Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Łaska może umrzeć

<

O. Józef Augustyn SJ:
Nie zaglądam do sumienia byłego zakonnika, ale bronię wiernych, którzy mają prawo do przejrzystego i uczciwego świadectwa duszpasterzy, którzy im posługują.

Artur Sporniak, Marcin Żyła: Co zaskoczyło Ojca w przypadku dominikanina Jacka Krzysztofowicza?

O. Józef Augustyn SJ: Oburzył mnie wręcz sposób odejścia zakonnika — swoiste wykorzystanie wiernych, by racjonalizować przed nimi swoje postępowanie. Czyni to w nagraniu, które jest swoistym antykazaniem i antyświadectwem. Ludzie nie przychodzili do świątyni dla niego, ale dla Boga i z posłuszeństwa Kościołowi, który nakazuje Mszę niedzielną. Po co zatruwać umysły wiernych swoją niewiarą w Kościół, w sakramenty i w Słowo Boże? On sam zwątpił w sens tego, co robił, oni nie zwątpili. Miał i ma prawo odejść, ale nie w takim stylu. Jego słowa w nagraniu są pełne emocji i sprzeczności. Z jednej strony mówi, że nie wierzy już w sens tego, co do tej pory robił, a z drugiej, że zawsze szczerze dzielił się sobą. To znaczy, czym się dzielił? To nagranie przypomina mi „spowiedź” Lance'a Armstronga.

Nie zaglądam do sumienia byłego zakonnika, ale bronię wiernych, którzy mają prawo do przejrzystego i uczciwego świadectwa duszpasterzy, którzy im posługują. Niech się księża i zakonnicy spowiadają najpierw przed Bogiem, w konfesjonale. Wierni mają zwykle proste, prawe sumienia. Wobec takich sofistycznych dywagacji są może nie tyle zgorszeni, ile raczej bezradni.

Ksiądz nie może się dzielić swoimi emocjami?

Nie mówimy tu o emocjach, ale o wiarygodności i moralności, czy wręcz o „etyce zawodowej”. Każdy ksiądz jako duszpasterz ma prawo mówić do ludzi tylko to, co mu każe Jezus i Kościół. Proszę wybaczyć: kościół, ambona i ołtarz to nie teatr dla autokreacji.

Naszym zdaniem dobrze się stało, że o. Krzysztofowicz wyjaśnił powód odejścia.

Panowie, mówimy tu o prostej, ludzkiej przyzwoitości: jeśli przez kilkanaście lat głosiłem coś z ambony, spowiadałem ludzi i teraz mówię, że „już nie wierzę w sens życia, które do tej pory prowadziłem”, to winienem najpierw za to przeprosić. Wierni, którzy bywają udręczeni życiem, własnym i ich bliskich, szukają w kościele i w relacji z księżmi umocnienia swojej kruchej wiary, a nie wyznań o osobistych problemach duchownych. Publiczne mówienie księdza o sobie musi być arcydyskretne i odnosić się do świadectwa wiary.

W jednej z powieści Dostojewskiego jest wymowna scena: pewien zdemoralizowany książę zaprasza na obiad literata i podczas posiłku opowiada mu o swoich brudach. Pisarz mówi mu na końcu: „Nie mógł mnie pan bardziej upokorzyć, pan się nawet mnie nie wstydzi”.

Czy księża w ogóle mogą tworzyć głębokie, osobiste relacje z wiernymi? Co się dzieje, gdy duszpasterz, który stał się idolem, przestaje być duszpasterzem?

Ksiądz, który nie nawiązywałby z wiernymi więzi sympatii i życzliwości, byłby urzędnikiem. Ale mają to być więzi — ze względu na dobro wiernych i świadectwo dawane Chrystusowi — duchowe. Gdy biskup chce go przenieść na inną parafię, nie powinni jeździć do kurii, aby go jednak zostawił, choć może im go brakować, ponieważ dobrze wpisał się w ich życie. Posługa księdza ma być bezinteresowna. Także jego sympatie z wiernymi.

Mamy raczej na myśli przyjaźń, która może trwać całe życie.

