Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Michał Rychert

Niełatwo być miastem na górze

Niedługo czekają nas ponowne próby prawnego uregulowania kwestii in vitro.
Episkopat dał już sygnał, w którym kierunku zmierza.
Czy jednak Kościół,
w którym 84 proc. wiernych nie zgadza się z nauczaniem Magisterium, ma moralne prawo domagać się,
by jego treść została przyjęta przez prawo
obowiązujące w państwie?

Z opublikowanych ostatnio wyników badań CBOS wynika, że 84 proc. respondentów deklarujących się jako wierzący świadomie popiera metodę zapłodnienia in vitro, a 59 proc. „stosujących się do wskazań Kościoła” zezwoliłoby na in vitro małżeństwom, które nie mogą mieć dzieci („TP” 29/2010).

Rozziew

Zagadnienie stosowania zapłodnienia in vitro jest podwójnie skomplikowane. Z jednej strony istnieje problem zamrażania lub niszczenia embrionów nadliczbowych, czemu towarzyszy pokusa ich selekcji. Z drugiej strony — nawet jeśli postęp medyczny sprawi, że jednemu zapłodnieniu będzie odpowiadać jedno zagnieżdżenie, pozostanie problem godności poczęcia. Ta kwestia, tak ze względu na swój wysublimowany charakter, jak również ze względu na inny ciężar gatunkowy zasadniczego problemu niszczenia embrionów, budzi wiele niejasności i kontrowersji lub bywa całkowicie przysłonięta perspektywą już poczętego życia. Zjawiska nadprodukcyjności, obumierania i selekcji dokonują się samoistnie w świecie przyrody również w przypadku poczęcia ludzkiego, ale przyroda nie podlega ocenie moralnej, a działania człowieka tak.

Mimo niejasności w argumentacji, nie powinien być kwestionowany przez wierzących werdykt Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. Moralna ocena czynu poprzedzona jest zawsze dogłębnym zapoznaniem się z całą stroną medyczną i biologiczną. Mimo wszystko mamy do czynienia z wysokim odsetkiem osób opowiadających się za metodą in vitro. Gdzie więc został popełniony błąd: czy zabrakło edukacji, dobrej woli, zaufania? Bez względu na odpowiedź, niepokój budzi rozziew pomiędzy nauczaniem a jego percepcją w łonie samego Kościoła.

Pytanie o jedność Kościoła i faktyczne odstępstwo zostało już postawione w kontekście antykoncepcji, w oparciu o podobne statystyczne przesłanki (zob. „TP” 29/2008). Na szczęście nikt poważny nie myśli o prawnym zakazie stosowania antykoncepcji. Natomiast niedługo czeka nas próba prawnego uregulowania kwestii in vitro w Polsce. Episkopat dał już sygnał, w którym kierunku zmierza. Tylko czy Kościół, którego 84 proc. wiernych nie zgadza się z nauczaniem Magisterium, ma moralne prawo domagać się, by jego treść została przyjęta przez prawo obowiązujące w państwie? Czy samo powołanie się na prawo naturalne usuwa wszystkie trudności i pytania? A pozostaje jeszcze zasadnicze pytanie o sens misji Kościoła i jego wiarygodność.

Czy forsowanie ustawodawstwa zgodnego z nauczaniem Kościoła przy tak dużej opozycji i niezrozumieniu społecznym nie jest drogą na skróty? Próbą zastąpienia ambony, konfesjonału i katechezy ustawą? Skoro na tym polu nie osiągnęliśmy odpowiednich wyników — nawrócenia — to czy możemy przerzucać jarzmo przestrzegania ustawy na tych, którzy są poza wpływem autorytetu Kościoła? Czy wobec przedstawionych nam danych statystycznych można w tej kwestii w ogóle mówić o jego autorytecie — jaki bowiem posiada autorytet ten (pamiętajmy, że Kościołem są wszyscy ochrzczeni!), kto sam nie realizuje głoszonych przez siebie zasad?

