Br. Damian Wojciechowski: Pilecki do raportu, Holland na generała

W czasach PRL w armii byli tzw. oficerowie kulturowo-oświatowi. Ich zadaniem było dbać o morale żołnierzy. Dziś historia się powtarza, jako swoista farsa: oto żołnierzy prowadza się na panel dyskusyjny, podczas którego muszą słuchać wystąpienia Agnieszki Holland, robiącej wszystko, aby ich morale podminować oraz innych oświeconych, którzy deprecjonują rotm. Witolda Pileckiego, wychwalając jednocześnie „Ostatnie Pokolenie”.

„Żołnierze z 1. Warszawskiej Brygady Pancernej, ale także z innych jednostek, dostali rozkaz uczestniczenia w panelu dyskusyjnym w muzeum POLIN na temat postaci Jana Karskiego, a także ogólnie o odwadze i męstwie. Do samego końca nie wiedzieli, że jadą wysłuchać przemówienia między innymi Agnieszki Holland, która niejednokrotnie w sposób bardzo negatywny i skandaliczny wypowiadała się o służbach na granicy, a przypomnijmy, że to właśnie żołnierze warszawskiej brygady chronili granicę i to zabity przez cudzoziemca żołnierz Mateusz Sitek służył w tej brygadzie. To jego koledzy i koleżanki na rozkaz Dowództwa Generalnego musieli słuchać słów Agnieszki Holland. Tak zrelacjonował nam to spotkanie jeden z uczestników:

Po 30 minutach zaczęli dyskutować o Rotmistrzu Witoldzie Pileckim, postawiono hipotezę/pytanie, czy aby na pewno ucieczka Rotmistrza Pileckiego z Auschwitz była tak filmowa i bohaterska, zastanawiano się, czy może nie należałoby zmienić nazwy instytutu Solidarności i Męstwa im. Rotmistrza Witolda Pileckiego na imienia Anny Walentynowicz. W tym momencie część żołnierzy zaczęła wychodzić z sali i czekała na zewnątrz na zakończenie panelu. Nie mogli słuchać tego jak podważa się męstwo i odwagę Rotmistrza Pileckiego. Za to kilka razy podkreślono, że działania organizacji „ostatniego pokolenia”, która blokuje drogi, to jest symbol męstwa i odwagi.”

I koniec cytatu z Facebooka. Za PRL w armii byli oficerowie kulturalno-oświatowi (po radziecku „politruk”), którzy dbali o morale i duch bojowy żołnierzy, aby ci wiernie realizowali decyzje Partii oraz strzegli sojuszu z ZSRR. Taki politruk nigdy by nie poprowadził swoich podkomendnych na „Człowieka z żelaza” czy marmuru lub film „Zabić księdza” Holland o ks. Popiełuszce, albo inny film uderzający w zdolność bojową żołnierzy LWP. Możemy dziś powiedzieć, że Partia się myliła i konsekwentnie mylili się ci oficerowie, ale w tamtych czasach jak mogli tak sumiennie wypełniali swoje obowiązki. A co powiedzieć o współczesnych politrukach? Wygląda na to, że biorą pieniądze i zawalają swoją robotę. Są dwa warianty: albo nie znają poglądów Agnieszki Holland i jej filmu „Zielona granica”, czyli są totalnie niekompetentni w porównaniu z PRLowskimi politrukami, którzy jakieś pojęcie o kinie mieli, albo dobrze wiedzieli czego można się spodziewać od Pani Reżyser, czyli działali na szkodę obronności Polski, rozkładając morale naszych żołnierzy. Szczególnie wzrusza, że pokazywano naszym żołnierzom bohaterów „Ostatniego pokolenia” jako wzór do naśladowania. Może i żołnierze zamiast jeździć na poligon powinni zacząć blokować drogi? Bo na poligonie od tego całego strzelania, to tylko zające i chomiki mają nerwicę, a przecież ich dobrostan to główna nasza troska. Tak więc rozpieszczona gówniażeria z rodzin, gdzie za dużo kasy, a za mało serca i rozumu, będzie uczyć naszych obrońców jak Ojczyzny bronić.

Za uchodźcami, a nawet przeciw

Muszę jednak przyznać, że jestem pełen szacunku dla Pani Holland za to, że jest wierna swoim poglądom i nawet śmiała wypomnieć premierowi, że wcześniej to kochał uchodźców, a teraz to ich chce od granicy odganiać. Pan Andrzej Olechowski (jeśli ktoś nie pamięta jeden z naszych autorytetów z listy Macierewicza) w PlusieMinusie (18) zdradza tajemnicę, że premier był zawsze przeciw uchodźcom, kłócił się o to nawet z Angelą, ale musiał się ugiąć pod naciskiem … partii i wyborców! No, nie PZPR tylko PO. Aż mi się premiera żal zrobiło i bym go nawet przytulił. Cóż to za partia, która tak łamie sumienia ludzi?! I w ogóle to premier to zawsze podejrzliwie odnosił się do Niemiec i Rosji – tak twierdzi Pan Andrzej. A fotografie z Wołodią i Angelą, uściski, poklepywania? To pewnie AI nabroiła. Czyli Pan premier nie chciał, ale musiał witać uchodźców.

