Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Józef Majewski

Odrażający, brudni, źli...

Ubodzy są świętymi Boga
— nade wszystko ci brudni, śmierdzący, odrażający, nędzarze, żebrzący, sprzedający się za pieniądze, myszkujący w śmietnikach...
Oni wszyscy są świętymi,
jak najbardziej dosłownie.

Ubóstwo w chrześcijaństwie od początku było sprawą pierwszej wagi. Tak widział je sam Jezus, a potem Kościół pierwotny, co dobrze widać w Nowym Testamencie. Rabbi z Nazaretu w Ewangelii Łukasza mówi: „Błogosławieni jesteście wy, ubodzy...” (6, 20); a Paweł z Tarsu zaś w Drugim Liście do Koryntian: „Znacie łaskę Pana naszego Jezusa Chrystusa, który będąc bogaty, dla was stał się ubogim, aby was ubóstwem swoim ubogacić” (8, 9).

Ale któż z nas — jeśli już pamięta o Jezusowym stosunku do ubogich — może powiedzieć, że ma w tej kwestii czyste sumienie? Ubóstwo może być kwestią drażliwą, prowokującą, zapalną. Wywoływało w historii (i wywołuje dziś) zażarte debaty i spory, nie tylko teologiczne. W przeszłości przysparzało mnóstwo pracy inkwizytorom.

Watykański nokaut

Największy spór o ubóstwo w Kościele toczył się na przełomie XIII i XIV w., o czym tak malowniczo opowiedział Umberto Eco w „Imieniu róży”. W owych niespokojnych czasach próbowano duchowo i moralnie oczyszczać Kościół poprzez powrót do radykalnego przesłania Ewangelii o ubóstwie. Działające wtedy ruchy religijne — katarzy, albigensi, waldensi czy humiliaci — ostro krytykowały bogactwo kleru, kwestionowały te czy inne punkty ortodoksji i odrzucały instytucjonalne struktury Kościoła. W efekcie spotykały się z ostrym odporem, włącznie z krwawymi prześladowaniami.

Inną duchowość, ale i taktykę praktykowania ubóstwa przyjęły ówczesne zakony żebracze, nade wszystko franciszkanie, dla których istotna była wierność ortodoksji i „tak” dla struktur Kościoła-instytucji. Duchowi synowie św. Franciszka, Biedaczyny z Asyżu, spór doprowadzili do eksplozji. W refleksji i pismach zakonnych teologów ubóstwo urosło do rangi dogmatu. Eco wcale nie przesadza, pisząc: „W 1322 roku (...) odbyła się w Perugii kapituła braci franciszkańskich, a ich generał, Michał z Ceseny (...) ogłosił jako prawdę wiary ubóstwo Chrystusa, który jeśli nawet posiadał rzecz jaką wespół z apostołami, to tylko w formie usus facti [faktycznego używania]. Ten szlachetny aksjomat miał ocalić cnotę i czystość zakonu, ale nie przypadł zanadto do smaku papieżowi, albowiem być może dostrzegł w nim zasadę niebezpieczną dla tych roszczeń, które on sam jako głowa Kościoła wysuwał, zmierzając do odebrania cesarstwu przywileju wybierania biskupów, natomiast świętemu tronowi przypisując prawo do koronacji cesarza”.

Nieporozumienia i kłótnie szybko z poziomu czysto kościelnego i duchowego przeniosły się w sferę świecką i polityczną. Powstawały papieskie, ale i franciszkańskie pisma o ubóstwie. Posypały się apele i odezwy. Podobnie ekskomuniki. Jeden papież kwestionował postanowienia innego. Strony rzucały na siebie potępienia, nie brakło oszczerstw. Wzajemnie oskarżano się o herezję. W jej czeluści miał wpaść — uważali franciszkanie — sam papież Jan XXII, dla którego ich „ubogi” radykalizm był nie do przyjęcia. Dramatycznie przybyło zajęć inkwizytorom, wzmogły się aresztowania, strony sporu znikały w więzieniach, salwowano się ucieczkami pod osłoną nocy i chroniono pod skrzydła władców świeckich. To tu, to tam interweniowały wojska.

Ówczesny spór o ubóstwo rozstrzygnęła strona, która raczej nie odczuwała biedy i nędzy na własnej skórze. Tak też zwykle kończą się podobne debaty — ostatni głos należy w nich do tych, którzy są u władzy.