Niecierpliwi dostają mniej

Wydaje się, że Kościół w Polsce we wczesnych latach transformacji ustrojowej nauczył się rozumieć swą misję jako metapolityczny udział w życiu społecznym poprzez kształtowanie sumień. Właściwym zaś zadaniem ludu Bożego jest głoszenie orędzia o Chrystusie Panu i Zbawicielu świata.

Jest jednak w nas niepohamowana niecierpliwość, aby Królestwo Boże przyszło już teraz. A skoro Bóg się spóźnia — by przejąć inicjatywę, nadać bieg historii zbawienia nie tyle przez ewangeliczne działanie, co na skróty, np. przez odpowiednie ustawodawstwo. Czy nie jest to jedna z form klerykalizmu?

Dzieła takich autorów jak Euzebiusz z Cezarei czy Orygenes pokazują, w jakim stopniu zmiana sytuacji politycznej miała wpływ na pojmowanie misji Kościoła w świecie. Orygenes w panowaniu cesarza Augusta widział opatrznościowe zrządzenie losu, które umożliwiło rozszerzanie się doktryny chrześcijańskiej („Przeciw Celsusowi” II, 30). W teologii politycznej Euzebiusza z Cezarei już wyraźnie zatraca się granica pomiędzy Kościołem a państwem. W powszechnym panowaniu imperium rzymskiego, zwłaszcza pod rządami Konstantyna, widział on spełnienie obietnic Starego Testamentu i nastanie czasów mesjańskich („Historia Kościelna” X, 1—4. 33). Pax Romana Euzebiusz utożsamia z pokojem mesjańskim; miejscem mesjańskiego pokoju nie jest już nowotestamentalny lud Boży, ale imperium rzymskie.

W Polsce podczas niedawnych wyborów prezydenckich jednym z kryteriów prawowierności był stosunek do in vitro. Wyczuwalne było pytanie, który z kandydatów bardziej przysłuży się Kościołowi. Wciąż jest wyczuwalna pokusa uprawiania teologii politycznej w jej najbardziej prostej, wręcz prymitywnej formie.

Mijamy się

Pozornie może się wydawać, że sprawa zostanie definitywnie zamknięta: przy sprzyjających okolicznościach być może wejdzie w życie ustawa respektująca prawo naturalne i Boże. Czy jednak za tym dążeniem nie kryje się mimowolna próba przerzucenia na państwo tej roli, którą w społeczeństwie powinien spełniać Kościół?

Królestwo Boże jest tam, gdzie ludzie w sposób wolny przyjmują prawo Boże jako swoje własne i pozwalają, by kształtowało ich życie. Niewolniczy respekt dla prawa nie przybliży Królestwa. Kościół musi uzbroić się w cierpliwość i zaaprobować wolność ludzi tak, jak czyni to Bóg. W przeciwnym razie świat nie rozpozna w naszych dążeniach działania Ojca, który jest w niebie (por. Mt 5, 16).

Kościół ma swoje prawo — to nadane przez Boga. Problem w tym, że nie jest ono przez nas respektowane. Kościół przestał być solą ziemi — nasze życie chrześcijańskie utraciło smak Ewangelii; już nikt nie mówi o chrześcijanach: „patrzcie, jak oni się miłują”. Dlatego potrzebujemy prawdy świadectwa. To jest zasadniczy problem, nad którym musi pochylić się cały Kościół, a w szczególności ci, którzy zostali powołani do nauczania. Pytanie o wiarygodność staje się pytaniem o kształt duszpasterstwa i misji Kościoła.