Prawdziwa, trwająca latami przyjaźń wymaga czasu, wysiłku, winna być pielęgnowana niemal jak małżeństwo. Z tłumem ludzi przyjaźń jest niemożliwa. Czym jest przyjaźń, jak ją zawierać, jak pielęgnować — wszystko to pięknie opisał Cyceron. Podkreśla z naciskiem, że przyjaciel musi być poddany próbie.

Zdarza mi się, że gdy prowadzę rozmowy w czasie rekolekcji, niekiedy nawiązuje się z kimś nić sympatii, porozumienie; czuję, że nadajemy na tych samych falach. To bardzo miłe, ale rozstajemy się bez żalu. Bywa, że tacy ludzie wracają nawet po latach, gdy jest im trudno. Oni nie wracają jednak „dla mnie”, ale po wsparcie. Mówią: „Rozmawiałem z ojcem kilka lat temu...”. Nie nazywałbym tego przyjaźnią w sensie klasycznym.

Przyzna jednak Ojciec, że powołanie kapłańskie jest trudne: seminarium wyrywa kleryków z ich dotychczasowego środowiska, a życie kapłańskie funduje zwykle poczucie samotności.

Nie przesadzajmy. Duchowni, którzy posługują bezinteresownie wiernym, nie narzekają na brak przyjaźni. Nie robiłbym z księży męczenników samotności i celibatu. Owszem, zdarzają się momenty trudniejsze, kryzysy. Życie w sutannie może być jednak bardzo ciekawe. To zależy od samego księdza.

Przed seminarium żyło się pod opieką mamy. Od momentu wstąpienia o kleryków dba system wychowawczy. Dzieli się z innymi pokój, wspólnie wychodzi do miasta, prefekci mniej lub bardziej patrzą na ręce. A potem, nagle, trafia się na pierwszą parafię. I — często pierwszy raz w dorosłym życiu — wieczorem zostaje się samemu. To nie sprzyja samotności?

Brak własnej rodziny jest dużym problemem. Alumn musi nauczyć się być z sobą, zdobywać sztukę wypełniania tej samotności. Bez życia duchowego to jest niemożliwe.

Przejście z seminarium do pracy parafialnej jest dla wielu trudne. Życie w wielkiej wspólnocie może zmylić. Jeżeli ktoś nie zna siebie, może mu się wydawać, że nie będzie problemu. Gdy młody wikary spotka na pierwszej parafii ojcowskiego proboszcza, łatwiej poradzi sobie z samotnością, a jeżeli takiego oparcia mu braknie, wówczas może to być próba życiowa. W seminarium trzeba jednak myśleć nie tylko o kapłańskiej samotności, ale także o tym, jak na co dzień traktujemy innych. Nie można się utopić w seminaryjnym tłumie.

W czasie rekolekcji mówię alumnom: „To, co dzieje się między wami, jest nieraz ważniejsze od tego, co dzieje się między wami a przełożonymi. Myślcie o tym, jak reagujecie na kolegów, którzy was np. irytują swoim zachowaniem. Przecież wierni, którzy za kilka lat przyjdą do kancelarii parafialnej, też będą bardzo różni. Musicie odnosić się do nich z szacunkiem, ponad własnymi sympatiami i antypatiami”.

Ważne jest pewnie i to, jakie życie prowadził młody człowiek przed wstąpieniem do seminarium.

Negatywne doświadczenia moralne w młodości są zawsze otwarciem pewnej furtki. Alumn, po rozpoczęciu seminarium, nie może powiedzieć: To, co było do tej pory, nie jest ważne. Zaczynam nowe życie. Jakie nowe życie? On ma swoje „stare życie” w każdej komórce swojego ciała! Jeżeli ktoś miał dwuznaczne doświadczenia moralne, konieczne jest najpierw nawrócenie. Dla formacji kapłańskiej decydująca jest motywacja moralna i duchowa.

Jak ją rozpoznać?

