„Samo wyłączenie obowiązkowego modułu dotyczącego edukacji seksualnej z edukacji zdrowotnej nie rozwiązuje problemu” – podkreśla Hanna Dobrowolska, koordynatorka Koalicji na rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły. Doświadczona polonistka i autorka podręczników zaznacza, że rodzice powinni mieć możliwość wyboru czy ich dziecko będzie uczestniczyć w zajęciach.
Anna Rasińska (KAI): Od 1 września 2026 r. przedmiot edukacja zdrowotna ma być obowiązkowy, ale moduł dotyczący edukacji seksualnej już nie. Czy ta zmiana rozwiewa zastrzeżenia środowisk, które Pani reprezentuje?
Hanna Dobrowolska (koordynatorka KROPS): Nie, te zastrzeżenia są od początku bardzo poważne i pozostają aktualne. W naszej ocenie obecna formuła wprowadza opinię publiczną w błąd i nie pokazuje rzeczywistych założeń tego przedmiotu ani jego miejsca w szerszych zmianach w systemie edukacji, zapowiadanych w ramach „Reformy26.Kompas Jutra”. Samo wyłączenie obowiązkowego modułu dotyczącego edukacji seksualnej nie rozwiązuje problemu, bo wciąż brakuje jasnej informacji, czym ten przedmiot ma być. W naszej ocenie jego założenia naruszają prawa rodziców i budzą poważne wątpliwości co do podejścia do kwestii rodziny i wychowania. Analiza podstawy programowej oraz proponowanych materiałów dydaktycznych prowadzi nas do wniosku, że rozwiązania te mogą nie służyć dobru uczniów. Od 2024 r. zgłaszamy liczne uwagi, przygotowaliśmy petycje, opinie prawne i medyczne, organizowaliśmy także protesty. Mimo tych sygnałów projekt jest kontynuowany przez MEN, co odbieramy jako działanie niekorzystne dla dzieci i młodzieży.
A w jakich konkretnie działach?
Bardzo wiele takich treści znajduje się chociażby w dziale „Zdrowie społeczne”, gdzie dochodzi do zrównania związków małżeńskich z różnymi formami związków nieformalnych, przy jednoczesnym podkreślaniu ich funkcjonowania w porządku prawnym. Z kolei w dziale „Zdrowie psychiczne” pojawiają się sformułowania odnoszące się do zaburzeń psychicznych w kontekście ciąży, z przykładami depresji w ciąży i depresji poporodowej. Nie wskazuje się natomiast innych istotnych źródeł kryzysów u dzieci i młodzieży, takich jak przemoc, rozwód w rodzinie, śmierć bliskich czy odrzucenie rówieśnicze.
Kolejną kwestią jest sposób przedstawiania różnych decyzji życiowych dotyczących relacji, rodziny i rodzicielstwa. Wymienia się obok siebie związki formalne i nieformalne, separację, rozwód, rodzicielstwo zastępcze, wielodzietność czy bezdzietność, bez wskazania wyraźnych celów wychowawczych. W naszej ocenie opiera się to na błędnym założeniu, że dziecko samo, mając dostęp do szerokiego spektrum informacji, dokona właściwych wyborów. Przedmiot ma być realizowany już od czwartej klasy szkoły podstawowej, co budzi poważne wątpliwości, zwłaszcza wobec znaczenia tego wczesnego etapu edukacji dla rozwoju dziecka. Zastrzeżenia budzi także zapis z działu „Wartości i postawy”, mówiący o wykluczeniu wszelkich form dyskryminacji ze względu na „ludzką różnorodność”. Pojęcie to nie zostało doprecyzowane, więc jego interpretacja może nawiązywać do ideologicznych koncepcji obecnych w międzynarodowych standardach antydyskryminacyjnych. W efekcie może to wpływać na formatowanie postaw uczniów.
Wskazujemy również na szerszy kontekst zmian i brak gwarancji, że nie będą one inspirowane rozwiązaniami stosowanymi w niektórych krajach zachodnich, gdzie permisywna edukacja seksualna (promująca całkowitą swobodę zachowań w sferze seksualnej) wprowadzana jest już na bardzo wczesnym etapie edukacji ze szkodą dla zdrowia dzieci i młodzieży.
A czy wiadomo, co dalej z modułem dotyczącym edukacji seksualnej?
Nadal nie ma jasności co do jego ostatecznego kształtu. Powołano nowy zespół ekspertów, ponownie z prof. Zbigniewem Izdebskim jako jej szefem. Przypomnijmy, że wcześniejsze propozycje zespołu MEN wywołały powszechny sprzeciw społeczny. Obecnie pojawiają się rozbieżne informacje ze strony przedstawicieli resortu – z jednej strony mówi się o odrębnym, dobrowolnym przedmiocie, z drugiej o kilku nieobowiązkowych godzinach w ramach edukacji zdrowotnej. Decyzje mają być podjęte przed 1 września. W naszej ocenie taka sytuacja budzi poważne wątpliwości, także z punktu widzenia praw rodziców, którzy powinni mieć możliwość wcześniejszego zapoznania się z pełną podstawą programową oraz materiałami dydaktycznymi, aby podjąć świadomą decyzję o udziale dziecka w zajęciach. Tymczasem nadal nie wiadomo, czy będą to dwa przedmioty, czy jeden oraz jaki będzie ich ostateczny zakres.
