Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Michał Kuźmiński, Maciej Müller

Kapłaństwo mimo skazy

Niepełnosprawny może się ubiegać o normalną pracę, uprawiać sporty, wejść do urzędu, prowadzić samochód.
Ale do seminarium duchownego nadal prowadzą „trzy schodki”.

Marek Bałwas pierwszy raz zetknął się z niepełnosprawnymi, gdy w 1985 r. pojechał jako młody chłopak do Lichenia, pracować przy rozbudowie klasztoru. Obserwował opiekujących się nimi kleryków. To wtedy postanowił, że zostanie księdzem.

W seminarium od początku angażował się w pracę z niepełnosprawnymi. Podczas pobytu nad Bałtykiem wniósł do wody chłopca, który nie chodził. Pamięta, wciąż przejęty, jak chłopak się cieszył, jak się dziwił, że woda taka słona.

Jako ksiądz z pięcioletnim stażem był jednym z organizatorów Przystanku Jezus. Podczas kazania udało mu się namówić wielu młodych ludzi, by poszli do spowiedzi.

Trzy miesiące później, już po wypadku, pewna dziewczyna zwróciła mu w liście uwagę, że to mogła być zemsta szatana za tamte nawrócenia.

— Po lekturze listu poczułem się jak Hiob — opowiada ks. Bałwas. — Jakby mi diabeł powiedział: „Wychwalasz Boga i skaczesz z młodzieżą? Zobaczymy, co będzie, jak stracisz nogi”.

26 lutego 2003 r. jechali we czterech. Samochód dachował. Pozostali wyszli z wypadku bez większego uszczerbku. A ks. Bałwas doznał złamania kręgosłupa na odcinku piersiowym i uszkodzenia rdzenia kręgowego. Co oznaczało, że już nie będzie chodził.

Na zdjęciach, które umieszcza w serwisie Fotka.pl, widać szatyna ostrzyżonego na jeża, szczerzącego zęby w uśmiechu. Fotografuje się w ornacie albo nad jeziorem, zwykle z szeroko otwartymi ramionami. Jakby tym gestem przykrywał swój wózek.

Fotka.pl to serwis, który służy głównie nastolatkom do eksponowania swoich wdzięków, tymczasem na profilu ks. Marka roi się od podziękowań „za wyczesane rekolekcje”. Za zmianę w życiu. I za ten uśmiech. Margitaa pisze: „proboszczom doradzam, aby zapraszali ks. Marka. To najlepsze narzędzie, jakim Bóg się posłużył w staraniach o nasze dusze”.

— Pan dał, Pan zabrał, niech imię Jego będzie błogosławione — powtarza za Hiobem ks. Marek. — Teraz świadectwo o miłości Boga ma jeszcze większą siłę. Bo wózek ma taką „moc przekazu”, że to się w głowie nie mieści.

Na wózku z powołaniem

Ks. Bałwas jest jednym z księży, którzy utracili sprawność już po święceniach kapłańskich. Do bardziej znanych należy kard. Andrzej Deskur. I Jan Paweł II.

Ale odwrócenie sytuacji wcale nie jest oczywiste.

Gdy spisywano biblijną Księgę Kapłańską, uszczerbki na zdrowiu uważano za dyskwalifikujący znak od Boga. Bo Pismo św. wylicza, kto nie może złożyć ofiary przy ołtarzu Pana: „żaden człowiek, który ma skazę (...), ani niewidomy, ani chromy, ani mający zniekształconą twarz, ani kaleka, ani ten, który ma złamaną nogę albo rękę, ani garbaty, ani niedorozwinięty, ani ten, kto ma bielmo na oku, ani chory na świerzb, ani okryty liszajami, ani ten, kto ma zgniecione jądra” (Kpł 21, 16-21). Jak daleko jesteśmy od czasów Księgi Kapłańskiej, dobitnie pokazują inne fragmenty, dotyczące świętości kapłanów: „Jeżeli córka kapłana bezcześci siebie nierządem, bezcześci przez to swojego ojca. Będzie spalona w ogniu” (Kpł 21, 9). Z drugiej strony, redaktorzy Biblii Tysiąclecia opatrują pierwszy z cytowanych fragmentów zupełnie współczesnym śródtytułem. Brzmi on: „Kto jest niezdolny do kapłaństwa”.

