Po latach niepłodności Sara Hull w końcu zaszła w ciążę. Pojawiły się jednak problemy zdrowotne, które ostatecznie doprowadziły do diagnozy: chłoniak. Lekarze sugerowali aborcję, jednak Sara postanowiła walczyć i o siebie, i o dziecko: modliła się do Matki Bożej z Guadalupe, wyobrażając sobie, jak Maryja obejmuje dziecko znajdujące się w jej łonie, chroniąc je.
Tym, co zaniepokoiło Sarę, była powracająca gorączka. Nie jest to typowy objaw ciążowy, udała się więc do specjalisty chorób zakaźnych. Badania wykazały gwałtowny wzrost białych krwinek. W tamtym czasie była już w 20. tygodniu ciąży. Początkowo lekarze próbowali wiązać ten stan z obecnością w jej domu kota i bakterią Bartonella henselae, która często przenosi się z kota na człowieka, wkrótce jednak, po biopsji węzłów chłonnych, postawili znacznie poważniejszą diagnozę: to rzadka forma anaplastycznego chłoniaka limfocytów T.
Dwa dni później po tej wstępnej diagnozie Sara Hull udała się do onkologa, który powiedział jej, że ma agresywną formę nowotworu. Miała guzy w płucach, które będą się rozwijać, aż zablokują drogi oddechowe, prowadząc do uduszenia. Jak wspomina Sara:
„Nie wydawało się, żeby miał wiedzę, jak postępować, biorąc pod uwagę, że byłam w ciąży. Doradził mi, żebym dokonała aborcji. Twierdził, że będę miała większe szanse na przeżycie, jeśli przerwę ciążę.”
Przeszła jeszcze biopsję szpiku kostnego, aby ustalić, czy rak rozprzestrzenił się na kości, ale po tym zabiegu nigdy nie wróciła do tego lekarza.
„Wolałam umrzeć, niż dokonać aborcji zgodnie z jego sugestiami” – mówi Sara.
Ciąża była dla niej szczególnie ważna. Zmagała się z niepłodnością i dopiero po dwóch latach terapii udało się jej zajść w ciążę.
„Byłam wtedy bardzo podekscytowana. Życie mojego dziecka dopiero się zaczynało i chciałam, żeby mogło żyć jak najlepiej.”
Jest nadzieja
Po doświadczeniu z poprzednim onkologiem Hull postanowiła znaleźć nowego. Natknęła się na lekarza, który potrafił okazać jej rzeczywiste wsparcie. Wyjaśnił, są już dostępne formy chemioterapii, które nie zagrażają ciąży i że są one stosowane w innych krajach. Kobiety korzystające z nich urodziły zdrowe dzieci, które nie doświadczyły żadnych długotrwałych komplikacji zdrowotnych.
„To była ogromna ulga usłyszeć te informacje" – wspomina Sara. „Poczułam nadzieję.”
Jej ginekolog nie był jednak tak entuzjastycznie nastawiony. Usiłował ją zniechęcać do tej terapii, dowodząc, że prawdopodobnie i tak poroni, a proponowana przez onkologa chemioterapia może się okazać mniej skuteczna od stosowanej standardowo w USA.
Słysząc te słowa, Sara poszła do łazienki, aby się wypłakać. Potem wróciła do domu, by się pomodlić i zdecydować, jak dalej postępować. Onkolog odpowiedzialny za opiekę nad nią skierował ją do M.D. Anderson Cancer Center, wskazując, że mogą tam być dostępne innowacyjne metody leczenia nowotworów dla osób zmagających się z podobnymi chorobami.
„Pojechałam do M.D. Anderson tydzień przed Bożym Narodzeniem. To tam podawano chemioterapię, którą przechodziły kobiety w Ameryce Południowej, a ich dzieci rodziły się zdrowe”.
Chłoniak u ciężarnej kobiety był rzadkim przypadkiem, onkolog dał jej jednak nadzieję, że może wejść w remisję i urodzić zdrowe dziecko.
„Byłam uważana za przypadek wysokiego ryzyka i pilnie musiałem natychmiast poddać się leczeniu, tu jednak poczułam większy optymizm niż u pierwszych lekarzy”.
Hull rozpoczęła terapię onkologiczną dzień po świętach Bożego Narodzenia i postęp przebiegał dobrze. Co dwa tygodnie miała USG, które wskazywało, że dziecko rośnie prawidłowo.
„Rosły jej nawet włosy, choć ja traciłam swoje”.
Sara modliła się do Matki Bożej z Guadalupe, wyobrażając sobie, jak Maryja obejmuje dziecko znajdujące się w jej łonie, chroniąc je. Niezachwiana wiara Hull w Boże miłosierdzie i łaskę podtrzymywała ją przez całą drogę z rakiem. Bez względu na wyzwania, z jakimi się mierzyła, nadal wierzyła w możliwość pozytywnego zakończenia dla siebie i swojego dziecka.
Ginekolodzy nie chcą ryzyka
Będąca w ciąży kobieta starała się uzyskać opiekę i pomoc u czterech różnych ginekologów, ale żaden z nich nie chciał przyjąć jej jako pacjentki. Po dłuższych poszukiwaniach udało się jej wreszcie znaleźć ginekologa, który, mimo że był na progu emerytury i nie przyjmował nowych pacjentek, zgodził się ją zobaczyć po tym, jak przekonała go żona.
„Moja córka miała być ostatnim dzieckiem, którym się zajął”.
Aby mieć pewność, że nie dojdzie do niedającego się powstrzymać krwawienia, poród zaplanowano między sesjami chemioterapii. Kolejne zdjęcia rentgenowskie i rezonans wykazały, że jej rak się kurczy.
Ostatecznie jej dziecko urodziło się przed terminem przez cesarskie cięcie. Córeczka spędziła jedną noc na oddziale intensywnej terapii noworodków, nie było jednak potrzeby podejmowania żadnych dodatkowych działań medycznych.
Sara z wdzięcznością myśli o tym, że udało jej się urodzić zdrowe dziecko w trakcie walki z rakiem, wbrew powtarzającym się sugestiom ze strony lekarzy, że powinna się poddać aborcji.
Nowotwór Hull ostatecznie przeszedł w remisję, jednak jej stan zdrowia jest chwiejny. Boryka się z niedoborem odporności i musi unikać sytuacji, w których byłaby narażona na zakażenie.
Lekarze mówili jej także, że nie ma już szans na urodzenie kolejnego dziecka. Tymczasem, wbrew ich opinii, Sara zaszła ponownie w ciążę i urodziła drugą córkę.
„Moje dwie córki dzieli tylko 19 miesięcy. Nigdy nie żałowałem decyzji walki o życie mojego dziecka” – mówi Sara.
Aby chronić się przed potencjalnymi infekcjami, które jej dzieci mogą przynieść z przedszkola czy też szkoły, Hull zdecydowała się na nauczanie domowe. Dzięki jej determinacji, żyje zarówno ona sama, jak i jej obydwie córki.
„Chciałam podzielić się swoją historią, aby pokazać, że lekarze nie zawsze mają rację co do diagnozy i proponowanego leczenia. Ważne, by samemu zadbać o swoje zdrowie i poznać wszystkie opcje. Jestem bardzo wdzięczna za moje dwie córki” – podsumowuje Sara Hull.
Źródło: Live Action