Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao
Okno jest otwarte

Jerzy Pilch

OKNO JEST OTWARTE

Kiedy przywoziłem ojcu książki z dedykacjami Turowicza, stary tracił zmysły. Wiele razy się to nie zdarzyło, bo tylko dwa razy, ale starczy.

Ojciec był generalnie nieprzychylny światu, dzięki wszakże słowu, ręce i długopisowi Jerzego Turowicza, co najmniej dwukrotnie, co najmniej dwukrotnie w życiu widziałem go w stanie strzelistej przychylności. Równie zresztą strzelistej, co powikłanej.

Jednego roku były to "Trzy ćwiartki wieku", rok później – "Kościół nie jest łodzią podwodną". Wchodziłem z książką do gabinetu Szefa, okno było szeroko otwarte, masy czerwcowego powietrza piętrzyły się nad dachami, Turowicz siedział za biurkiem w jasnopomarańczowej, spłowiałej koszuli z krótkimi rękawami, wyłuszczałem prośbę, podawałem imię i on pisał swoim słynnym charakterem pisma: "z okazji imienin, z wyrazami szacunku i serdecznymi życzeniami, podpis, Kraków, data". Potem zawoziłem ten oryginalny upominek do Wisły i stary, kompletnie porażony tym, że sam Redaktor Jerzy Turowicz personalnie się doń zwrócił, wpatrywał się w autografy cielęcym spojrzeniem. Ojciec mój – co rzadkie – był szczęśliwy, ojciec mój – co wykluczone – usiłował nawet w jakiś nieczytelny sposób okazywać wdzięczność. Harmonijna pełnia, a nawet pełna harmonia. To znaczy za pierwszym razem było harmonijnie do imentu, bo za drugim razem było już inaczej.

Z niejakimi oporami docierała do mnie świadomość, że moja rola kreatora, sprawcy imieninowych autografów jest wpierw umniejszana, potem likwidowana, potem, w jakiejś mierze, dezawuowana nawet. Proces ten zachodził powoli, ale niezbicie zachodził. Jakie powody? Co się stało? Co zaszło? Przypomniałem sobie. Przypomniałem sobie, że snując rozliczne, domowe opowieści i spostrzeżenia na temat Szefa, powiedziałem też kiedyś, że Turowicz to jest taki człowiek, co zawsze pamięta, kiedy kto ma imieniny albo urodziny. I teraz ta intencjonalnie sławiąca niezwykłą pamięć Szefa informacja powróciła osobliwym i osobistym rykoszetem: stary mój znienacka doszedł do wniosku, że po prostu Turowicz sam z siebie pamięta o jego święcie i rok w rok śle mu czułe dedykacje. Ojciec borykał się z nadmiernością własnej istotności przez kilka miesięcy, aż wreszcie spojrzał na mnie w charakterystyczny umniejszający sposób i powiedział: – "Muszę mu podziękować". Spojrzał z jeszcze większym umniejszeniem i dodał z naciskiem: – "Osobiście. Muszę mu podziękować osobiście". Pomocnicza funkcja pośrednika czy posłańca też została mi odjęta.

Jakie były dalsze ciągi tej historii, czy były w ogóle, na razie nie opowiem, bo na razie nie pora. Wtedy się nie spotkali, teraz, po śmierci Turowicza, obaj już nie żyją. Kto ma pewność, że zmarli mają wpływ i dalej nas prowadzą, wie, że pewność ta nie daje pociechy, choć daje rzecz znaczniejszą od pociechy: siłę rozpaczy.

Kiedy bez mała równo dziesięć lat temu przychodziłem do "Tygodnika", bałem się wszystkiego, najbardziej się bałem sławnych, mądrych starców, spośród nich najbardziej Jerzego Turowicza. Mieczysława Pszona trochę mniej się bałem, był w swojej rubaszności jakby przystępniejszy, wdałem się z nim w rozmowę, wydawało mi się, że przy nim mój strach jest trochę mniej paraliżujący, że może nie od razu się zbłaźnię, nie od razu ujawnię swą wszechstronną ignorancję. Dla pewności obróciłem rozmowę ku Wiśle, dość dobrze się czułem na tym gruncie, o protestanckiej Wiśle jąłem Pszonowi coś ze swadą prawić i zaraz się okazało, że on po wojnie ukrywał się w Wiśle, w związku z czym Wisłę lepiej zna ode mnie. Skala ich (sławnych, mądrych starców) doświadczenia, znajomości rzeczy, pamięci, była, jest niedościgła. A Turowicz wtedy, po pierwszym zebraniu podszedł i przywitał się ze mną.

Potem chyba z tysiąc albo dwa tysiące razy oglądałem tę scenę: ludzie nie wiedzieli, co zrobić, jak sprostać, jak wyrazić, jak stać, jak się zachować w swoim z nim witaniu, a on witał się z nimi, stosując typowy dla ludzkości zestaw gestów powitalnych. Na przykład: podawał rękę. Turowicz zresztą podawał rękę w dość specjalny sposób, gestem z lekka koszącym, wysoko unosił ramię, łokieć, jakby niekiedy specjalnie serdeczny lot chciał nadać wyciągniętej dłoni. Tak. Ludzie nieraz umierali z wrażenia, że on się z nimi wita, a on po prostu witał się z nimi. A teraz on umarł naprawdę i jak się witać z jego śmiercią?

Kiedy dziesięć lat temu zacząłem pisać do "Tygodnika", w niektórych pierwszych (zwłaszcza patetycznych) tekstach, może i z niejaką nadmiernością pożytkowałem sentymentalne zalety czasu teraźniejszego. Niech i teraz tak będzie. Upalne, czerwcowe powietrze przetacza się przez ulicę Wiślną, Jerzy Turowicz w płóciennej koszuli idzie do redakcji, mija młodą kobietę w jasnej sukience, ktoś mu się kłania, tramwaj rusza spod filharmonii, nad Plantami gołębie podnoszą samorzutną wrzawę, on otwiera bramę, ze spokojną lekkością wspina się po schodach, w pokojach, w boksach nikogo jeszcze nie ma, choć za chwilę zebranie. W jego gabinecie, do którego zaraz wejdzie, okno jest szeroko otwarte, upalny podmuch zrzuca kartkę z biurka...


opr. ab/ab



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: felieton Jerzy Turowicz przyjaciel Trzy ćwiartki wieku Kościół nie jest łodzią podwodną szef
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W