartych na szacunku, godności, miłości i odpowiedzialności”, pozostaje to zwykłym pustosłowiem. O jakiej wzajemnej odpowiedzialności można mówić w przypadku związku partnerskiego, w którym żadna z osób nie chce przyjąć na siebie zobowiązań małżeńskich, a samo małżeństwo sprowadza do „zbędnego papierka”?

Wszystkie te problematyczne kwestie nie są częścią przedmiotu opcjonalnego, ale stanowią element komponentu obowiązkowego.

„Norma medyczna” czyli deprawacja

W części dotyczącej „zdrowia seksualnego” zagadnienia, które mają w oczywisty sposób wymiar etyczny, sprowadza się do kwestii medycznych. Przykładem jest masturbacja, która według twórców programów należy do „normy medycznej”.

Kwestie etyczne są zasadniczo obce twórcom programu. Zasadniczo błędne jest sprowadzenie właściwych zachowań seksualnych do „świadomego konsensusu obu osób”. Współżycie seksualne to nie transakcja handlowa, w której dwie strony sporządzają umowę, ustalając warunki. Wzajemna zgoda jest istotnym elementem w relacji seksualnej, ale bynajmniej nie jedynym, który decyduje o jej ocenie moralnej.

W projekcie mowa jest także o orientacji psychoseksualnej i tożsamości płciowej, w sposób zrównujący związki homoseksualne z małżeństwem osób różnej płci. Wprowadzanie pojęcia tożsamości płciowej niesie ze sobą poważne ryzyko destabilizacji rozwoju psychoseksualnego dzieci. Twierdzenie, że płeć nie jest determinowana przez biologię lecz przez subiektywne przeświadczenie, nie ma żadnych podstaw naukowych – jest pochodną ideologii gender. Zamiast łagodzić problemy związane z okresem dojrzewania i własną płciowością, tego typu podejście będzie je pogłębiać. Rzekome „potwierdzanie płci” (czyli ingerencje medyczne, prowadzące do okaleczenia i bezpłodności) nie jest rozwiązaniem dysforii seksualnej.

Podległy MEN Ośrodek Rozwoju Edukacji przeprowadzał już szkolenie dla nauczycieli zgodne z założeniami ideologii gender, na którym padały twierdzenia, że trzeba respektować żądania dzieci dotyczące nazywania ich imionami i określania zaimkami niezgodnymi z ich płcią biologiczną, nawet bez konieczności pytania rodziców o zgodę. Tranzycja seksualna nie ma nic wspólnego z rzeczywistą troską o zdrowie, jest okaleczaniem swego ciała i ubezpłodnieniem. Edukacja proponowana przez MEN nie jest więc „zdrowotna”, ale antyzdrowotna i przepojona szkodliwą ideologią.

Źródła: MEN, glos.pl, Portal X

« 1 »