Chciałbym, aby na świecie respektowano prawo Boże. Bóg zapewne pragnie tego jeszcze bardziej niż ja i wszyscy zaangażowani w ustawę przeciw in vitro. Jednak pomysłem Boga na ulepszenie świata nie było tworzenie nowego ustawodawstwa państwowego — inaczej Syn Boży wcieliłby się zapewne w rzymskiego cesarza, a nie „syna cieśli” (Mt 13, 55). Pomysłem Boga jest Kościół — społeczność powołana, aby dać świadectwo. Nie wymowa ustawy, ale kształt sumień, gorliwość i nawrócenie (por. Ap 3, 19) są w stanie nadać bieg historii zbawienia.

Skoro jednak my, chrześcijanie, sami mijamy się z wymaganiami moralnymi, mając do dyspozycji moc wiary, łaskę, autorytet Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, to rodzi się pytanie, czy żądając zachowania prawa, którego sami nie respektujemy, nie stajemy się (Kościół jako całość) hipokrytami zasługującymi na najostrzejszą krytykę, jaka na kartach Pisma Świętego została skierowana do tych, którzy chcą być nauczycielami: „Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią” (Mt 23, 3). W tym kontekście pojawia się oczywista pokusa, aby wykrzyknąć — ja nie należę do tych 84 procent, lub ostrzej: oni nie należą do Kościoła! Kościół to my, prawowierni. Ale wówczas pojawia się niebezpieczeństwo, że Kościół zredukuje się do Urzędu Nauczycielskiego albo społeczności doskonałej. Niestety linia demarkacyjna pomiędzy dobrem a złem nie przebiega według tego prostego schematu.

Siła argumentów

Kościół musi mieć świadomość, że więcej może zrobić dla społeczeństwa, w którym żyje, stając się miejscem realizacji prawa Bożego, pokazując, że jest ono możliwe, niż promując tę czy inną ustawę. Rolą Kościoła jest być solą — nadawać światu smak, wprowadzić wartości. Co zrobić, jeżeli my sami nie jesteśmy do nich przekonani?

Rolę autorytetu moralnego Kościół może spełnić przy zachowaniu dwóch warunków. Nauczanie musi być poparte świadectwem życia, a świadectwo to musi dotyczyć całej społeczności Kościoła — nie wystarczy głos Episkopatu, gdyż ten bez wsparcia społeczności będzie zawsze narażony na oskarżenia o klerykalizm. Kościół zamiast iść na skróty przez „ewangelizowanie” Polski na drodze ustawodawstwa, najpierw sam musi przyjąć prawo, dać się zewangelizować — podjąć swoją fundamentalną misję bycia solą dla ziemi i światłem dla świata.

Zwykle w kontekście tych słów pojawia się pobożnie brzmiący, ale zupełnie fałszywy i usypiający chrześcijan komentarz, że ziarnem wrzuconym w ziemię, solą i światłem jest Dobra Nowina lub sam Chrystus. Tekst Ewangelii Mateusza nie pozostawia złudzeń: ziarnem, solą i światłem świata mamy być my, wierzący w Chrystusa, Kościół jako społeczność, jako całość.

Inną próbą naprawienia wizerunku jest odwoływanie się do świętych. Są oni niewątpliwym skarbem Kościoła, ale zarazem obnażają jeden z jego grzechów: indywidualizm.

Warto zauważyć, że w Piśmie Św. nie ma nic, co by było skierowane do jednostki jako takiej. Całe prawo moralne zawarte w Biblii ma bez wątpienia wspólnotowy charakter. Wybitne jednostki, owszem, pociągają, ale równie często stają się wymówką. Jeżeli kryterium jakości Kościoła jest to, na ile jest znakiem Królestwa Bożego (por. Konstytucja dogmatyczna o Kościele, 5), to pierwszą tego oznaką jest społeczne życie Kościoła. Podczas gdy duszpasterstwo skupia się na tworzeniu indywidualnych więzi z Chrystusem (dobre i to), światu potrzeba siły wspólnotowego świadectwa. Kościół musi stać się miejscem „testowania” na oczach świata prawa Bożego, aby zaświadczyć, że prawo Boże niesie pokój, radość, szczęście, chroni dobro człowieka — ma moc kształtowania życia społecznego. Ideałem byłoby, aby o kształcie prawa decydowała nie tyle siła instytucji, co siła świadectwa.

