Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Marcin Król

Czesław Miłosz, czyli szlachetność mimo wszystko

Czesław Miłosz, którego podziwiam jak my wszyscy, zdecydował się opublikować swoją korespondencję z lat 1945-50. Krok to odważny, ale co się stało, to się nie odstanie i mimo pięknych wstępów Miłosza do poszczególnych bloków listów, musimy czytać je jako dokumenty świadczące o tamtej epoce i o ówczesnym życiu literackim oraz politycznym, także ich autora lub adresata. A lektura ta jest dla mnie, który wówczas był niemowlęciem, zaskakująca, a czasem zdumiewająca. Nie przez to, co w niej jest, bo jest wiele bardzo ciekawych rzeczy, lecz przez to, czego w niej nie ma.

Ja świetnie rozumiem, że była cenzura, chociaż nie jestem pewien, kto mógł cenzurować listy Miłosza pisane z Ameryki do Krońskich, mieszkających w Paryżu. Ja doskonale wiem, że po wojnie przyszedł czas na normalność i codzienne literackie zatrudnienia, ale czy w Polsce można było wtedy mówić o normalności? Wreszcie zdaję sobie sprawę, że człowiek nie może ciągle wspominać, rozpaczać i boleć, ale czy może w ogóle nie wspominać, rozpaczać i boleć?

Zastosujmy więc na moment wobec Miłosza takie postępowanie, jakbyśmy nie wiedzieli, jak wielkim jest poetą, jakbyśmy nie pamiętali setek strof, które towarzyszą nam w każdej chwili życia, jakby był ot, po prostu, jeszcze jednym literatem i intelektualistą, bezimiennym i niespecjalnie zasłużonym. Wtedy natychmiast pojawiają się rozliczne wątpliwości, a nawet powody do reakcji krytycznej i to ostrej, mimo słów, jakie we wstępie kieruje Miłosz do młodszych czytelników, z prośbą, by czytając ten zbiór listów uwzględniali okoliczności, w jakich one powstawały i były przesyłane.

psychologiczna ucieczka

Od razu powstaje problem cenzury. Wszyscy, którzy dzisiaj mają ponad 35 lat, wiedzą, jakie konsekwencje miało istnienie cenzury. Jednak wydaje się, że co najmniej do 1948 roku i po 1956 cenzura listów prywatnych, chociaż na pewno istniała, nie mogła być ani bardzo skuteczna, ani bardzo szkodliwa. Naturalnie nie należało pisać o rzeczach, które mogły prowadzić do spraw polityczno-karnych, ale było to chyba jedyne ograniczenie, oprócz samych nazwisk korespondentów. Istotnie nie byłoby rozumne wysyłanie normalną pocztą listów do Jerzego Giedroycia czy Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Ale to wszystko. Jakie konsekwencje mogła mieć cenzura dla takiej korespondencji, jaką między sobą wymieniali nieznany nam bliżej pisarz i Jerzy Andrzejewski? Praktycznie żadne. Wtedy, jak i później, praktycznie nic im się stać nie mogło.

Skoro tak, to zadajmy kilka pytań o to, czego w tej korespondencji, a także we wszystkich pozostałych listach nie ma. A nie ma wojny, nie ma wspomnień o kolegach i przyjaciołach, którzy zginęli, nie ma holocaustu i prawie nie ma władzy narzuconej Polsce przez Związek Radziecki, więcej - nie ma polityki. Pisarz wspomina, że do 1943 roku był w oparach polskiego wspólnotowego romantyzmu, podobnie jak jego o 10 lat młodsi koledzy-poeci. Potem dzięki pomocy różnych ludzi, a zwłaszcza Krońskiego, udało mu się z tych oparów wydostać. Jednak ani słowem nie wspomina, że owi o 10 lat młodsi koledzy (Baczyński, Gajcy itd.) zginęli co do jednego. Oczywiście korespondencja prywatna to nie lista martyrologii, ale rozsądnie można by oczekiwać, że świat sprzed kilku lat będzie przeżywany czy też chociaż wspominany. W. H. Auden, wielki poeta języka angielskiego, który z ramienia amerykańskich sił wojskowych dokonywał w 1945 roku oceny moralnych konsekwencji alianckich nalotów dywanowych, nie chciał nigdy potem mówić o tych okropnościach i tragediach, a tym bardziej używać swoich obserwacji jako tematu wierszy. To jest postawa w pełni zrozumiała, jednak znacznie mniej zrozumiałe jest po prostu wyparcie, zapomnienie, psychologiczna ucieczka.

