Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao



Z profesorem Krzysztofem Michalskim, dyrektorem Wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku, rozmawia Jarosław Makowski

CZAS I ŻYCIE TO JEDNO


Jarosław Makowski: - W rozmowach, które każdego dnia przeprowadzamy, niewiele jest tematów podejmowanych równie często, jak zagadnienie czasu. Możemy usłyszeć: "goni mnie czas", "nie mam czasu", "czas mi się kończy". Podobnie my: ustaliliśmy konkretny czas tej rozmowy. Potrafimy poruszać się w czasie i jakoś go odmierzać. Czy możemy jednak dokładnie powiedzieć, czym jest czas?

KRZYSZTOF MICHALSKI: - Zagadnienie czasu jest tak fascynujące, gdyż nie jest to tylko problem biologów, fizyków, filozofów i historyków filozofii. Także świętym, także poetom, także zwykłym śmiertelnikom problem czasu nie daje spokoju. Naukowe czy filozoficzne dyskusje na jego temat budzą dużo szersze zainteresowanie niż dyskusje na temat innych pojęć - jest w tym pojęciu coś, co uwiera, coś niepokojącego - także dla tych spośród nas, którzy nie potrafią ukryć tego niepokoju za chmurą uczonych pojęć i matematycznych formuł.

Droga przez ciemność

- Dlaczego pojęcie czasu uwiera i niepokoi człowieka bardziej niż inne?

- Składa się na to wiele przyczyn. Wiele z nich wiąże się z epoką, w jakiej żyjemy, kulturą, która układa nasze pojęcia w ten, a nie inny porządek: pytanie o czas pojawia się naturalnie w całkowicie innej formie, ba - co innego znaczy - dla człowieka nowoczesnego i dla sąsiada Sokratesa w Atenach, dla Azteka przed Cortezem i dla tkwiącego w korku na kalifornijskiej autostradzie specjalisty od komputerów. Przerażenie nowoczesnego człowieka nieskończonością czasu i przestrzeni, tak wspaniale ujęte w słowa przez Pascala, byłoby całkowicie niezrozumiale dla starożytnego Greka, dla którego upływ dni był rytmem dobrze odmierzonego, skończonego porządku rzeczy. Sądzę jednak, że problem czasu jest fascynujący dla tak wielu przede wszystkim dlatego, że - bez względu na to, co filozofowie, biolodzy czy fizycy mają do powiedzenia o czasie w ogóle - dla pana i dla mnie, dla każdego człowieka, czas kiedyś się kończy. Problem czasu nas niepokoi - bo umieramy.

Śmierć natomiast nie jest po prostu jednym z wielu fenomenów ludzkiego życia, nie jest czymś podobnym do przełykania czy oddawania moczu. Każdy moment życia brzemienny jest śmiercią, możliwości śmierci nie da się z życia usunąć. A więc nie da się usunąć także i horroru nierozerwalnie z nią związanego, tak różnego od wszystkich innych obaw i dlatego tak niezrozumiałego, tajemniczego.

Co znaczy: zagadka śmierci jest dla nas zarazem zagadką życia? Ów tajemniczy i przerażający znak zapytania, jakim jest dla nas śmierć, jest zarazem znakiem zapytania, jakim jest życie, życie każdego z nas. Horror śmierci stawia nas przed problemem sensu własnego życia. Czy inaczej: horror śmierci zdziera zasłony, jakimi przykrywają nasze życie zrośnięte z nim zwyczaje, symulujące wiecznotrwałość społeczne instytucje, skrzepnięte w ciągłym użyciu pojęcia - i odsłania żywe, bolące mięso ludzkiego życia, które jest: problematyczne, niepewne, ryzykowne. Odsłania życie jako ciągle nowy początek, jako stale na nowo stawiane pytanie: co dalej?

Ludzkie życie nie jest dającą się przewidzieć zmianą. Nie jest następstwem dających się bez reszty powiązać (a więc i przewidzieć) zdarzeń. Splot wydarzeń, jakim jest życie każdego z nas, nie jest jednoznacznie związany i nikt, żaden geniusz, żaden Aleksander czy Tezeusz, nie potrafi go rozwiązać. W każdym jego momencie zaczynamy życie na nowo - a więc kolejny krok jest krokiem w ciemność i chłód, ryzykiem utraty wszystkiego, całego zbudowanego dotychczasowym wysiłkiem sensu, całego ciepła oswojonej dotąd rzeczywistości. Ale i szansą na nowe, na sens dotąd nieznany. Horror, jaki budzi ta perspektywa ciemności i zimna otwierająca się w każdym nowym momencie życia, jest zarazem nierozdzielnie połączony z oczekiwaniem nowej, nieznanej jeszcze radości, czy - jeśli pan chce - z nadzieją.