Wyobraźmy sobie zatem niepełnosprawnego, który jest przekonany, że czuje powołanie. Może zobaczył w sieci zdjęcia ks. Bałwasa i przeczytał jego historię. Może nie czytał Księgi Kapłańskiej. I zapuka do drzwi seminarium — choć prowadzą tam „trzy schodki”.

Kodeks Prawa Kanonicznego, w części poświęconej warunkom dopuszczenia do święceń kapłańskich, stawia sprawę jasno: „Do święceń należy dopuszczać jedynie tych, którzy — według roztropnej oceny własnego biskupa albo kompetentnego przełożonego wyższego — po rozważeniu wszystkich okoliczności, mają nieskażoną wiarę, kierują się prawidłową intencją, posiadają wymaganą wiedzę, cieszą się dobrą opinią, mają nienaganne obyczaje, wypróbowane cnoty, jak również inne przymioty fizyczne i psychiczne odpowiadające przyjmowanemu święceniu” (kan. 1029; podkreślenie — red.). Dalej Kodeks wymaga od kandydata, by przedłożył zaświadczenie o stanie zdrowia fizycznego (kan. 1051).

Przyszły ksiądz ma być zdrowy i sprawny.

— Osoba na wózku, która nie ma władzy w nogach, jest bardzo sprawna — przekonuje Stanisław Gurba z Katolickiego Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych i Ich Przyjaciół „Klika”. — Nie potrzebuje wiele pomocy, tylko udogodnień architektonicznych. Potrafi zrobić wszystko wokół siebie, także pochylić nad chorym. Nie widzę powodu, żeby nie mogła zostać księdzem.

Rektor warszawskiego seminarium duchownego ks. prof. Krzysztof Pawlina zna ks. Marka Bałwasa. Ale nie zgadza się z opinią, że jest on żywym przykładem na to, iż niepełnosprawni mogliby być świetnymi kapłanami. — To fałszywie postawiona hipoteza — mówi. — Ks. Bałwas robi bardzo wiele dobrego. Ale proszę zwrócić uwagę, że gdy zdarzył się tamten wypadek, on kalectwo przyjął jako krzyż i pięknie posługuje pomimo swojej niepełnosprawności. Z czego bynajmniej nie można wysnuć wniosku, że każda osoba na wózku byłaby dobrym kapłanem.

— To, że posługuję jako kapłan na wózku, to zasługa Pana Boga — mówi ks. Bałwas. — Dziękuję Mu, że zostawił mi sprawną głowę i ręce, czyli to, co do kapłaństwa jest najbardziej potrzebne. Mogę sprawować Eucharystię, spowiadać, mówić kazania. Nie używając nóg, z Bożą i ludzką pomocą daję radę w mojej posłudze. Jednak droga do kapłaństwa dla osoby niepełnosprawnej jest niemożliwa — dodaje zupełnie zaskakująco, ale z przekonaniem. — Chociażby dlatego, że w momencie święceń trzeba przecież leżeć na posadzce. To gest, który nie jest istotą kapłaństwa. Ale w historii Kościoła, od czasów Pana Jezusa, nie dopuszcza się do święceń kapłańskich osoby z uszczerbkiem na zdrowiu. Czy to niesprawiedliwe? Broń Boże.

Służyć
także nogami

Bawer Aondo-Akaa, czarnoskóry Polak, jest studentem IV roku teologii i członkiem „Kliki”. Przystojny, gaduła o wyjątkowo zaraźliwym śmiechu. Po przebytym w niemowlęctwie zapaleniu opon mózgowych porusza się na wózku. Nie panuje w pełni nad ruchami, ma trudności z mówieniem, zacina się. Potrzebuje drugiej osoby, żeby napić się herbaty.

I żartuje, że gdyby był księdzem, rozsypałby przy rozdawaniu Komunii wszystkie hostie. Ale księdzem zostać nie chce. Myślał jako nastolatek o zakonie, ale to była, mówi, młodzieńcza fascynacja duchowością franciszkańską (jeździł często ze wspólnotą na rekolekcje do kapucynów). — Wiele rzeczy nas pociąga — tłumaczy. — Ale później się to rewiduje. Na trzecim roku teologii wykładowca nie pozwolił mi robić katechetyki. Bardzo mnie to zdenerwowało. Bo dlaczego nie? Dostarczyłem wszelkie dokumenty, promesę, korespondencję z kierownikiem studiów. Ale później, na spokojnie, doszedłem do wniosku, że może Bóg oczekuje ode mnie czegoś innego.