To się po prostu czuje. Widać np., że kleryk unika pewnych tematów, nie ma żadnych trudności, wątpliwości. Albo latami opowiada ojcu duchownemu o tym, jak wszystko wokół jest piękne. Jeżeli ktoś jest bardzo ułożony i grzeczny, trzeba zapytać: Gdzie jest druga strona życia? Ludzie o wysokiej motywacji są przejrzyści, wolni, ofiarni, nie boją się aż tak bardzo o siebie.

W kurii katowickiej obowiązywał kiedyś nakaz rocznego urlopu dla seminarzystów — po to, aby mogli się nauczyć samodzielności.

To był bardzo dobry pomysł. Przyszli księża winni wychodzić do ludzi. Wyjść do ubogich na ulicę. Pewnym księżom przydałoby się wyjechać na rok i dłużej z posługą duszpasterską na Ukrainę, do Rosji, do Afryki, zobaczyć, jak tam ludzie żyją. W całej Afryce jest tylu księży, co w Polsce. Gdy weźmiemy pod uwagę Kościół w Ameryce Łacińskiej, w Rosji, w Azji, to możemy powiedzieć, że nas jest za dużo, bywa, że „kisimy się”. To prawda, że jesteśmy >
przepracowani, ale dlatego, że robimy rzeczy, które mogliby wykonywać świeccy. Nie trzeba mieć święceń, żeby uczyć dzieci w szkole, stawiać budynki, liczyć pieniądze, organizować pielgrzymki. Benedykt XVI przypomniał nam, że winniśmy być specjalistami od życia duchowego.

My, księża, musimy powracać nieustannie do autentycznej duchowości. Szczerość i ofiarność wobec drugiego człowieka jest konsekwencją szczerości wobec siebie i wobec Boga.

Jak przygotowywać kleryków do życia w szybko zmieniającej się rzeczywistości?

Winni uznać, że nie są żadną wybraną kategorią społeczną, ale normalnymi ludźmi. Św. Augustyn mówił: „Dla was jestem biskupem, ale z wami jestem chrześcijaninem”. Definicja księdza diecezjalnego — w moim odczuciu — może być prosta: uczciwy, zaangażowany i pobożny chrześcijanin, który posługuje swoim kapłaństwem. Jeśli powołanie jest prawdziwe, jego siłą są głębokie pragnienia duchowe. One są łaską i darem. Nie tylko pragnienie bycia księdzem, ale nade wszystko pragnienie bycia uczciwym, pragnienie życia duchowego, modlitwy, ofiarnej posługi, naśladowania Jezusa w Jego krzyżu.

Nie chcę bynajmniej osądzać o. Krzysztofowicza, nie moja to rzecz, ale patrząc od strony społecznej, nie zapisze się on dobrze w ludzkiej pamięci. Gdy przypomną go sobie ci, którzy się u niego spowiadali, jego „pożegnalne nagranie” może bardzo boleć. Jeżeli ktoś decyduje się na odejście z kapłaństwa, winien to zrobić na kolanach. Przed każdym, kogo spowiadał, komu głosił Słowo Boże.

Ale jego wyznanie było autentyczne, można je wręcz potraktować jak spowiedź. „Nie potrafiłem nauczyć się kochać” — to jest jednak wyznanie grzechu.

Spowiadać trzeba się przed Bogiem, w konfesjonale. Nie grzeszymy jeden przeciwko drugiemu, ale przeciwko Stwórcy. I dlatego takie wyznania trzeba robić najpierw przed Nim. Jeżeli brakuje skruchy przed Bogiem, to wyznawanie grzechów przez ludźmi bywa jedynie samoponiżaniem.

Surowa ocena.

To prosta konsekwencja słów Jezusa, że tylko Bóg odpuszcza grzechy. Jeżeli tak, to prośmy o to najpierw Jego. A kto powiedział, że życie jest łatwe i lekkie? W pocie czoła zdobywamy nie tylko „kawałek” codziennego chleba, lecz także „kawałek” uczciwości i wiarygodności. Rzecz w tym, że dziś wszystko lubimy ujmować psychologicznie i epatujemy tanim ekshibicjonizmem. Mówimy: „Mam prawo to powiedzieć, wyznać”. Ale jest też pytanie: „Czy drugi ma obowiązek tego słuchać?”. Kultura i sztuka międzyludzkich relacji wyraża się m.in. w tym, że człowiek wie, kiedy, co, komu i w jaki sposób powiedzieć. Internet nas psuje, ponieważ anonimowo można wyzywać, bluźnić, oskarżać, czynić emocjonalne wyznania, które bywają żenujące.