Tyle że nadzieja ta nie ma nic wspólnego ze spokojnym, pewnym siebie oczekiwaniem, aż dojrzały owoc spadnie mi do wyciągniętej ręki, nic wspólnego z satysfakcjonującą pewnością, że jeśli pośle się dziecko do Harvardu, to dostanie ono później dobrą pracę, nic wspólnego z zadowoleniem, jakie wypełnia posłusznego żołnierza wiary w (złudnym) oczekiwaniu gwarantowanej nagrody wiecznego zbawienia. Droga do nadziei prowadzi przez ciemność, powiedział kiedyś Papież, dyskutując z księdzem Tischnerem o filozofii Emmanuela Lévinasa - i choć to było kilkanaście lat temu, pamiętam te słowa, jakby to było dzisiaj, tak głęboko zapadły mi w serce.

Czas jest więc tak interesujący także dlatego - a może nawet przede wszystkim dlatego - że tajemnica czasu to tajemnica życia. Tajemnica, a nie rozwiązywalna (choćby nie wiem z jakim trudem) zagadka; bowiem to właśnie w tej tajemnicy - w fakcie, że życie przemija, że kiedyś umrzemy - wychodzi na jaw życie, jakie jest.

Nic jednak dziwnego, że mało kto chce się pogodzić z taką diagnozą: w końcu perspektywa, że ktoś (choćby nawet była to śmierć) zedrze ze mnie ubranie (i to jeszcze ze skórą) pod pretekstem, że to tylko przebranie czy zasłona, perspektywa taka nie jest specjalnie zachęcająca. Nic dziwnego, że tak często staramy się oddzielić horror od nadziei, ciemność (jako tymczasową, przemijającą) od światła (czekającego na końcu tunelu), że staramy się zinterpretować nadzieję jako uspokajającą pewność, że w końcu dojrzałe jabłko spadnie mi (jednak) do ręki. Krótko mówiąc: nic dziwnego, że na tajemnice czasu, tajemnice życia reagujemy ucieczką.

oczekiwanie

- Dokąd...?

- Dokąd się da. Najłatwiej po prostu nie myśleć o tym wszystkim. Myśleć o czymś innym. Ale to nie wystarcza: tak naprawdę ważne jest nie co kto myśli, lecz jak kto żyje. Zajmujemy się więc czymś innym. W nieświadomym często przerażeniu otchłanią, jaka otwiera się nam pod nogami, w każdym kolejnym kroku życia uciekamy w intensywność zajęć, pod ochronę społecznych instytucji: w oglądanie telewizji, uprawianie matematyki, bigoterie. Byle nie zostać sam na sam z pustym czasem. Byle nie zostać oko w oko z czasem, niczym więcej: to znaczy ze śmiercią, z życiem, jakie jest.

Naturalnie te parę tysięcy lat ludzkiej myśli, jakie mamy za sobą, zbudowało nam także wiele szerokich dróg, kuszących do ucieczki. Klasyczną taką drogą jest ucieczka w wieczność. Bo czy można zrozumieć - nauczyliśmy się pytać - skończoność życia bez odwołania się do nieskończoności? Z pewnością pan pamięta, z jaką siłą przemawia ten prastary argument ze stron Kartezjańskich "Medytacji": to prawda, pisze Kartezjusz, człowiek jest istotą skończoną i przez to śmiertelną i ułomną - ale czy potrafilibyśmy to zrozumieć, jeśli nie mielibyśmy ukrytej w głębi umysłu (czy może, skoryguje go później Pascal, w głębi serca) idei nieskończoności? Czy można zrozumieć śmierć bez wiedzy o tym, co się nie kończy? Czy nie jest tak, że już sam wysiłek rozumienia, czym jest śmierć, kryje w sobie założenie, oczekiwanie (choćby tylko było to marzenie, sen) czegoś, co się nie kończy? Oczekiwanie wieczności?