W dużym bloku listów do i od Krońskich pisarz stosunkowo najwięcej zajmuje się problematyką "społeczno-polityczną", ale, co zaskakujące, są to dyskusje czysto teoretyczne, tak jakby nie było doskonale wiadomo, co się dzieje w Polsce i jakby można było nie widzieć, jaki jest koń. Zastanawiające jest przy tym, że w korespondencji tej nie ma ani śladu jeszcze uwag, które nasz pisarz zawarł w swojej nieco tylko późniejszej książce "Umysł zniewolony". Jak to zatem było, czy prawdziwa natura Andrzejewskiego i Krońskiego odkryła się przed nim dopiero po wyjeździe z Polski na stałe, czy też w listach do nich skrywał swoje przemyślenia?

Na tym tle nieco inny charakter ma korespondencja z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Fenomen Iwaszkiewicza będzie zapewne w Polsce długo jeszcze dyskutowany, ale ja mam pogląd jasny, pomijam jego zachowania publiczne, które zresztą rzadko były wyraźnie naganne, a wiem, że był wielkim poetą i nowelistą. Odmiennie niż nasz pisarz, sądzę, że także powojenne wiersze, choćby z tomu "Jutro żniwa", były także często znakomite. Należałoby niewątpliwie dokonać surowej selekcji utworów nieco zbyt szybko piszącego Iwaszkiewicza, ale jego ranga literacka jest nie do podważenia. Nasz pisarz też o tym wie i w korespondencji z Iwaszkiewiczem daje wyraz swojemu szacunkowi i podziwowi, a zarazem bardzo liczy się z jego zdaniem na temat własnych utworów, znacznie bardziej niż ze zdaniem innych ludzi. Jednak to w tej korespondencji pojawia się wiele może trafnych, ale bardzo okrutnych uwag na temat pisarzy, którzy zdecydowali się na emigrację, postanowili nie wracać do nowej Polski i weszli w polską społeczność emigracyjną. Szczególnie uderzają jednoznacznie krytyczne opinie na temat Lechonia i Wierzyńskiego. Każdy, kto znał polskie, londyńskie i amerykańskie środowisko literackie, a zdążyłem jeszcze wiele osób z tego świata poznać, wie znakomicie, jak bardzo zamknięte, zacięte i zawzięte były tam wzajemne stosunki, jaka była tam zawiść i zarazem pogarda wobec kultury w kraju i jaki brak akceptacji dla tych, którzy znaleźli się poza owym ogrodem zoologicznym. Jednak, jeżeli nawet nasz pisarz nie znał tragedii Lechonia, która miała zakończyć się samobójstwem kilka lat później, jeżeli nie chciał rozumieć niemocy twórczej Wierzyńskiego, która jednak pod koniec życia została przezwyciężona, to ten odruch lekceważenia wobec przecież bardzo wybitnych kolegów nie całkiem przystoi.

Mieszkanie, mieszkanie, mieszkanie

Skoro już mówimy o delikatnym naruszaniu pewnych reguł, to warto wydobyć nieco przerażające, a nieco szokujące wyznania Jerzego Andrzejewskiego, który z dużym talentem i uporem walczy o to, by nowa władza dała mu co najmniej pięciopokojowe mieszkanie i w końcu je uzyskuje, a przedtem bawi w Zakopanym, bawi w Krakowie, cieszy się sukcesami swojej ostatniej książki. Jakoś na tle tych wszystkich wymagań formułowanych w stosunku do nowej władzy, bo przecież przed wojną żadna władza nie przyznawała za darmo pisarzom mieszkań, idealizacja tej postawy zaprezentowana potem w "Umyśle zniewolonym", a także obecna w pisanych z rozmaitych okazji wspomnieniach Andrzejewskiego, wydaje się przesadna. Mieszkanie, mieszkanie, mieszkanie.

Podejmując jednak nieco poważniejszą problematykę, musimy przypomnieć, że nasz pisarz, podobnie jak jego korespondenci i przyjaciele, a także tylko znajomi z czasów młodości (jak Jerzy Putrament, chociaż nie wiem, czemu nasz pisarz tak wiele uwagi poświęca dobremu szlacheckiemu pochodzeniu Putramenta), mieli bardzo wiele do zarzucenia Polsce okresu międzywojennego. Najczęściej zresztą były to zarzuty trafne. Kiedy czytamy opublikowane niedawno dwa tomy korespondencji Jerzego Stempowskiego i Jerzego Giedroycia, to widzimy dokładnie, jak dla tych zrównoważonych i mądrych ludzi tamta Polska była krajem dalece niedoskonałym, a czasem trudnym do zniesienia. Ze wspomnień pokolenia moich rodziców także wiele się na ten temat dowiedziałem i można uznać za usprawiedliwione pierwsze złudne nadzieje, że nowa Polska będzie lepsza. Wszakże ktokolwiek patrzył i miał kontakty z opiniotwórczymi środowiskami w kraju i zagranicą, już w 1946, a najpóźniej 1947 roku wiedział, że były to iluzje, że po prostu przyszła władza radziecka, tu i ówdzie bardziej łagodna niż w wydaniu oryginalnym, ale jednak obca. Na tym tle nie należało oczywiście porzucać krytyki tego, co było złe w okresie międzywojennym, ale odruch niechęci do ówczesnego nacjonalizmu, szowinizmu i głupoty nie mógł stanowić już wytłumaczenia dla reakcji pozytywnej na nową władzę i nowe stosunki społeczne.

