Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

FRYWOLITKI (85)

czyli ostatnio przeczytałam książkę!!!

Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy, powiem Wam, że rzeczywistość, oglądana z miasta, jest groteskowa. Zupełnie inaczej widzi się i rozumie własną egzystencję oraz w ogóle świat cały - siedząc w wiejskim ogrodzie lub też pędząc rowerem po leśnych ścieżkach (najlepiej: z górki!). Na wsi jestem człowiekiem spokojnym, harmonijnym i doskonale szczęśliwym. W mieście... nie, nie to, żebym się nagle zmieniała w panią Hyde - nie, wsysają mnie tylko (z głową!) bezlitosne wiry najróżniejszych zadań, powinności, zobowiązań, zebrań oraz innego takiego zgiełku. W efekcie - zamiast robić to, co bym chciała (mieszkać w ogrodzie, czytać, pisać i słuchać muzyki), muszę robić to, czego chcą inni. Bliźni mają mnóstwo świetnych pomysłów na to, jak zagospodarować mój czas. Tracę go więc bezpowrotnie, przyczyniając się w ten prosty sposób do sukcesów różnych stowarzyszeń, polityków, szkół, domów kultury, klubów i redakcji, magistrantów, doktorantów, uczestników olimpiad przedmiotowych, mediów, dyrektorów, początkujących poetów i charyzmatycznych duszpasterzy oraz Urzędu Skarbowego. Czas mój więc, jak powiadam, tracę, i nic mi nie pomaga świadomość, że zdarza się, iż dokonuję czegoś pożytecznego. Pożytek byłby zapewne większy, gdybym jednak zajęła się własną pracą.

Choć przytłoczona, nie poddaję się przecież łatwo i - choćby po pół dnia! - wymykam się nadal na moją działkę. (Jest tam teraz mnóstwo roboty z cebulkami tulipanów i lilii, poza tym są do obejrzenia, ze szczytu wzgórza, korony drzew w rezerwacie bukowym. Jeśli Was interesuje, jak wyglądają buki na przełomie września i października, to Wam powiem: wyglądają bajecznie!) Na czekoladę złapały się dwie myszy. Żałosny widok. Dławiąc w sobie wyrzuty sumienia, założyłam rękawice ogrodnicze i wyniosłam pełne pułapki do kubła na śmieci, ku wielkiej uciesze sąsiadów, którzy preferują inny system: wyrzucają tylko mysz, a pułapkę zastawiają ponownie. Na moim wiejskim stole wciąż leżą stosy papierzysk! - wśród nich wielkie pudło z listami sprzed wakacji. Zamierzałam odpisać na wszystkie przez lato, ale nie zdążyłam, bo tempo 5 listów dziennie okazało się niewystarczające. Tymczasem w miejskim domu, na biurku, narósł przez wakacje olbrzymi stos nowych listów. Załamałam się. Ogłaszam niniejszym, że nie jestem już w stanie odpowiedzieć na wszystkie, zwłaszcza, że muszę koniecznie zaczynać nową powieść. Kiedy byłam młodsza, zarywałam noce, żeby odpisać każdemu. Ale teraz już nie daję rady! - proszę mi to wybaczyć. Zapewniam natomiast, że czytam absolutnie wszystkie listy, jakie do mnie przychodzą, cieszę się nimi z całego serca, pasjonuję się i wzruszam! - a jakże by miało być inaczej, skoro każdy list - to odrębna, fascynująca opowieść - czyjaś historia, czyjś portret. A każda historia zawiera w sobie kolejną historię - a ta kolejna - następną...

Oto, na przykład, list pani Anny Modrzejewskiej z Warszawy:

Sądzę, że trafiłam na ślad Bronisława Gałczyńskiego, bohatera 82. odcinka Pani "Frywolitek", w "Dziennikach" Marii Dąbrowskiej (Czytelnik, 1988). Matka pisarki - Ludomira Szumska była z domu Gałczyńska (nic nie wskazuje na pokrewieństwo z K. I. Gałczyńskim). Z porównania notek biograficznych wynika, że Bronisław Gałczyński to bratanek matki, syn także Bronisława, a więc wujeczny brat pisarki. Maria Dąbrowska bywała w Piasecznie, są o tym wzmianki w "Dziennikach", a także fotografie domu, ogrodu, członków rodziny, więc mogłaby Pani porównać je z tymi w książeczce o różach. Być może nie pamiętałabym o tych rodzinnych koneksjach Dąbrowskiej, gdyby nie Halinka Kozikowska, prawnuczka Bronisława, której byłam wychowawczynią i polonistką w warszawskim VI Liceum Ogólnokształcącym im. Tadeusza Reytana, w latach 1981-83. Później Halinka i jej brat Bronek (jak widać, imię rodzinne), po tragicznej śmierci matki - Anny Kozikowskiej wyjechali do ojca do USA i jeszcze przez pewien czas miałam z nią kontakt listowny. Po jakimś czasie wróciła do Polski, podjęła studia na Uniwersytecie Warszawskim (psychologia? socjologia?) chyba u schyłku lat osiemdziesiątych, wreszcie zniknęła mi całkiem z oczu, nawet nie wiem, czy mieszka w Polsce.