Co każdy z nas wie o sobie? Bardzo niewiele. Dopiero próby życiowe pokazują, jacy jesteśmy, na co nas tak naprawdę stać. Ojcowie Pustyni pościli, modlili się całymi dniami — to było ich laboratorium człowieka. Jeżeli człowiek żyje wygodnie, cóż on może wiedzieć o sobie? Z pewnością nie wie, jak zareaguje, gdy zabraknie mu komfortu lub dotknie go cierpienie.

Czyli Ojciec mówi o konieczności posiadania przez księży świadomości, że zostawiają ślad w innych ludziach?

My, księża, pracujemy „z ludzką duszą”. Jedynym narzędziem w tej pracy jest nasze własne życie. Tak jak traktuję swoje życie, tak też potraktuję życie innych. Gdy w rekolekcjach proponuje się niekiedy powrót do historii życia, niektórzy mówią: „Po co grzebać w historii?”. Nie jest to ładne wyrażenie. Oznacza bowiem, że boimy się własnej historii, gdyż jawi się ona jako pasmo grzechu, krzywdy, upadku. Tymczasem każda historia ludzka jest najpierw historią zbawienia, miłości Boga do człowieka. Różne przypadki zdarzają się nam w życiu, człowiek bywa słaby. Jednak ważne jest, by o tym szczerze mówić Bogu i być gotowym do ponoszenia konsekwencji. Z historii naszego życia niczego nie da się wymazać gumką. Im więcej w historii było krzywdy i słabości, tym większe mamy prawo do łaski i miłosierdzia.

W rekolekcjach zachęcam alumnów do szczerości. Niektórzy mówią: „Jeśli powiem przełożonym o mojej historii, to mnie wyrzucą”. Odpowiadam: „Nie daj się wyrzucić. Niech szczerość będzie argumentem za tym, że jesteś człowiekiem odpowiedzialnym i zaangażowanym w przygotowanie do kapłaństwa”.

Kiedy przyjmujemy do seminarium ludzi z problemami, jesteśmy zobowiązani udzielić im stosownej pomocy: duchowej i psychologicznej. Jednym ze sprawdzianów autentyczności zaangażowania jest, w moim przekonaniu, korzystanie z psychoterapii, gdy zachodzi taka potrzeba i przełożeni ją proponują.

Pomoc psychologiczna przydałaby się również wielu starszym księżom.

U niektórych — zwłaszcza u tych o dużym poczuciu (posłużę się terminologią Ewagriusza z Pontu) „próżnej chwały” — wspomnienie o psychoterapii powoduje reakcję alergiczną. Tymczasem, gdy nie radzimy sobie ze stresem czy emocjami, jest to jak pójście do dentysty. Ale gdy duchowny korzysta z terapii psychologicznej, winien więcej się modlić, szczerzej spowiadać. Bo to nie w relacji do drugiego człowieka, ale do Boga rozwiązuje się problem. Komuś te bolesne doświadczenia trzeba oddać. Terapeuta na pewno nie weźmie ich na siebie. Psychoterapia jest trudna, ale przeprowadzona uczciwie i z odwołaniem do życia duchowego bywa skuteczna. Nie powinna być jednak protezą, którą ksiądz podpierałby się całe życie.

Do dobrego funkcjonowania potrzebne są również intymne, osobiste relacje z innymi ludźmi.

Dlatego tak ważne jest budowanie przyjaźni. Dla księży mogą to być związki z własną rodziną.

A co, jeśli rodziny zabraknie?