Bawer uważa, że wymaganie od kandydatów na kleryków zdrowia fizycznego jest usprawiedliwione. — Ksiądz musi mieć kontakt z drugim człowiekiem, nie tylko z okolicy — mówi. — Musi być na tyle dyspozycyjny, by biskup mógł go „przerzucić” w obrębie diecezji.

— Niektórzy niepełnosprawni, patrząc na mnie, mogliby pomyśleć: „Ten ksiądz jest na wózku, ja też bym chciał” — mówi ks. Marek Bałwas. — Tylko że ja nie dążyłem do bycia księdzem na wózku. Mój wypadek Bóg przemienił w źródło dobra. Ale nawet gdybym miał wypadek jako diakon na dzień przed święceniami, nie wyświęciliby mnie. I dobrze by zrobili. — Bo ja nie chciałbym być święcony tylko dlatego, że jestem na wózku. Chciałem zostać wyświęcony, żeby służyć Bogu wszystkim, co posiadam. Także sprawnymi nogami.

Ks. Marek przestaje się uśmiechać. — Kontakt z osobą niepełnosprawną to często patrzenie z litością — mówi. — A nie można być wyświęconym z litości.

Powołanie, przekonuje Bawer, to nie jest droga mająca coś ułatwiać. I nie przebiera w słowach, szukając przykładów. — Dlaczego wymaga się od kandydata na księdza, żeby nie był impotentem? Bo kapłaństwo nie może być drogą ucieczki od czegokolwiek — wyjaśnia.

Ks. rektor Pawlina ujmuje rzecz jeszcze inaczej: — Kapłaństwo nie jest dla samego siebie. Kapłaństwo jest dla posługi innym. Dlatego Kościół stawia pewne wymagania. Kościół, nie poszczególni biskupi czy rektorzy.

Ksiądz
jak pilot

I jakoś tak się dzieje, że zaczynając od pytania o szanse, nieodmiennie kończy się na odpowiedzi dotyczącej litości. Kandydat, którego sobie wyobraziliśmy przed trzema schodkami seminarium, nie szukał litości. Wierzył, że ma powołanie.

Trudno, odpiera ks. Bałwas: — Będąc na wózku można robić dużo innych rzeczy, nie trzeba akurat być księdzem — mówi. — Można swoje powołanie realizować choćby jako świecki ewangelizator i tak służyć Bogu.

Trudno, mówi ks. rektor Pawlina: — Są takie zawody, jak żołnierz, marynarz czy pilot, do których trzeba spełniać pewne kryteria — tłumaczy. — Nie wystarczy chcieć zostać żołnierzem. Podobnie z kapłaństwem, bo posługa kapłańska ma swoje wymagania, zarówno pod względem zdrowia psychicznego, jak i fizycznego. Tym bardziej, że nikt nie może powiedzieć, iż ma prawo zostać księdzem. To nie prawo, ale dar od Boga, który Kościół potwierdza. Powołanie weryfikuje się przez lata seminarium, a wejście do niego nie jest jeszcze decyzją o święceniach. Dlatego trzeba zrozumieć, że czasem ktoś, kto nosi w sobie iskrę powołania, nie będzie mógł jednak zostać księdzem. Przyjęcie osoby niepełnosprawnej do seminarium byłoby gestem serdeczności i pomocy, ale bez dostrzeżenia, co z tego wyniknie.

— Rzecz nawet nie w tym — uzupełnia ks. Bałwas — że traktuje się niepełnosprawnych jako rzekomo gorszych ludzi. Ale czy na wózku można np. pracować w kopalni? Nie.

Zdaniem Stanisława Gurby z „Kliki”, jeśli już porównywać kapłaństwo z innymi zawodami, to przecież w obrębie jednego zawodu można pełnić różne funkcje. — Księży jest w Polsce mnóstwo — podkreśla. — Jeśli w parafii, gdzie pracuje ich pięciu, jeden byłby niepełnosprawny, ale pracowałby np. przy komputerze, to ręczę, że znalazłoby się mnóstwo rzeczy, które mógłby robić. Ksiądz nie musi przecież robić wszystkiego. Dziś wszyscy chcieliby być tacy, jak Jan Paweł II: i zgłębiać teologię, i zdobywać górskie szczyty. A przecież tak być nie musi.