- Człowiek nie chce się pogodzić z tym, aby śmierć miała głos decydujący, pragnie ją unicestwić, żyje nadzieją, iż istnieje owo "gdzie indziej"...

- Śmierci unicestwić się nie da, żadna nadzieja nie zdoła tego zrobić. Horror, jaki wielu z nas ogarnia w obliczu śmierci, nie jest wynikiem ignorancji: nie ma pan co czekać na lekarza, nauczyciela, księdza, który wytłumaczy, że wszystko to nie takie straszne, że jakoś tam będzie. Nikt taki nie przyjdzie: nie jest pan już dzieckiem, jest pan dorosły i pana odpowiedzialnością jest widzieć świat, jaki jest, a nie udawać dziecko bądź chować głowę w piasek. Czy pamięta pan przedśmiertny krzyk Jezusa na krzyżu? Czy pamięta pan Jego skargę: "Eli, Eli, la´ma sa-bachtha´ni? - Boże, Boże, dlaczegoś mnie opuścił?". W tym krzyku, w tej skardze, Chrystus daje świadectwo swojemu człowieczeństwu: tej strasznej, nieusuwalnej niepewności w obliczu śmierci, niepewności zbawienia, horroru wobec pozbawionej Boga nicości. Jeśli on - Bóg, który stał się człowiekiem - w obliczu śmierci czuł się opuszczony, samotny w swym przerażeniu przed niewiadomym, przed nicością - to jak pan czy ja możemy liczyć na spokój oparty na rzekomo solidnych instytucjonalnych gwarancjach?

Przedśmiertny krzyk Chrystusa: czy nie odkrywa on, brutalnie i skutecznie, nicości naszych wysiłków ukrycia się w swojskich pojęciach, zabawach, troskach? Naszych starań, by znaleźć ciepłe miejsce i zasnąć, zapomnieć? "Chrystus będzie leżał w agonii do końca świata - napisał kiedyś Pascal - nie można zasnąć aż do tego czasu".

A jednak nie oznacza to rozpaczy, nie wyklucza nadziei. Wręcz przeciwnie: to dopiero problematyczne, ryzykowne, pełne cierpienia i zmierzające nieuchronnie do śmierci życie (życie jako czas) może być źródłem nadziei. Nadzieja nie musi być przecież nadzieją smarkacza. To nie oparta na rzekomo solidnych przesłankach ("biskup Iksiński powiedział") przepowiednia, że wszystko będzie (kiedyś) dobrze. To ufność nie wykluczająca niepewności, lecz zakładająca ją; nie bez racji myśliciele, którzy starali się ująć ją w słowa, mówili raczej o "miłości" niż o "wiedzy", raczej o "sercu" niż o "rozumie". Wpadali przez to niekiedy w inną pojęciową pułapkę, sprawiając wrażenie, że miłość - to nie wiedza, serce - to nie rozum (tak jakby za wszystkimi tymi rzeczownikami kryły się rzeczy tak różne od siebie nawzajem jak jabłka, orzechy i pióra). Tak naturalnie nie jest i jeśli związany pan jest erotycznym węzłem z jakimś innym człowiekiem (naturalnie mam na myśli związek uświęcony małżeństwem z dorosłą osobą płci odmiennej), wie pan, o czym mówię.

Horror śmierci nie wyklucza więc nadziei, lecz jest jej warunkiem; ale jakże trudno to zrozumieć! Jak trudno zrozumieć, że nadzieja - nadzieja chrześcijanina na zbawienie, nadzieja uczonego na odkrycie prawdy, nadzieja mędrca na spokój duszy, na "serenité" - nie likwiduje warunkującego ją horroru; że zbawienie nie dowodzi, iż nie trzeba było krzyczeć; że prawda nie pozwala zapomnieć czasu jej poszukiwania; że spokój duszy nie leczy z niepewności, ryzyka i cierpienia. A jednak: krzyk przerażenia i nadzieja, czas i wieczność - to nie dające się usunąć, wyeliminować, zaprzeczyć czy zredukować bieguny tego samego, naszego życia.

myślenie ze środka czasu

- Na czym więc polega to napięcie pomiędzy czasem, który się kończy, czyli moją śmiercią, a tym, co się nie kończy, czyli wiecznością?