Wielki spór o ubóstwo toczył się również w wieku XX. W odpowiedzi na potworną biedę i nędzę najuboższych z ubogich Ameryki Łacińskiej zrodziła się tam teologia wyzwolenia, odpowiednik franciszkańskich idei XIII i XIV w. Radykalizm ewangeliczny jej przedstawicieli, głównie duchownych, ale również ich zaangażowanie polityczne oraz inspirowanie się ideami marksizmu doprowadziły do ostrego sprzeciwu Watykanu. Kongregacja Nauki Wiary potępiła część zasadniczych tez tej teologii w 1984 r. w „Instrukcji o niektórych aspektach teologii wyzwolenia”.

Dwa lata później ta sama dykasteria w kolejnej instrukcji — o chrześcijańskiej wolności i wyzwoleniu — przedstawiła własną wizję wyzwolenia z nędzy i biedy. Dokument uwzględnił m.in. część krytyki, z jaką spotkała się instrukcja z 1984 r. Kościół ostatecznie oficjalnie przyjął niektóre poglądy teologii wyzwolenia, jak na przykład „preferencyjną opcję na rzecz ubogich” czy ideę o „grzesznych strukturach społecznych”, które z istoty niesprawiedliwie prowadzą do nędzy, biedy i głodu całych społeczności.

Kolejną — już na przełomie XX i XXI w. — odsłoną sporu o ubóstwo były i są napięcia w Kościele związane z rozwojem teologii wyzwolenia w Afryce i Azji. Zresztą, sama południowoamerykańska teologia wyzwolenia powoli i coraz śmielej podnosi się po rzymskim nokaucie.

Spór ewangelistów

Już w czasach Nowego Testamentu wśród pierwszych chrześcijan dochodziło do debat o znaczenie ubóstwa. W Ewangeliach można dostrzec dwa stanowiska w tej sprawie. Mateusz i Łukasz różnie ujmują kwestię ubóstwa — chodzi o ich różne wersje Jezusowych błogosławieństw.

W Ewangelii Mateusza pierwsze błogosławieństwo z „Kazania na górze” brzmi: „Błogosławieni ubodzy w duchu (hoi ptochoi to pneumati), albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (5, 3). Ubóstwo ma tu charakter duchowy, wymagający właściwej postawy i orientacji duchowej. Tymczasem w błogosławieństwach Łukasza jest ono dużo bardziej konkretne, fizyczne i przyziemne: „Błogosławieni jesteście wy, ubodzy (hoi ptochoi), albowiem do was należy królestwo Boże” (6, 20). Tutaj mamy ubóstwo bez uzupełnień i dookreśleń, bez duchowych aspektów i wymiarów.

Łukasz w kolejnych błogosławieństwach do ubogich zalicza po prostu tych, którzy głodują, płaczą, są znienawidzeni i wyłączani. Mateusz używa języka delikatniejszego: smutni, cisi, złaknieni sprawiedliwości i czystego serca. Do tego wszystkiego Łukasz bezpośrednio po błogosławieństwach umieszcza słynne Jezusowe „biada” pod adresem bogatych i sytych: „biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą...” (6, 24-26). W Ewangelii Mateusza Rabbi z Nazaretu bogatych traktuje łagodniej, nie zostawiając ich bez szans: „Bogaty z trudnością wejdzie do królestwa niebieskiego. (...) Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego” (19, 23-24).

Można przypuszczać, że w pierwszych gminach część wierzących — to Łukasz — słowa Jezusa o ubóstwie rozumiała dosłownie, realistycznie i wykluczająco wobec bogatych. Inni zaś — to już Mateusz — byli bardziej inkluzywni, przyjmowali, że ubóstwo można rozumieć duchowo. W tym drugim znaczeniu do ubogich mogą należeć wszyscy, także zamożni czy bogaci — ale wymagana jest od nich właściwa postawa duchowa. Jedni chrześcijanie, może rekrutujący się raczej z grup biednych — jak się zdaje — akcentowali ubóstwo dosłowne, opowiadali się za radykalizmem w tej dziedzinie. Inni, może nawróceni spośród zamożniejszych, mogli przekonywać do szerszej interpretacji nauczania Jezusa.