Owa Halinka to bardzo interesujący człowiek, już w I klasie liceum wydała mi się dojrzała i samodzielna, otwarta, śmiała, rzeczowa, o pogodnym usposobieniu, ale nie lekkomyślna. Dziadkowie Halinki - pp. Carinkowie mieszkali nadal w Piasecznie, skąd wniosek, że przynajmniej w jakiejś mierze dom i ogród należały ciągle do rodziny (pani Carinkowa to córka Bronisława Gałczyńskiego, autora broszury o różach) i być może w nie tak bardzo zmienionym kształcie. Była do nich ogromnie przywiązana, a po śmierci matki, zanim rodzeństwo wyjechało do Stanów, babcia sprowadziła się do nich na Stegny i opiekowała się nimi. W "Dziennikach" jest fotografia pp. Carinków z córkami, jeszcze małymi dziewczynkami - pisze pani Modrzejewska.

A więc trafiłam dzięki Pani na ślad owej dziewczynki w jasnej sukience, z kokardą, stojącej w głębi pięknego rozarium pana Gałczyńskiego! - jak to dobrze wiedzieć, że dziewczynka przeżyła wojnę, wyszła za mąż, miała dzieci i wnuki! Droga Pani Anno - bardzo dziękuję za ten piękny list, z którego fragment jedynie zacytowałam. Bardzo jestem Pani wdzięczna za ciepłe słowa i za zainteresowanie. Gdyby nie Pani, nie wpadłabym nigdy na ten trop: "Dzienniki" Dąbrowskiej mam, ale są to te cztery tomy, wydane przez "Czytelnika" w roku 1996. Wydanie z roku 1988 obejmuje lata wcześniejsze, przedwojenne. W tych, które mam, nazwisko Bronisława Gałczyńskiego występuje dwukrotnie (sprawdziłam to właśnie w indeksie nazwisk), ale zaledwie w formie wzmianki.

Te papierowe góry na obu moich biurkach są, rzecz jasna, przejrzane bardzo starannie, a listy posegregowane i opatrzone notatkami. Rzecz ciekawa, jak wiele osób dorosłych pisze do "Frywolitek" - choć przecież rubryczka nasza, z założenia beztroska, przeznaczona jest dla młodzieży. Zdaje mi się jednak, że rozsadziliśmy wyznaczone nam ramy (stały motyw mojego losu), bo ta kolekcja listów (przeważają wśród nich głosy czytelnicze na temat "Jeżycjady") zawiera też mnóstwo spraw poważnych. Na przykład:

Ogromnie ucieszył mnie fakt, że zachwyciła się Pani "Chwałą córy królewskiej", podobnie jak ja na początku lat 60. (za pierwszym razem i za każdym kolejnym!). Chyba żadna inna książka tego autora nie może się z nią równać. Nie znam wszystkich, ale tak mi się wydaje. Tyle ciepła i tyle humoru! (Ten marynarz nie umiejący żałować, że nie żałuje, ten chór "Kogutów i kurek" panny O’Hara...) Tak się składa, że oboje z mężem jesteśmy emerytowanymi skrzypkami krakowskiej Filharmonii. Kiedy na wspólnych z chórem próbach coś nie wychodziło, mrugaliśmy do siebie i mówiliśmy: Panna O’Hara się kłania. Ale, ale, nie po to piszę, żeby dzielić się uwagami na temat tej książki. Ciekawa jestem po prostu bardzo, czy zna Pani inną, którą ja stawiam na równi z tą. Jest to książka Cronina "Klucze królestwa". Na samo jej wspomnienie ciepła fala podchodzi pod moje emeryckie serce... Cudowna, wspaniała! No, może humoru w niej mniej (chociaż jest, taki misyjno-ekumeniczny...), ale poza tym! Gorąco polecam, jeżeli przypadkiem jeszcze jej Pani nie czytała. Moja rodzina jest w posiadaniu bardzo starego wydania (nie pamiętam roku), nie wiem, czy były wznowienia.