Mój mistrz z okresu studiów, kubański jezuita i psychiatra Federico Arvesú doradzał księżom przyjaźnie z młodymi małżeństwami. Są najbezpieczniejsze. Pozwalają na uczestnictwo w życiu rodzinnym, dają możliwość bycia świadkiem rozwoju i dorastania dzieci. Może to być bardzo pomocne w pracy duszpasterskiej. Wymaga jednak otwartości danego małżeństwa. A od księdza — subtelności i uwagi, bo nawet niechcący łatwo urazić czyjeś uczucia. Ksiądz jest mimo wszystko gościem, nie członkiem rodziny.

Zdarza się, że ksiądz w podeszłym wieku zaprzyjaźnia się z dojrzałą kobietą. Taka relacja, pozbawiona kontekstu seksualnego, zapewnia mu opiekę i czułość — i to w czasie, kiedy samotność grozi najczęściej.

To delikatna sprawa, ponieważ celibat dotyczy nie tylko seksu, ale także uczuć. Każdy przypadek takiej przyjaźni należałoby rozeznać indywidualnie, sprawdzić, czy mamy do czynienia z osobami dojrzałymi emocjonalnie.

Jeżeli chodzi o przyjaźń, trzeba trzymać się klasyki: Cycerona, Elreda z Rievaulx. Przyjaźń winna być budowana wokół cnoty, wartości, dążenia do wzniosłych celów. Obserwując życie Jana Pawła II, miałem wrażenie, że on nie miał kolegów, ale właśnie przyjaciół, z którymi robił rzeczy piękne i ważne. Ci ludzie do dziś czują się zaszczyceni sposobem traktowania ich. Każdy czuł się wyróżniony tym, że mógł zrobić coś razem z papieżem. Nikt nie był traktowany przedmiotowo. Ale nie tylko Jan Paweł II. Proszę przyglądać się duchownym, którzy są zaangażowani duszpastersko. Oni też mają wielu przyjaciół. Mówienie, że przyjaźń w życiu księży jest czymś rzadkim, odnosi się do tych, którzy zajmują się najpierw sobą.

Czy klerykom w seminariach nie powtarza się jednak, że powinni ograniczać osobiste relacje do innych ludzi, bo miłość jest tylko jedna — do Boga?

Tak się chyba jednak nie mówi, a gdyby się mówiło, byłoby to chore. Podkreślanie wyłącznie miłości do Boga może być dwuznaczne. Nie ma miłości Boga bez miłości do człowieka. Sprawdzianem doświadczenia Bożej miłości jest to, jak traktujemy swoich przyjaciół i wrogów. Należy odróżnić przeżycia i doznania od rzeczywistości moralnej. Mówienie o miłości nadprzyrodzonej nie może być rodzajem ucieczki. Ksiądz musi być ludzki: zauważyć innych, zwłaszcza słabych, kruchych, upokorzonych. O tym, jakimi jesteśmy księżmi, wiele mówi nasze traktowanie ubogich.

Kapłani to zwykli ludzie z nadzwyczajną misją. Bycie księdzem jest trudne. Wszystkim nam zdarzają się kryzysy. Ktoś uczy religii i po kilku latach jest tak przeciążony i wypalony, że odwiedza psychiatrę, bierze leki, ale jednocześnie narzeka na młodzież, szkołę, przełożonych. A tymczasem jego prawdziwe problemy są ukryte w nim, wynikają nieraz z nagromadzenia, przez długi czas, złych doświadczeń.

Nawet krytycznie nastawione wobec Kościoła media wymagają od księży więcej niż od innych ludzi. Czy klerycy czują tę presję? W końcu wychowuje się ich do pełnienia funkcji w nimbie prestiżu, którego już dzisiaj — zwłaszcza w dużych miastach — nie ma.

Na pewno zaszła zmiana cywilizacyjna. Dotyczy ona zwłaszcza traktowania duchownych przez ludzi młodych. Księża boleśnie odbierają narastającą w stosunku do nich agresję. Wielu sobie z tym nie radzi.