W perspektywie kolejnych wyłaniających się pól konfrontacji ze światem — takich jak antykoncepcja, aborcja, eutanazja, in vitro, eugenika — Kościół musi sobie zadać pytanie, w jaki sposób chce uwiarygodnić swój przekaz wobec tych zagadnień. Papieże średniowiecza wyrażali sprzeciw stosując potępienia i ekskomuniki. Był to z reguły wyraz całkowitej bezsilności. We współczesnych dyskusjach argumenty prawa naturalnego są po naszej stronie, ale nie o siłę argumentów chodziło Chrystusowi. On związał misję Kościoła ze słabością świadectwa — „będziecie moimi świadkami” (Dz 1, 8); greckie słowo martyres jest zobowiązujące.

Jest alternatywa

Jeden z nurtów współczesnej eklezjologii widzi Kościół w roli kontrspołeczności lub społeczności alternatywnej. Alternatywa to najpierw konstruktywny sprzeciw — kontrpropozycja. Bynajmniej nie chodzi o kontrpropozycję ustawodawczą. Pomimo możliwej skuteczności byłaby to jednak forma zasadniczej autoredukcji. Może więc pozostaje moralizowanie — największa „herezja” Kościoła polskiego, jak to określił wielki biblista ks. Jan Kudasiewicz? Ani jedno, ani drugie: chodzi o powrót do zbawiającego i wszystko przemieniającego orędzia. Pozwólmy zajaśnieć Chrystusowi Zmartwychwstałemu!

Kościół jako społeczność alternatywna to coś więcej. To środowisko życia, w którym prawo Boże jest szanowane, praktykowane, budzi respekt, ale i niesie radość, przynosi wybawienie z różnych życiowych opresji, dlatego stanowi propozycję. Siłą Kościoła jest możliwość pokazania, że można żyć inaczej, że dla zasady zysku, przyjemności, przemocy, samorealizacji za wszelką cenę istnieje alternatywa, że na drodze wskazanej przez Chrystusa można osiągnąć poszukiwane szczęście.

Tylko Kościół żyjący jako społeczność wzorcowa — miasto położone na górze (por. Mt 5, 15) może swoim alternatywnym stylem życia przekonać świat do prawa Bożego, chroniąc tym samym Chrystusa przed postrzeganiem Go nie jako Wybawcy, ale opresora. Tym, co przyciąga narody, jest siła świadectwa i perswazji wynikającej z porządku społecznego ludu Bożego. Tylko wówczas, gdy pokażemy światu, jak dobry jest Pan, prawo może zyskać uznanie, a lud Boży może zasłużyć na najwyższą pochwałę: „Z pewnością ten wielki naród to lud mądry i rozumny. (...) Któryż naród wielki ma prawa i nakazy tak sprawiedliwe (...)?” (Pwt 4, 6-8).

Tylko wówczas może się spełnić obietnica mesjańskiej pielgrzymki narodów: „Wszystkie narody do niej popłyną, mnogie ludy pójdą i rzekną: Chodźcie, wstąpmy na Górę Pańską do świątyni Boga Jakubowego! Niech nas nauczy dróg swoich, byśmy kroczyli Jego ścieżkami” (Iz 2, 2-3).  

Michał Rychert jest doktorem teologii fundamentalnej i katechetą, ostatnio wydał książkę „Kościół jako społeczność alternatywna”.



opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: eutanazja nauczanie wiara świadectwo Magisterium Kościoła potępienie aborcja ekskomunika antykoncepcja prawo Boże życie poczęte ustawodawstwo eugenika in vitro zamrażanie niszczenie embrionów nadliczbowych kształtowanie sumień głoszenie orędzia ewangelizowanie ustawodawstwem