Oba te stanowiska wspólnie poświadczają historyczną prawdę, że Jezus z Nazaretu „postawił” na ubogich i biednych. I to tak radykalnie, że ubóstwo stanowi element wewnętrzny chrześcijaństwa, należy do jego istoty. W chrześcijaństwie teologia i duchowość, koncepcja życia, wizja Kościoła i człowieka są nie do pomyślenia bez ubóstwa.

Ubodzy Jezusa

Słowo „ubodzy” w ustach Jezusa pojawia się już na samym początku jego działalności publicznej. Oto w synagodze w Nazarecie czyta fragment Księgi Izajasza: „Duch Pański spoczywa na mnie, ponieważ mnie namaścił i posłał mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie, abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana” (4, 18-19).

Jezus wybiera ubogich: dla nich przeznaczone jest Królestwo Boże. Jego słowa o nich tworzą przejmującą harmonię z innymi, które również znajdują się u Łukasza: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom jego upodobania” (2, 14). Bóg — uczy Rabbi z Nazaretu — upodobał sobie w ubogich. Ostrość Łukaszowych słów stanie się wyraźniejsza, gdy uświadomimy sobie, że przez wieki — za
św. Hieronimem — przekładano je inaczej: „a na ziemi pokój ludziom dobrej woli”. Być może tłumaczy to, dlaczego biblijne słowo o ubogich często rozumiano w Kościele (tylko) duchowo, z akcentem na duchowo-moralną postawę człowieka.

W historii teologii jedni uważali, że ubodzy to ludzie pełni pokory, inni — że to ci, którzy nie przywiązują wagi do dóbr doczesnych, jeszcze inni — że są to wszyscy ci, którzy w każdej sytuacji, także w trudnościach, całą nadzieję pokładają w Bogu. Ubóstwo zatem nie miałoby zależeć od tego, czy ktoś konkretnie bieduje, czy też nie, czy głoduje, czy też jest syty, czy brakuje mu dóbr, czy też ma ich pod dostatkiem itd. Być może właśnie to miał na myśli Mateusz, gdy mówił o „ubogich w duchu”, ale takie znaczenie nie wyczerpuje sensu „ubogich” w Ewangeliach.

Przekonuje o tym już sam Mateusz — najwyraźniej w „Mowie o sądzie ostatecznym” (rozdział 25), gdzie Jezus mówi o głodnych, spragnionych, przychodniach, nagich, chorych, więźniach. To zatem ci sami, o których traktują błogosławieństwa z Ewangelii Łukasza. Dla Jezusa ubodzy to ci, którzy znajdują się w konkretnej bolesnej sytuacji braku i niedostatku dóbr koniecznych do życia, dojmującej fizycznej nędzy, niedoli i cierpienia, w sytuacji niszczącego zła.

Uderzające jest to, że w ewangelicznych opisach ubogich brak dywagacji o ich postawie moralnej. Jezus wchodził w krąg ubogich, również takich, którymi społeczności gardziły, jak żebracy, pijacy, prostytutki czy parający się pogardzanymi profesjami, czym wywoływał zgorszenie. Dopiero potem delikatnie, jakby szanując zawiłość ludzkich losów, próbował uwrażliwiać ich na rzeczywistość „z wysoka”. Przestrzeń ewangelicznych ubogich wydaje się nie być ograniczona murem ich dobrej woli i właściwej postawy moralnej.

Bóg w piekle

Ubodzy to ludzie wciągnięci w sferę zła, które niszczy ich z zewnątrz i od wewnątrz. Ubogimi są dla Jezusa, na przykład, więźniowie (por. Mt 25, 36). Tekst ewangeliczny dyskretnie milczy o przyczynach ich uwięzienia. Wszystko wskazuje na to, iż należą oni do świata ubogich tylko dlatego, że są więźniami. Podobnie ma się rzecz z głodnymi, spragnionymi, nagimi czy chorymi (por. Mt 25, 35-36).

Na pewnym poziomie nędzy ludzkie życie wkracza w wymiar, który można nazwać infernalnym. Staje się piekłem, gdzie światło nadziei na jakąkolwiek poprawę sytuacji i życia gaśnie bezpowrotnie. W takim piekle nie ma już miejsca na wolność. Wolność odarta z nadziei to życie poddane dyktatowi instynktów. Panuje tu czysta nędza, bez dookreśleń, takich jak „w duchu”.