Media, opisując tematy kościelne, często używają kontrowersyjnych środków. Bywają brutalne i niesprawiedliwe. Ale musimy przy tym pamiętać, że człowiek sprawdza się nie tylko wtedy, gdy sam się prezentuje, ale przede wszystkim, gdy ktoś go „podgląda”. My, księża, nie powinniśmy mieć nic do ukrycia. Niekiedy mówię księżom: gdy rozmawiasz z penitentem w konfesjonale, rób to w taki sposób, żebyś — gdyby okazało się, że ma przy sobie mikrofon i całość leci na żywo na całą Polskę — nie wstydził się ani jednego słowa.

Media zmuszają nas do większej przejrzystości, wytykają błędy. Obrażanie się, pójście w zaparte nie jest w tej sytuacji dobrym rozwiązaniem. Wielu biskupów na Zachodzie przestało media traktować jak demona. Jeżeli napiszą coś złośliwie, niesprawiedliwie — trudno. Trzeba dopominać się o prawdę. Jednak gdy to robimy, bywa, że nas po prostu lekceważą. Jezus mówił: „Biada wam, jeżeli wszyscy chwalić was będą”. Weźmy np. opisywany przez dziennikarzy przypadek ks. Mirosława G. z Poznania, u którego na plebanii urodziło się i zmarło jego dziecko. To nie dziennikarka, która nagrała później jego wyznanie, zresztą niezbyt uczciwie, obnażyła go. On sam się obnażył tym, co mówił.

To nie da się pić w liceum, a później być dobrym duszpasterzem?

Da się, ale trzeba się naprawdę nawrócić.

 

Ksiądz z Poznania mówił jednak o tym, że z nałogu wyciągnął go Chrystus.

Sposób, w jaki się zaprezentował, nie świadczy o nim dobrze. Nie oceniam jego sytuacji osobistej. Fakty świadczą o tym, że nie dorósł do powierzonej mu funkcji.

A może przysłużyłaby się większa surowość biskupów, którzy mogą karać podległych im duchownych?

Nie chodzi o surowość, ale o korzystanie z praw przełożonego. Zdarza się np., że parafianie narzekają na księdza, bo krzyczy na nich w konfesjonale. Biskup mógłby go zawiesić, choćby na dwa tygodnie, by go upomnieć. Przenoszenie do innej parafii księży, którzy mają coś na sumieniu, nie jest dobrą metodą. Pokazało to wielokrotnie życie.

W książce „Kapłaństwo” pisał Ojciec, że „kapłaństwo nie jest najpierw »sztuką« uprawianą przez człowieka, ale czystym darem, jaki Chrystus ofiaruje tym, których sam wybiera”. Czy jednak — w sytuacjach, w których duchowni zawodzą — nie jest to dar niekompletny lub przekazywany nieprzygotowanym do tego ludziom?

Powiedziałbym raczej: zmarnowany. Każdy Boży dar można zaprzepaścić. Katolicy mają procedurę stwierdzania nieważności sakramentu małżeństwa. Prawosławni mówią inaczej: sakrament małżeństwa umarł, został przez małżonków zmarnowany. Tak właśnie dzieje się czasem z łaską kapłaństwa; ona może umrzeć, gdy ksiądz nie karmi jej codzienną skruchą i modlitwą. Wielu byłych księży lubi podkreślać, że są „kapłanami na wieki”. Tak, ale ich łaska kapłańska dawno umarła, to umrzyk w trumnie; tak właśnie wtedy trzeba mówić: sakrament kapłaństwa umarł. A skoro umarł — to konieczna jest żałoba i pokuta.     

Rozmawiali Artur Sporniak i Marcin Żyła

O. Józef Augustyn (ur. 1950 r.) jest  jezuitą, kierownikiem duchowym, redaktorem naczelnym kwartalnika „Życie Duchowe”, animatorem rekolekcji ignacjańskich.
Autor wielu książek z zakresu życia duchowego i pedagogiki chrześcijańskiej.

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: kryzys kobieta dominikanie Gdańsk dominikanin przeor porzucenie kapłaństwa Jacek Krzysztofowicz ksiądz z Poznania martwe dziecko na plebanii
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W