I wreszcie trzecia sprawa, która jak Filip z konopi wyskoczyła dzięki dwóm pierwszym. I znowu pytanie: czy słyszała Pani o ks. jezuicie Władysławie Gurgaczu? W "Tygodniku Powszechnym" ileś numerów do tyłu (nie mogę sprawdzić, jestem na wakacjach), pan Rodziński, pisząc o telewizyjnym filmie dokumentalnym na temat procesów politycznych okresu stalinowskiego, krytykował autorów za brak relacji z procesu księdza Gurgacza, jedynego księdza skazanego wtedy na śmierć, na którym wyrok ten wykonano (14 IX 1949, w więzieniu na Montelupich w Krakowie). Z tekstu tego wynikało, że p. Rodziński raczej nie wiedział o tym, iż w II obiegu jeszcze w 1988 roku ukazała się książka o ks. Gurgaczu (i "...jam to, nie chwaląc się, sprawiła", jakby powiedział pan Zagłoba), zaś 2 marca bieżącego roku jedna z audycji "Rewizji nadzwyczajnej" była jego osobie poświęcona. Jednak prawdą jest (niestety!), że wiedza o tym bohaterskim księdzu, kapelanie niepodległościowego oddziału partyzanckiego w latach 1948-1949 - jest prawie żadna! Jezuici dopiero w tym roku zdecydowali się na oficjalne wydanie książki, przyjęta została do druku w WAM. Spowodowane to było między innymi tym, że dla bezpieczeństwa zakonu ks. Gurgacz został z niego fikcyjnie wyłączony, a potem konfratrzy długo czekali aż jego "kult" rozwinie się i umocni w kręgach kombatancko-więźniarskich.

Od 1989 roku odbywają się rokrocznie modlitewne spotkania przy grobie księdza, uważany jest przez b. więźniów za Patrona, w Krynicy i Nowym Sączu są już tablice mu poświęcone, książka zaś nosi tytuł: "Gurgacz - Popiełuszko lat stalinowskich"). Książka wyjdzie może jeszcze w tym roku, a na pewno w następnym, w którym wypada 50-lecie śmierci - pisze pani Danuta Suchorowska-Śliwińska. Felieton o książce Bruce Marshalla "Chwała córy królewskiej ("F" 81) spowodował falę głosów na ten temat. Napisały osoby młode niemłode i bardzo młode - a wszystkim podobała się ta powieść, niezależnie od tego, czy autor listu czytał ją już przed laty, czy - dopiero po nią sięgnął, pod wpływem felietonu. Pan Józef Krupa z Katowic pisze:

Chociaż mam już 72 lata i raczej powinienem zająć się rachunkiem sumienia za cały przeżyty okres, moim chyba dozgonnym zainteresowaniem są książki. Pasja czytania (od 5 roku życia) nie opuszcza mnie i chociaż emeryt, jak to emeryt, ma ograniczone możliwości wydawania pieniędzy na kupno nowości - nie mogę odejść od wystawy księgarni, żeby czegoś nie kupić. Uskładała się wspaniała biblioteka, którą teraz mam zamiar posegregować, nareszcie ułożyć, część oddać do biblioteki szkolnej, a resztą sycić się, aż tchu zabraknie. (...) Od początku ukazywania się w "TP" - "Frywolitek" - jestem ich stałym czytelnikiem. Dużo książek, o których Pani pisze, albo czytałem, albo je mam w bibliotece. "Chwałę córy królewskiej" czytałem już w 1950 roku. Mam wydanie I z roku 1950, z piękną przedmową X. Eugeniusza Dąbrowskiego napisaną 24 IX 1949. (...) Czy Sz. Pani czytała "Klucze królestwa" Cronina? A czy Pani wie, że ta właśnie książka jest powodem napisania "Chwały córy królewskiej"? Wspomina o tym właśnie X. Dąbrowski w swej przedmowie pisząc: "Obraz katolickiego życia Szkocji podany przez Cronina w »Kluczach królestwa« nie zadowolił Marshalla. Gdy wspomniał o tym swej żonie, ta odrzekła: »Mógłbyś napisać coś lepszego«. Rezultatem tej rozmowy jest właśnie »Chwała...«. (...) Z "Kluczy królestwa" utkwiły mi w pamięci zdania: »Wiernie przyrzekam dzielnie stawić opór wszelkiej głupocie, bigoterii i okrucieństwu. Najwyższą cnotą jest tolerancja. Za nią kroczy pokora«."

Panie Józefie, serdecznie dziękuję za oba piękne listy, z których fragmenty połączyłam tu w cytacie. Żałuję, że nie starczy mi miejsca na więcej! (jak smakowicie opisuje Pan, na przykład, tę swoją wspaniałą bibliotekę!)

Miejsca zostało tylko tyle, by podziękować nieśmiałej Ani, studiującej na I roku historii UJ w Krakowie. Na karcie z reprodukcją "La Classe de dance" Degasa napisała Ania tyle miłych rzeczy! - a tymczasem w powodzi papierów zaginęła mi koperta z jej adresem zwrotnym i nie mogę napisać listu z zapewnieniem, że absolutnie warto przełamywać nieśmiałość i zwracać się do ludzi z wyrazami przyjaźni czy sympatii!

Wszystkich Was bardzo serdecznie pozdrawiam i za wszystko dziękuję -

Wasza

Małgorzata Musierowicz



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: korespondencja list emeryt ksiażka czytelnictwo
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W