- Zrozumieć napięcie między wiecznością a czasem: to zadanie, ujęte w różne słowa, które stawiali sobie ludzie myślący odkąd pamiętamy. Wysiłek zrozumienia, na czym polega tajemnica Trójcy Świętej czy tajemnica uczłowieczenia Boga w Chrystusie i, z drugiej strony, Nietzschego refleksja nad niezgłębioną (i nie dającą się zgłębić) zagadką czasu, co jest zarazem przemijaniem i wiecznym powrotem czy Heideggerowska wizja czasu jako istnienia - to próby (obok, naturalnie, wielu innych) rozwiązania tego zadania. Wydaje mi się, że sedno sprawy leży właśnie w pełnym napięcia zespoleniu wieczności i czasu - a wiec oddzielając wieczność od czasu, ujmując je jako dwa niezależne od siebie pojęcia, wylewamy dziecko z kąpielą, eliminujemy - w poszukiwaniu rzekomej jasności - problem, z którym chcieliśmy sobie dać radę.

Oddzielona od czasu wieczność połyka, anihiluje czas; z jej perspektywy czas okazuje się złudzeniem. Co, naturalnie, jest bardzo pocieszające: jeśli czas jest złudzeniem, to i śmierć jest złudzeniem, to śmierci nie ma. To, co naprawdę jest - to wieczność. Wielu filozofów próbowało ująć w taki pojęciowy schemat doświadczenia mistyka w zmysłowej unii z Bogiem czy matematyka odkrywającego idealne, bo niezależne od czasu i miejsca swego odkrycia i zastosowania, struktury. Powstała starożytna wizja niewzruszonej harmonii niebieskiej czy wreszcie chrześcijańskie marzenie o Niebie, tym radykalnym "gdzie indziej", radykalnym "potem". Z punktu widzenia jakkolwiek rozumianej wieczności - niezmiennych, wiecznych struktur, które rzekomo nadają sens temu, co przemija - i śmierć nabiera jednoznacznego sensu, traci swą tajemniczość, a więc i swój horror. Nonsens, dziecinada, tchórzostwo.

Z kolei czas oddzielony od wieczności to nihilizm: wszystko staje się na równi niezrozumiałe i przez to obojętne, horror śmierci przestaje być czymś zasadniczo różnym od strachu przed egzaminem. Głowa pod poduszką.

W rzeczywistości "czas" i "wieczność" to dwie strony tego samego: ludzkiego życia. Zaakceptować to twierdzenie to zarazem zaakceptować fakt, że nasze własne życie pozostanie dla nas zawsze, do pewnego stopnia, tajemnicą - że jest nieuleczalnie problematyczne, ryzykowne, pełne horroru, na który nie ma lekarstwa i nadziei, co nie da się ani rozczarować, ani uzasadnić.

- Zbliża się rok 2000. Na łamach "Tygodnika" pisał Pan o Roku Jubileuszowym, a w Castel Gandolfo toczyła się na ten temat debata. W różnych miastach Europy zainstalowano zegary, które odmierzają dni pozostałe jeszcze do roku 2000. Skąd to nagłe zainteresowanie, to wzmożone oczekiwanie, jakby miało się wówczas wydarzyć coś szczególnego?

- To naturalnie w dużym stopniu kwestia konwencji. Oczywiście nie w każdym obecnie używanym kalendarzu za niespełna dwa lata rozpocznie się rok 2000. Nie w każdej kulturze i nie dla każdego ważne jest to, że ta liczba dzieli się przez 1000. Co oczywiście oznacza, że z faktu, że my - lub przynajmniej wielu z nas - uważamy nadejście roku 2000 za ważne, można się wiele o nas dowiedzieć, podobnie jak można się wiele dowiedzieć o innych kulturach ze sposobu, w jaki z kolei one mierzą czas.

