Benedyktyński opat z Góry Syjon w Jerozolimie, Nikodemus Schnabel, mówi włoskiej agencji SIR, że pomimo wojny i ostrzałów związanych z wojną na Bliskim Wschodzie ojcowie pozostaną w tym miejscu, aby służyć. Przypomina benedyktyński ślub stałości, który dziś przekłada się na jasny wybór: „nie uciekać, lecz pozostać przy ludziach”.
Obecność benedyktynów w miejscach naznaczonych przemocą nie jest czymś niezwykłym w historii zakonu. W rozmowie z agencją SIR opat przywołuje przykład klasztoru na Monte Cassino, zniszczonego podczas II wojny światowej, dziś otoczonego cmentarzami wojennymi.
Gdy przychodzi wojna – nie uciekamy
„Klasztory benedyktyńskie często powstają w miejscach zranionych przez historię. Ziemia Święta również jest głęboko zraniona. Właśnie tutaj ślub stałości staje się znakiem: gdy przychodzi wojna, nie uciekamy - pozostajemy” – mówi o. Nikodemus Schnabel.
Ten rys powołania benedyktyńskiego – stałość – dziś bardziej niż kiedykolwiek staje się konkretnym znakiem dla ludności żyjącej w realiach toczącego się konfliktu.
„Kiedy ktoś zostaje franciszkaninem lub dominikaninem, wstępuje do zakonu obecnego na całym świecie. Natomiast benedyktyn puka do drzwi konkretnego klasztoru. Wybiera jedno miejsce i obiecuje służyć Bogu właśnie tam przez całe życie”.
Dodaje, że wielu współbraci odwołało swoje zaplanowane wyjazdy za granicę, na konferencje i inne wydarzenia, aby pozostać na miejscu i wspierać ludzi, którzy są obok.
Modlitwa wśród syren alarmowych
Wspólnota monastyczna w Ziemi Świętej ma swoją siedzibę w opactwie Zaśnięcia Maryi na Górze Syjon w Jerozolimie oraz w przeoracie Tabgha, na północnym brzegu Jeziora Tyberiadzkiego, gdzie znajduje się Sanktuarium Rozmnożenia Chleba i Ryb.
Pomimo napiętej sytuacji wiele osób nadal uczestniczy w nabożeństwach. Klasztor stał się także realnym schronieniem dla tych, którzy utknęli w kraju.
„Przyjęliśmy pielgrzymów, którzy nie mogli wyjechać, ponieważ odwołano loty. W tej chwili nasz dom stał się również miejscem ochrony” - mówi opat niemieckiego pochodzenia. Podobnie było w Tabgha, gdzie na początku wojny przebywały grupy pielgrzymów. „Współbracia przyjęli dziesiątki osób do schronów podczas alarmów”.
Przesłaniem, które mnisi chcą dawać, jest chrześcijańska nadzieja. „Widzimy wokół nas zniszczenie i śmierć. Ale wiara mówi nam, że krzyż nie ma ostatniego słowa. Wierzymy w Zmartwychwstanie i możliwość nowego początku”. Dlatego wspólnota decyduje się pozostać blisko ludzi. „Chcemy dzielić rany tej ziemi i zanosić je do Boga” – mówi agencji SIR opat Schnabel.
Źródło: vaticannews.va/pl