Zwłaszcza, że ksiądz nie lata przecież samolotem ani nie kopie węgla.

— Pilot — odpowiada ks. Pawlina — wiezie ze sobą dwieście osób. A ksiądz ma często jeszcze większą owczarnię do prowadzenia.

Bawer Aondo-Akaa, zapytany o powołanie osoby niepełnosprawnej, swoje „trudno” wyraża inaczej. — Bóg nie powołuje nikogo absurdalnie — mówi. — Jeśli masz cechy charakteru, dzięki którym stworzysz wspaniałą rodzinę, to wątpliwe, by Bóg postanowił cię powołać do życia w pustelni. On jest bliżej ciebie niż ty sam. Wie, jaki krzyż możesz udźwignąć, a jaki nie. To tak, jakby powiedział do mnie: „No, Bawer, to teraz zostań kierowcą wyścigowym”.

— Powołanie — powtarza Bawer — to nie jest droga mająca coś ułatwiać. Przeciwnie. I rodzi się pytanie, czy niepełnosprawny by taką drogę zniósł. Sama niepełnosprawność to już wystarczająco ciężka droga. Nakładanie na siebie jeszcze większego krzyża mogłoby być katastrofalne. Nie mówię, że to niemożliwe. Ale jest wielkie ryzyko, że tak właśnie by było.

Ks. Marek Bałwas: — Niepełnosprawny ksiądz nie poznałby nigdy smaku choćby tego, co to znaczy iść po kolędzie czy odprowadzać zmarłych na cmentarz.

Dar

Istnieje prawno-kanoniczna subtelność, która sprawia, że twardy przepis kościelny pozostawia furtkę, dzięki której nie każdego kleryka, który podczas studiów straci władzę w nogach, wzrok czy słuch, nie dopuści się do święceń.

— Kodeks ustanawia zasadę na podstawowym poziomie — tłumaczy ks. rektor Pawlina. — Natomiast wszystko zależy od biskupa, który rozeznaje przydatność kandydata do kapłaństwa, a w tym rozeznaniu pomagają mu formatorzy z seminarium.

Tego właśnie dotyczy zapis kanonu 1029 o „roztropnej ocenie biskupa”.

Jak tłumaczy ks. Pawlina, biskup może uznać, że pomimo niepełnosprawności kandydat do święceń będzie dobrym kapłanem. — W Krakowie studiuje kleryk, który ma ograniczoną sprawność widzenia, a jest już na trzecim roku — mówi. — Przed laty w diecezji gnieźnieńskiej został przyjęty do seminarium niewidomy, który uczył się dzięki alfabetowi Braille'a. Ale niestety ostatecznie nie dał sobie rady i odszedł.

Kleryk Krzysztof Wróbel z Krakowa półtora roku temu z grupą kolegów pojechał na wspinaczkę w Tatry. Wchodził północnym filarem Świnicy, kiedy od skały oderwał się kamienny blok. Razem z nim Krzysztof spadł dziesięć metrów, zatrzymał się na półce skalnej. Prawa noga, wykręcona pod nienaturalnym kątem, trzymała się reszty ciała na mięśniu i skórze. TOPR-owcy przylecieli po 20 minutach, zawieziono go do Zakopanego, a potem do Krakowa.

— Kiedy obudziłem się po 3 dniach śpiączki farmakologicznej — wspomina Krzysztof — kolega kleryk spytał: ty dalej chcesz być księdzem? Odpowiedziałem, że oczywiście.

Ale potem przyszedł lekarz i powiedział, że najbliższe dwa tygodnie rozstrzygną, czy mi utną nogę, czy nie. — Uderzyła mnie myśl, czy ten wypadek to nie znak od Boga, że kapłaństwo to nie moja droga.

Jeden z wychowawców seminaryjnych zareagował na wieść o wypadku bardzo ostro: że pojechali bez niczyjej zgody. Znajomy ksiądz powiedział, że w jego diecezji zostałby z seminarium wyrzucony. Ale dzień po tym, jak Krzysztofa przewieźli z intensywnej terapii do izolatki, odwiedził go kard. Dziwisz. Posiedział, podtrzymał na duchu, mówił potem, że cieszy się, że kleryk walczy o zdrowie. Przyszedł też rektor, odprawił w tej izolatce Mszę św. Siostry szarytki z seminarium przysyłały ciasto, wodę z Lourdes i zapewnienie o modlitwie.