A jak przedstawia się kwestia podręczników?
Pierwszy podręcznik dla nauczycieli, rodziców i uczniów zamieszczony w internecie budzi bardzo poważne wątpliwości, ponieważ podobnie jak szkolenia prowadzone przez Ośrodek Rozwoju Edukacji we współpracy z Ministerstwem, w naszej ocenie nie przekazuje obiektywnej wiedzy, a ukierunkowuje myślenie nauczycieli. Pokazuje m.in., że ścieżka tranzycji prawnej, społecznej i medycznej może być traktowana jako właściwy kierunek działania wobec dzieci, które na wczesnym etapie rozwoju przejawiają wahania dotyczące tożsamości płciowej. Tymczasem, jak wskazują badania medyczne, takie wahania w dużej mierze ustępują samoistnie, nawet w około 86 proc. przypadków. Naszym zdaniem istnieje więc ryzyko, że naturalne procesy rozwojowe będą pochopnie interpretowane jako przesłanka do podejmowania szkodliwych działań w kierunku tranzycji, czyli tzw. ”zmiany płci” nieletnich uczniów. Takie podejście było obecne również podczas szkoleń dla nauczycieli edukacji zdrowotnej, które zostały przez nas ujawnione i oprotestowane podczas konferencji z udziałem przedstawicieli środowisk pedagogów, pediatrów i psychiatrów.
Jeśli ten kierunek kształcenia nauczycieli, zarówno poprzez szkolenia, jak i studia uzupełniające, będzie kontynuowany, może to przełożyć się na sposób prowadzenia obowiązkowych zajęć z edukacji zdrowotnej, nie tylko z zakresu edukacji seksualnej. Chcę podkreślić skalę tego zjawiska, przedmiot ma objąć ok. 4,1 mln uczniów, od czwartej klasy szkoły podstawowej niemal do matury. W naszej ocenie oznacza to, że treści obecne w podstawie programowej i materiałach dydaktycznych edukacji zdrowotnej będą oddziaływać na bardzo szeroką grupę dzieci i młodzieży, niezależnie od tego, czy moduł dotyczący edukacji seksualnej będzie formalnie wyodrębniony.
W listopadzie i grudniu ubiegłego roku przeprowadzili Państwo badanie opinii społecznej dotyczące edukacji zdrowotnej. Ankieta była dostępna publicznie w internecie, m.in. na stronie takdlaedukacji.pl, i wzięło w niej udział 2057 osób. Co wynika z badania?
Na pytanie o ocenę planów wprowadzenia obowiązkowej edukacji zdrowotnej od 1 września 2026 r., w obecnym kształcie, aż 97 proc. respondentów wyraziło sprzeciw. Wśród nich 86 proc. opowiedziało się za całkowitą likwidacją przedmiotu i zastąpieniem go zajęciami promującymi wartość rodziny, natomiast 11 proc. wskazało, że przedmiot powinien pozostać nieobowiązkowy. To pokazuje skalę sprzeciwu społecznego, która jest większa niż odsetek rodziców wypisujących dzieci z zajęć. Przypominamy przy tym, że proces rezygnacji z udziału w zajęciach był według relacji rodziców utrudniony, a informacje o przedmiocie często były zmanipulowane, np. pomijano kwestie edukacji seksualnej eksponując inne treści, by zachęcić do uczestnictwa w zajęciach.
W badaniu zadaliśmy również pytanie o to, kto powinien mieć pierwszeństwo w określaniu wartości leżących u podstaw wychowania dziecka. Aż 99 proc. respondentów wskazało rodziców, a jedynie 1 proc. - państwo. Respondenci odwoływali się przy tym do praw, które gwarantuje im art. 48 i 53. Konstytucji RP.
Czy szkoły są przygotowane na dokonanie tak szybkich zmian?
Wprowadzane zmiany powodują w szkołach chaos. Wskazuje się na dezinformację oraz brak podstaw prawnych, przy jednoczesnych zapowiedziach, że przedmiot ma być obowiązkowy. Taką sytuację krytykują zarówno specjaliści, jak i osoby publiczne. Problem polega na tym, że nie ma odpowiedniego rozporządzenia, a mimo to poprzez komunikaty Ministerstwa Edukacji Narodowej, dyrektorzy są zobowiązywani do uwzględniania edukacji zdrowotnej jako przedmiotu obowiązkowego na etapie przygotowywania arkuszy organizacyjnych. Ministerstwo działa więc tak, jakby nowe przepisy już obowiązywały, choć nie dokonało zmiany dotychczasowych rozporządzeń. Taka sytuacja przekłada się na konkretne decyzje finansowe, jak zatrudnianie nauczycieli, podpisywanie umów czy planowanie godzin w szkolnych planach zajęć. Dyrektorzy znajdują się w trudnym położeniu, ponieważ są zmuszani do podejmowania działań bez formalnych podstaw, co może rodzić konsekwencje związane z dyscypliną finansów publicznych.