René Habachi, filozof z Libanu, pisał: „W katastrofalnej sytuacji ekonomicznej nie doprowadzi się do odrodzenia duchowego za pomocą gładkich i obłudnych sztuczek słownych. Biegli w kunszcie tego łatwego moralizmu są najbardziej ograniczonymi grabarzami duchowości, niepoczytalnymi niszczycielami obecności Boga w dzisiejszym świecie”.

Czysta nędza zna tylko odmowę świata, a Bóg zdaje się nie zamieszkiwać tej krainy. Wzniosłe mówienie o Nim ludziom, których całe życie jest zaprzeczeniem istnienia Transcendencji, nabożne zachęcanie do uniesień ducha czy moralne apelowanie o wejście na właściwą drogę mogą okazać się cynicznym kuszeniem Złego.

Świat takiej ludzkiej nędzy jest światem ubogich. Do tego świata — nie ma co się łudzić — niniejszy tekst nie dotrze. Najubożsi go nie przeczytają.

„Ubogim głosi się Dobrą Nowinę” — mówi Jezus. On rzeczywiście ich sobie upodobał. Dobra Nowina jest nowiną o zbawieniu. Nędza, brak chleba, więzienie, choroba, zło moralne, które osaczają ludzi, wciągając ich do świata ubogich, to sytuacje nie-zbawienia. W słowach Jezusa o ubogich kryje się słowo o jego Bogu, którego dotyka, rani ludzkie ubóstwo, bieda i nędza. Bóg Jezusa z Nazaretu jest Bogiem podatnym na zranienie niedolą ludzi. To On ostatecznie „otrze każdą łzę z ich oczu” (Ap 7, 17).

W osobie Jezusa sam Bóg przychodzi w środek przepastnej nędzy. Właśnie to wyrażają ewangeliczne błogosławieństwa. One w pierwszym rzędzie nie są manifestem etycznym chrześcijaństwa, ale wyrażają prawdę, iż szczególnym, wybranym „miejscem” objawienia się Boga Jezusa są ubodzy. W tym „miejscu” urzeczywistnia się kardynalna prawda chrześcijaństwa o Bogu ukrytym — Deus absconditus — którego pełne światła piękno ukazuje się ludzkim oczom w ukryciu, poprzez przeciwieństwo — za zasłoną brzydoty, nędzy i niedoli.

Ricardo L. Recalde napisze: „Bez przyjęcia ludzkiego ubóstwa w całej jego głębi nie dojdziemy do poznania Boga. Dopóki nie odkryjemy, że Bóg, który kocha wszystkich ludzi, preferuje ubogich, że ma w nich szczególne upodobanie i ku nim kieruje to, co ma najlepszego w swej miłości, tak długo nie odkryjemy prawdziwego oblicza Boga”.

Gdzie Kościół?

W najbardziej pierwotnym sensie biblijnego słowa „świętość” ubodzy są ubogimi Boga — nade wszystko ci brudni, śmierdzący, odrażający, nędzarze, żebrzący, sprzedający się za pieniądze, myszkujący w śmietnikach, ci, którzy zakłócają estetyczną harmonię naszych ulic i dworców... Oni wszyscy są świętymi Boga. Jak najbardziej dosłownie.

Bóg uświęca ubogich, ale nie ubóstwo, nie samą biedę, nędzę i niedolę. Całe życie Jezusa jest tego świadectwem. Na pytanie uczniów Jana Chrzciciela, czy jest „tym, który ma przyjść”, odpowiada: „Idźcie i donieście Janowi to, coście widzieli i słyszeli: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się ewangelię”
(Łk 7, 22). Ubóstwo jeśli istnieje, to po to, by je unicestwiać.

Jezus wchodzi w świat ludzkiej nędzy, przenika go, żyje w najbardziej bolesnych miejscach naszego człowieczeństwa. Czyni to w jednym celu: by leczyć i uzdrawiać wszystkich bez wyjątku. „Przynoszono do niego wszystkich cierpiących, których dręczyły rozmaite choroby i dolegliwości, opętanych, epileptyków i paralityków, a on ich uzdrawiał” (Mt 4, 24).

Kanonizacji samego ubóstwa radykalnie przeczy Jezusowa „Mowa o sądzie ostatecznym”: „Byłem głodny, a daliście mi jeść; byłem spragniony, a daliście mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście mnie; byłem nagi, a przyodzialiście mnie; byłem chory, a odwiedziliście mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do mnie; zaprawdę, powiadam wam: wszystko, coście uczynili jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili” (Mt 25, 31-46).

