„Mówią na mnie «dziewczyna od stóp Jezusa»”. Iskra z Milejczyc – świadectwo Ewy

Ewa Wiśniewska-Benedyczuk odtworzyła cały wizerunek Jezusa z łaskami słynącego milejczyckiego obrazu. Dziś mówi nie o „kolejnym zleceniu”, ale o spotkaniu, które przemieniło jej serce. „Najbardziej urzekło mnie Serce Jezusa. Cokolwiek by się nie działo, wiem, do Kogo się zwrócić” – wyznaje malarka, bohaterka kolejnego reportażu „Iskra z Milejczyc. Historie łask”.

Do swojej pracowni w Białymstoku Ewa Wiśniewska-Benedyczuk zaprasza z prostotą i spokojem. To właśnie tutaj, z dala od rozgłosu, powstawała niezwykła kopia wizerunku Najświętszego Serca Pana Jezusa Dobrego Pasterza z Milejczyc. 

„Mówią na mnie „dziewczyna od stóp Jezusa”, bo dostałam zadanie domalowania całej postaci Serca Dobrego Pasterza w naturalnych rozmiarach” – uśmiecha się bohaterka cyklu „Iskra z Milejczyc. Historie łask”.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyła milejczycki obraz, nie zrobił na niej szczególnego wrażenia. Wizerunek był świeżo po renowacji, jeszcze bez ramy, przechowywany na strychu plebanii. Wiedziała jedynie, że ludzie opowiadają o łaskach otrzymywanych za jego pośrednictwem. Zrobiła kilka zdjęć i wróciła do domu.

Intrygujące odkrycie

„Znałam Milejczyce, bo jestem z Podlasia, ale jeszcze wtedy nie wiedziałam, że znajduje się tam łaskami słynący obraz. Dopiero z reportażu telewizyjnego dowiedziałam się, że po renowacji obrazu dokonano niezwykłego odkrycia! Znajdujący się w kościele wizerunek Serca Jezusa Dobrego Pasterza, pochodzi z przełomu XVII i XVIII wieku. To czyni go jednym z najstarszych przedstawień Jezusa z otwartym Sercem” – opowiada. 

„I to mnie zaintrygowało” – wspomina malarka.

Pomysł przyjazdu do Milejczyc powrócił, gdy znajoma poprosiła ją o wykonanie kopii wizerunku Serca Dobrego Pasterza. „Postanowiłam pojechać tam osobiście, żeby zrobić dobrej jakości zdjęcia i zobaczyć obraz na żywo” – mówi.

Domalować Jezusowi nogi

Gdy przyjechała do Milejczyc, obraz dopiero wrócił z renowacji. Nie wisiał jeszcze w kościele. Bez ramy stał na strychu plebanii, gdzie wierni mogli przychodzić, by się modlić.

„Ksiądz proboszcz odprawiał tam Msze św. w intencji osób, które bardzo o to prosiły. Zaskoczyło mnie, że mimo takich warunków nikomu nie odmawiał możliwości zobaczenia obrazu” – wspomina pani Ewa. Wizerunek nie był jeszcze tak popularny jak dziś, ale informacje o nim już wtedy przekazywano sobie z ust do ust. Ludzie przyjeżdżali, modlili się i opowiadali o innym o łaskach wymodlonych przez Serce Jezusa.

„Miałam już wychodzić, gdy proboszcz zapytał: „Co tak szybko? A modlitwa?” – opowiada.

Krótka rozmowa sprawiła, że pobyt w Milejczycach nabrał zupełnie innego znaczenia. Pani Ewa wyjaśniła, po co przyjechała i nad czym zamierza pracować. Wtedy usłyszała propozycję, której się nie spodziewała. „Okazało się, że proboszcz właśnie poszukuje malarza, który odtworzy cały wizerunek Jezusa” – mówi.

Jak tłumaczy, znajdujący się dziś w sanktuarium obraz został kiedyś przycięty, aby zmieścił się w dostępnej ramie. W efekcie dolna część postaci Chrystusa została utracona.„Chodziło więc o to, by domalować Jezusowi nogi i odtworzyć całą postać w naturalnych rozmiarach” – wyjaśnia.