Poruszmy wreszcie problem ostatni. Nasz pisarz zdawał sobie doskonale sprawę, że gdyby pozostał w kraju, zostałby jakoś włączony w tryby działającej tam machiny, która zgrabnie wciągała jednego po drugim. Jednak jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że istniały i wtedy środowiska - wstyd mówić, "Tygodnik Powszechny" - które nie całkiem dały się wciągnąć i że stosunkowo spora grupa ludzi, prawda, że raczej mniejszość, przetrwała najcięższe czasy bez większych skaz. Jak widać, było można. W planie indywidualnym decyzję o pozostaniu na emigracji można znakomicie zrozumieć, także w planie indywidualnym artysty, który broni się przed presją i próbuje, skutecznie, zachować niezależność i wolność duchową. Jednak nie można na tej podstawie formułować jakichkolwiek sądów ogólniejszych, a w szczególności takich, jakie pojawiają się w stosunku do kolegów "z branży". Jak dzisiaj wiemy doskonale, w Polsce realnego socjalizmu

świat rzeczywisty

Proszę mnie dobrze zrozumieć. Nie mam najmniejszego zamiaru czepiać się Czesława Miłosza. W dodatku uwagi te nie są w najmniejszym stopniu formą oskarżenia, a już na pewno nie chciałbym mieć nic wspólnego z tak licznymi w dzisiejszej Polsce sędziami sumień i zachowań, którzy wszędzie, na całej przestrzeni lat 1945-89 węszą kolaborację, sprzedajność czy po prostu zniewolenie umysłu. Takie postępowanie wobec twórczości i osoby Czesława Miłosza byłoby po prostu paskudne. Skoro jednak listy te ukazały się, to stanowią dla każdego z nas znakomite świadectwo epoki. I pomijając fragmenty, kiedy w listach spotykamy znakomite uwagi na temat Ameryki, na temat literatury amerykańskiej i na wiele innych tematów - przecież autorami są ludzie wybitni - to zdumiewa, jak bardzo odległy był ich świat od świata rzeczywistego.

Wiem, że mnie i moim bliskim przyjaciołom było łatwiej. W końcu lat 60., kiedy zaczynaliśmy uczestniczyć w życiu publicznym i pisać, właściwie wszystko było jasne, a "Tygodnik Powszechny" był miejscem, które wybierać można było z całkowitą świadomością, dlaczego i po co. Wiem także, że po wojnie pisarz chciał pisać, a nie walczyć z ustrojem. Jednak nie jestem do końca w stanie zrozumieć, jak mogło było się udać to balansowanie na krawędzi. Miłosz widział niebezpieczeństwo i został za granicą. Iwaszkiewicz był bardzo szczególnym okazem, ale inni, inni, wszystkie te diabelsko-komiczne spekulacje Krońskiego, pycha Andrzejewskiego czy jednoznaczne politykierstwo Putramenta pozostawiają nas w stanie zdumienia i prawdę mówiąc pewnego niesmaku.

Na koniec trzeba dobitnie powiedzieć o jeszcze jednej sprawie, co do której mam bardzo stanowczy pogląd. Tylko idiota wiąże życie pisarza z jego twórczością, a w każdym razie tylko idiota może śledzić rysy lub załamania w twórczości artysty, po to, by je przypisywać jego niekoniecznie zawsze idealnej postawie publicznej. Wielkie dzieło i prywatno-publiczne życie pozostają bez związku. Jestem pewien, że po ukazaniu się tych listów powstanie wiele recenzji, których autorzy wezmą się za takie dłubanie w duszy, zamiast czytania wierszy i esejów. Ja, zaznaczam gromko, do nich nie należę i mam do nich stosunek jednoznacznie negatywny.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Jerzy Giedroyc listy korespondencja Czesław Miłosz Krońscy literat Jan Nowak-Jeziorański Jerzy Andrzejewski Jarosław Iwaszkiewicz Jerzy Putrament
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W