W słowach Jezusa słyszymy zbyt mało, gdy odkrywamy w nich naukę jedynie o Jego moralnym utożsamianiu się z ubogimi. Tekst mówi dużo więcej — także i przede wszystkim to, że Jezus Chrystus już teraz jest realnie obecny w ubogich. Tego możemy być pewni.

Jego obecność rozstrzyga o istnieniu jego Kościoła. Kościół jest rzeczywiście tam, gdzie wskrzeszony Ukrzyżowany uobecnia się mocą Ducha Świętego. To właśnie ta obecność decyduje o Kościele, a nie Kościół o niej.

Kościół ubogich

Najgłębszej nędzy tego świata obca jest myśl o Kościele-instytucji. Kto ma tyle odwagi, by śpiewać wzniosłe i radosne hymny o Oblubieńcu (Chrystus) i jego Oblubienicy (Kościół) wszystkim tym, których życiowa sytuacja przeczy istnieniu Boga?

W „Mowie o sądzie ostatecznym” Jezus nic nie wspomina o deklaratywnej przynależności kogokolwiek do Kościoła. On mówi jedynie i bardzo prosto: „byłem głodny... spragniony... byłem przybyszem... nagim... byłem w więzieniu...”.

Kościół nie tylko jest „Kościołem dla ubogich”, czyli wspólnotą, która troszczy się o ubogich, ale także i przede wszystkim jest Kościołem ubogich. Ubóstwo określa jego rzeczywistość od wewnątrz, wchodzi do jego definicji. W trudzie obcowania z ubogimi, z nędzą tego świata, Kościół odkrywa siebie, umacnia się mocą swojej słabości, w której mieszka Chrystus. Zbliżając się do ubogich, Kościół zbliża się do siebie, jest u siebie.

Idea „preferencyjnej opcji na rzecz ubogich” wynika zatem z najgłębszej istoty Kościoła, a nie tylko z — godnego szacunku — imperatywu etycznego. „Opcja ta nie zna wyjątków” (Kongregacja Nauki Wiary w „Instrukcji o chrześcijańskiej wolności i wyzwoleniu”). Granice świata ludzkiej biedy i nędzy są granicami Kościoła. To właśnie ta racja sprawia, że wierzący, których los nie dotknął ubóstwem, biedą i nędzą, mają stawać się podatni na zranienie ubóstwem, biedą i nędzą.

Być zranionym nędzą znaczy zobowiązać się do „niesienia ulgi cierpiącym nędzę, bliskim czy dalekim, nie tylko z tego, co »zbywa«, ale z tego, co jest konieczne do życia. W obliczu istniejących potrzeb nie wolno przedkładać ponad nie bogatego wystroju świątyń i drogocennych paramentów przeznaczonych do kultu Bożego; przeciwnie, mogłoby się okazać konieczne sprzedanie tych dóbr, aby dać chleb, napój, odzież i dom temu, kto jest ich pozbawiony”. To — przyznajmy — rzadko, bardzo rzadko cytowane w Kościele słowa z encykliki „Solicitudo rei socialis” Jana Pawła II.

***

„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” — mówi Jezus w Ewangelii Mateusza. Ubodzy w duchu to ci, którzy dają się zranić biedą i nędzą tego świata, ci, którzy robią, co mogą, by nieść pomoc i ulgę uginającym się pod ich ciężarem. Tylko tak ubodzy duchem wchodzą w obszar Królestwa Bożego, które z definicji należy do ubogich jako takich.

Benedykt XVI, który jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary zadał cios teologii wyzwolenia, w 2008 r., zwracając się do jezuitów mających wielu swoich braci wśród przedstawicieli tej teologii, powiedział: „preferencyjna opcja na rzecz ubogich zawiera się implicite w chrystologicznej wierze w Boga, który sam stał się ubogim dla nas, by uczynić nas bogatymi przez swoje ubóstwo. (...) Dla nas wybór ubogich nie jest ideologią, ale wyłania się z Ewangelii”. 

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Jan Paweł II ubóstwo bieda nędza ubodzy teologia wyzwolenia Ewangelie Benedykt XVI żebracy
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W