Być może jednak kryje się tu jeszcze coś więcej. Coś więcej niż tylko dwutysięczne urodziny Chrystusa czy dwutysięczne urodziny chrześcijańskiego świata (choć to naturalnie też: dlaczego nie mielibyśmy obchodzić takich urodzin?). Być może w tej konwencji wychodzi na jaw właśnie ten wymiar czasu, o którym mówiłem wcześniej: wymiar czasu, niezręcznie i nieprecyzyjnie nazywany przez nas "wiecznością". Ukryta w czasie wieczność. Przecież "tysiąclecie" dlatego stało się dla nas tak ważne, że w Objawieniu św. Jana z Patmos tak długo właśnie ma trwać królestwo Chrystusa, by skończyć się katastrofą i sądem. Nasz czas się kończy, ostrzega nas św. Jan. Bądźcie tego świadomi, bądźcie czujni. Ale nie znaczy to, jak sądzę, że jeden z następnych momentów czasu będzie już ostatnim, że po którymś tam poniedziałku nie będzie już żadnego innego poniedziałku. Takie stwierdzenie nie miałoby sensu, żadne "dzisiaj" nie ma sensu bez "wczoraj" i "jutro", podobnie jak nie ma sensu twierdzenie, że jakaś liczba jest ostatnią. Słowo "chwila" oznacza, że jest też następna chwila i była jakaś poprzednia. Nasz czas nadchodzi - bowiem każda chwila naszego życia z osobna kryje w sobie wieczność, a więc śmierć, każda ludzka chwila odnosi do tego, co nieludzkie, co pozaludzkie i w tym sensie transcendentne, a więc do niewiedzy, ciemności, do nicości (wszystkiego, co możemy wiedzieć), do niewiadomego.

- Żyjemy w czasie i wiemy o tym. Każdy z nas podejmuje również wysiłek, aby z fenomenem czasu jakoś dać sobie radę. Czy - w perspektywie tego, co zostało tu powiedziane - pytanie o czas nie należy do tych pytań, które zawsze pozostaną zagadką i wyzwaniem; które nieustannie i na nowo będą dawać do myślenia?

- Naturalnie wiele problemów związanych z czasem - problemów dyskutowanych przez biologów, fizyków czy astronomów - da się rozwiązać. Termin "czas" jest w tych dyskusjach za każdym razem inaczej definiowany, umieszczany w innym kontekście, krótko mówiąc; za każdym razem oznacza co innego. Często, choć może nie zawsze, ten tak czy inaczej definiowany "czas" odnosi się w jakiś sposób do czasu naszego doświadczenia potocznego, do nie dającego się zdefiniować naukowo czasu naszego życia. Problem tego czasu zawsze, jak sadzę, pozostanie otwarty, nie da się go rozwiązać inaczej jak tylko żyjąc tak bądź inaczej, tylko życiem, na pewno nie słowami.

"Czas", "życie", "śmierć" - to pojęcia, które charakteryzują ludzką kondycję, ludzkie życie; problematyczne, ryzykowne, pełne cierpienia i nadziei, życie, jakie jest. Stąd czas nie jest problemem, który da się rozwiązać, tak jak da się, być może, rozwiązać problem produkcji nowych szarych komórek (poseł Grucha mógłby sobie wówczas zafundować drugą).

Istnieje w dzisiejszej kulturze tendencja do pomieszania tych dwóch - tak radykalnie rożnych - kategorii problemów. Kultura nowoczesna jest także, miedzy innymi - fascynującą próbą podbicia świata, próbą dania sobie ostatecznie rady z rzeczywistością. Próbą uczynienia ze świata rzeczywistości kompletnie plastycznej, zrobienia z niej gliny, co dałaby się formować zgodnie z naszą wolą. W rezultacie pozbylibyśmy się chorób, cierpienia, konfliktów, które nie dadzą się racjonalnie rozwiązać, różnic, co nie mają sensu. Śmierci.

Ale to nie jest możliwe. Ludzkie życie bez śmierci (i w związku z tym: bez cierpienia, nieracjonalnych konfliktów, niezrozumiałych różnic) to oksymoron. Nie damy sobie nigdy do końca rady z życiem, bo sami jesteśmy jego częścią; życie nigdy nie stanie się dla nas do końca przedmiotem, bo to my żyjemy. Nikt nie może żyć za mnie, tak jak nikt nie może za mnie umrzeć - a więc nie mogę swego własnego życia obserwować tak, jak obserwuję ruchy pantofelka pod mikroskopem.

Jeśli więc mam rację, że czas i życie to jedno, to czas zawsze pozostanie dla nas problemem. I zawsze będziemy chcieli na ten lub inny sposób od tego problemu uciec...


Krzysztof Michalski jest filozofem, od 1983 r. dyrektorem naukowym Wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku. Wykłada w Churchill College (Cambridge), na Uniwersytecie Wiedeńskim i Uniwersytecie w Bostonie. Wydał m.in.: "Heidegger i filozofia współczesna", "Logika i czas".


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć nihilizm Heidegger Kartezjusz nicość czas filozof fenomen Rok Jubileuszowy
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W