W tamtym momencie nie zdawała sobie jeszcze sprawy, jak wielkie wyzwanie przed nią stoi. Z pozoru zwykła wizyta po dokumentację fotograficzną przerodziła się w wielomiesięczną pracę, która – jak sama przyznaje – zmieniła nie tylko jej zawodowe życie, ale także serce.

Zobacz, jak powstawała kopia cudownego wizerunku:

Centymetr po centymetrze

Przygotowała ponad trzydzieści różnych wersji postaci. „To była katorżnicza praca. Zastanawiałam się, jak Jezus stoi, gdzie znajduje się środek ciężkości Jego ciała. Tworzyłam wersję z szatą unoszącą się, opadającą, ale ciągle coś było nie tak. Nic mi nie pasowało. Pracowałam nad tym przez cztery miesiące. Nawet zrezygnowałam z pracy zawodowej, żeby całkowicie poświęcić się temu obrazowi” – wspomina.

Im dłużej pracowała, tym bardziej obraz, który początkowo nie zrobił na niej dobrego wrażenia, zaczynał ją poruszać. „Centymetr po centymetrze poznawałam ten wizerunek. Sama postać Jezusa ma około 180 centymetrów wzrostu. Chrystus ubrany jest w królewskie szaty, a na ramionach niesie owieczkę” – opowiada o swojej pracy artystka.

„Najbardziej dotknęło mnie oko owcy. Przyglądałam mu się, stojąc na drabinie. Ono było ludzkie. To było moje oko – brązowe, migdałowe. Patrzyłam na nie z różnych perspektyw i miałam wrażenie, że widzę człowieka” – mówi.

To właśnie wtedy zaczęła odkrywać głębię tego obrazu. Twarz Jezusa wydawała jej się jednocześnie pełna smutku i delikatnego uśmiechu. „To przez usta. Kiedy zasłoni się jedną część, wydają się uśmiechnięte. Kiedy drugą – smutne” – tłumaczy. 

„Te wszystkie detale bardo mnie poruszały. Najbardziej urzekło mnie Serce Jezusa. Malując je, stało mi się bardzo bliskie. Cokolwiek by się nie działo, wiem, do Kogo się zwrócić” – wyznaje.

Choć – jak podkreśla – nie doświadczyła spektakularnego cudu uzdrowienia, ale podczas pracy nad obrazem wydarzyło się w niej coś bardzo ważnego.

„Nie było żadnych wielkich znaków. Malowałam ten obraz i czułam, że przemawia do mojego serca. Robiło mi się ciepło na sercu, miałam pewność, że to, co robię, jest ważne dla ludzi” – wspomina. I dodaje: dziś Mielejczyce i obraz Serca Jezusa są mi bardzo bliskie.

Od obrazu do świadectwa

Artystka przyznaje, że dzięki tej pracy, zaczęła dzielić się z napotkanymi osobami swoim doświadczeniem i wskazywać na Serce milejczyckiego Jezusa jako miejsce nadziei. „Wiele osób nosi w sobie trudne historie. Wielu osobom znajdującym się w trudnej sytuacji opowiedziałam o Milejczycach, dałam obrazek z wizerunkiem Jezusa, zaprosiłam do swojej pracowni, gdzie znajduje się kopia obrazu. Mam poczucie, że jestem takim pośrednikiem” – mówi.

Wizerunek, nad którym pracowała, ma ostatecznie znaleźć się w nowej kaplicy adoracji powstającej przy sanktuarium w Milejczycach.

„Cieszę się, że także przed tym obrazem ludzie będą się modlić, zawierzać swoje sprawy i odnajdywać nadzieję” – mówi Ewa Wiśniewska-Benedyczuk.

Dla niej samej historia milejczyckiego wizerunku nie skończyła się wraz z ostatnim pociągnięciem pędzla. Trwa nadal – w modlitwie, w spotkaniach z ludźmi i w przekonaniu, że czasem jedno zadanie artystyczne może stać się początkiem głębokiej duchowej drogi.

 

 

« 1 »