Podobne problemy pojawiały się już wcześniej. W ubiegłym roku część szkół zatrudniła nauczycieli do prowadzenia zajęć, na które nie było chętnych uczniów, co oznaczało ponoszenie kosztów bez realnej realizacji zajęć. Obecne działania Ministerstwa wyglądają jako wprowadzanie obowiązku „małymi krokami”, mimo wcześniejszych zapowiedzi dobrowolności. Budzi to sprzeciw zarówno części rodziców, jak i przedstawicieli samorządów, którzy wskazują na brak jasnych zasad i poważne konsekwencje finansowe proponowanych rozwiązań. Sprzeciw wobec takich działań już zgłaszają samorządy. W gminie Czarny Dunajec radni zapowiedzieli, że nie będą finansować obowiązkowego przedmiotu w sytuacji, gdy rezygnacje uczniów sięgały nawet 100 proc. Podkreślają oni, że jako organ prowadzący powinni mieć realny wpływ na decyzje dotyczące edukacji i wydatkowania środków publicznych.
W debacie publicznej często pojawia się argument, że nie wszystkie dzieci otrzymują w domu wystarczającą wiedzę dotyczącą zdrowia, higieny cyfrowej, relacji czy seksualności. Jak się Pani do tego odniesie?
Chcę przypomnieć, że wiedza o zdrowiu, nie jako osobny przedmiot, ale jako element kształcenia, od lat jest obecna w szkole i realizowana na wielu przedmiotach. Te treści są rozproszone i przekazywane przez nauczycieli specjalistów: na informatyce w zakresie higieny cyfrowej i bezpieczeństwa w sieci, na języku polskim w kontekście kultury i mediów, a także na biologii, przyrodzie czy wychowaniu fizycznym.
Jako polonistka w swoich podręcznikach opracowywałam całe działy poświęcone bezpiecznemu korzystaniu z internetu czy reagowaniu na przemoc słowną. Podobnie w edukacji wczesnoszkolnej – dzieci od pierwszych klas uczą się zasad higieny, zdrowego stylu życia, odżywiania, ruchu czy codziennych nawyków. To są dziesiątki ćwiczeń w ramach edukacji zintegrowanej, która właśnie na tym polega, by kształtować postawy prozdrowotne w sposób naturalny, a nie na jednej, wydzielonej lekcji.
Potwierdza to także opracowanie Ośrodka Rozwoju Edukacji z 2020 roku, które pokazuje, jak szeroko te treści funkcjonują w podstawie programowej na wszystkich etapach nauczania. Dlatego trudno zgodzić się z tezą, że szkoła tych zagadnień nie realizuje. Dziś wielu nauczycieli pyta, czy wprowadzenie nowego przedmiotu oznacza, że mają przestać robić to, co robili dotąd. Pojawia się też wątpliwość, czy jeden nauczyciel będzie w stanie kompetentnie objąć wszystkie te obszary – od wychowania fizycznego, przez zdrowie psychiczne, po kwestie dojrzewania. Już teraz sami wskazują, że nie czują się przygotowani do prowadzenia zajęć z zakresu wszystkich tematów.
W mojej ocenie nowy przedmiot nie jest potrzebny, bo wiedza o zdrowiu jest od dawna obecna w szkole. Ich uzupełnieniem było wychowanie do życia w rodzinie, które od 1999 roku obejmowało m.in. kwestie wychowania seksualnego, ale także relacji i zdrowia psychicznego. Tymczasem ten dorobek jest dziś pomijany. Dlatego postuluję rezygnację z wprowadzania nowego przedmiotu i powrót do sprawdzonego modelu: dobrowolnych zajęć wychowania do życia w rodzinie oraz utrzymania rozproszonego przekazywania wiedzy o zdrowiu na różnych przedmiotach. Taki model jest zgodny z metodyką nauczania i pozwala na naturalne przyswajanie treści.
Obecna sytuacja prowadzi do chaosu i ma coraz bardziej charakter sporu politycznego, a nie merytorycznej dyskusji o edukacji. Ignorowany jest głos rodziców, a proponowane rozwiązania wydają się próbą pogodzenia różnych grup wyborców. To wszystko odbywa się kosztem uczniów i funkcjonowania szkoły. Stąd rezygnacja z edukacji zdrowotnej - całkowita! - jest najlepszym rozwiązaniem, ażeby ten karkołomny „węzeł gordyjski” raz na zawsze przeciąć.
Źródło: KAI