Po roku leczenia i ośmiu operacjach lekarze powiedzieli, że więcej nie mogą zrobić. — Do tamtej pory napędzałem się myśleniem, że technika poszła do przodu, że wszystko da się uratować — wspomina Krzysztof. — Ale endoprotezy nie można było zastosować. Musiałem się zgodzić na usztywnienie obu stawów skokowych.

Uświadomił sobie, że będzie niepełnosprawny. Poczuł zniechęcenie. — Zastanawiałem się, jak pogodzić to z powołaniem, które odkryłem jako moje? Z drugiej strony, jeśli to miałby być znak, to Bóg trochę się z nim spóźnił, bo już przyjąłem święcenia diakonatu.

Po wypadku Krzysztof odnalazł ten sam cytat z Hioba, co ks. Marek.

— Aż się popłakałem, to był moment przełamania, bo to słowo było do mnie — opowiada.

Rektor oficjalnie zapytał kard. Dziwisza, czy chce, żeby Krzysztof został jego kapłanem. Kardynał odpowiedział twierdząco. Święcenia kapłańskie diakon przyjmie w maju.

Krzysztof boi się, że będzie dla innych ciężarem. Ale szuka rozwiązań i pozytywów. Oprócz noszenia ciężkich przedmiotów, z większością czynności sobie radzi. — Nie mogę się wspinać, ale mogę jeździć na rowerze. Nie mogę grać w piłkę, ale mogę pływać. To się przekłada też na inne dziedziny życia — przekonuje. — Może nie będę duszpasterzował sportowcom czy uczył w szkole przez 30 godzin tygodniowo, ale mogę pracować z chorymi.

W swojej parafii odbył praktyki. Raz zaniósł Najświętszy Sakrament do chorego starszego mężczyzny. — Powiedział, że ma złamaną miednicę i nie może się ruszać. I ja wiedziałem, jak się zachować. Co powiedzieć i czego nie mówić. Że najważniejsza jest obecność, zrozumienie, potrzymanie za rękę. Nie trzeba na siłę zagadywać, a już, broń Boże, powtarzać, że wszystko będzie dobrze albo że potrzeba cierpliwości. Mam coś — zauważa Krzysztof — czego nie mają moi koledzy.

Wola Boża

Nie jest dziś tak, że osoby niepełnosprawne masowo szturmują drzwi zamkniętych przed nimi na głucho seminariów. Ale czy gdyby było jasne, że istnieje dla nich cień takiej możliwości, nie okazałoby się, że powołanie do kapłaństwa czują też ludzie dotknięci fizycznymi ograniczeniami? Nie wiadomo.

Bawer cieszy się wszystkimi drobnymi, ale konsekwentnymi zmianami w sytuacji niepełnosprawnych. — Choć powiem coś, co może dziwnie zabrzmi — dodaje. — Dziś namawia się niepełnosprawnych do każdej aktywności. Boję się, że niedługo to nie my będziemy mówić o naszych potrzebach, lecz ludzie w pełni sprawni. Niektóre postulaty są nam do niczego niepotrzebne.

Ks. Bałwas do dziś zachował wystąpienie przygotowane na spotkanie z niepełnosprawnymi, które ułożył jeszcze jako kleryk. Opowiada, że chodziło w nim po prostu o to, żeby niepełnosprawnych traktować jak normalnych ludzi.

— Ale — dodaje dzisiaj ksiądz na wózku — dla niepełnosprawnego pewne rzeczy i zajęcia są nieosiągalne.

Tylko czy — patrząc na Krzysztofa Wróbla i ks. Bałwasa również — nie warto skupić się raczej na tym, że pewne rzeczy są osiągalne? A inne osiągalne lepiej? I że niepełnosprawność niepełnosprawności nierówna?

Ks. Bałwas znowu się uśmiecha.

— Jeżeli Pan Bóg będzie kiedyś chciał, żeby ludzie na wózkach byli święceni na kapłanów — mówi — to daję gwarancję: będą. 

tygodnik.onet.pl


opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: kapłan kapłaństwo ksiądz niepełnosprawność wózek inwalidzki Księga Kapłańska
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W