W związku z tym myślę sobie jak to jest z tymi partiami? No są takie ideowe, co to mają jakiś program, ludziom się podoba i na taką partię głosują. Widocznie są też partie, które są do wynajęcia. Chodzi taka partia po rynku i czeka aż ktoś ją wynajmie. Przychodzą wyborcy i zatrudniają taką partię, żeby ona uchodźcom drzwi szeroko otwarła. A w następnych wyborach taką partię wynajmą ci, którzy chcą żeby zamknęła. Najgorzej to jak najmą ci, którzy chcą, żeby otworzyć, a po wyborach zapłacą więcej ci, którzy chcą żeby zamknąć. No to się bałagan robi i zamieszanie. Pan Andrzej potwierdza moją teorię o partiach do wynajęcia, tylko mówi to tak mądrzej, że „dzisiaj na całym świecie dochodzi do rozmaitych przewartościowań, przedefiniowania postaw i wartości, którymi kierujemy się w codziennej polityce”. Krótko mówiąc „tylko krowa nie zmienia poglądów”. Czyżby krową była Pani Agnieszka? No na pewno ja, bo zawsze twierdziłem, że ci uchodźcy to jedna wielka hucpa. Jeśliby dziś żył Prezydent Kaczyński, to też by mógł powiedzieć, że jest krową, bo wykonał tą swoją wyśmianą przez wszystkich eskapadę do Gruzji, a rok później na molo Pan premier z Wołodią się ściskali, a teraz Premier okazuje się zawsze podejrzliwie się do Rosji odnosił.

Lewica, czyli wiara à rebours

Więc kim jest Pani Agnieszka? Otóż Pani Agnieszka jest osobą wierzącą i to głęboko. Lewicowość to nie jest żaden światopogląd polityczno-społeczny, lewicowość to wiara, wiara bez Boga, ale wiara. To nie kwestia rozumu, to kwestia uczuć religijnych i dlatego Pani Agnieszka jest konsekwentna: dogmatów się nie zmienia, dogmaty się wyznaje. Jeśli wiara w uchodźców jest częścią religii, to nie można co kilka dni taki dogmat wyrzucać do lamusa. I za tę jej religijną wierność szczerze ją szanuję, że mimo, że mamy czasy przewartościowań i przedefiniowań ona wiernie trwa przy swojej wierze. Czasami nawet jak w przypadku „Zielonej granicy” kroczy po cienkiej, czerwonej linii między sztuką i propagandą.

Lewicowość to coś poza rozumem, poza logiką, to coś głęboko w duszy, w najgłębszych emocjach. Kiedy w czasie stalinowskich czystek starzy towarzysze i towarzyszki (w dużej części Żydzi) szli pod ścianę, to wielu z nich twierdziła, że nawet jeśli oni mają pełne przekonanie, że są niewinni, to jeśli Partia mówi, że są winni, to znaczy, że rzeczywiście są winni, nawet jeśli rozum mówi coś przeciwnego. I tak winni/niewinni dostawali kulkę, ale umierali pełni wiary. Pani Agnieszka należy do tego ideowego, wierzącego pokolenia, co się kulom nie kłania. A skąd się taka wiara bierze? Bardzo często jak u katolików to kwestia pochodzenia, tradycji. Ojciec Pani Holland był typowym przedstawicielem żydokomuny, całych pokoleń sekularyzujących się od czasów Napoleona żydów, którzy wyszli z getta (chodzi o te z XVIII wieku, a nie warszawskie), którzy porzucili swoją religię i z wielkim niepokojem szukali nowej wiary, którą dla wielu z nich stała się lewicowość. Mama zaś była rewolucjonistką i razem ze swoim mężem doprowadziła za Stalina do wyrzucenia prof. Tatarkiewicza z UW. Tak więc lewicowość to coś, co wysysa się z mlekiem matki i otrzymuje w genach, choć ta wiara może być też i nabyta. Lewicowość może też być motywowana jakimiś przypadłościami życiowymi. Np. niedawno jedne z moich współbraci robił na youtube milczące protesty w obronie uchodźców. Od razu sobie pomyślałem: tu musi być coś głębiej. I rzeczywiście, wkrótce potem zrobił comingout i jeszcze miał do jezuitów pretensje, dlaczego od razu go nie wyrzucili za jego homoseksualne skłonności i z tym akurat jego protestem zdecydowanie się zgodzę. Pani Agnieszka Holland też się chlubi, że jej córka jest lesbijką. Jak widzimy uchodźcy, LGBT to wszystko dogmaty jednej wiary. Ja jestem człowiekiem wierzącym i choć moja wiara domaga się rozumienia oraz przeciwna jest fideizmowi – to znaczy chęci wierzenia wbrew rozumowi, to jednak szanuję ludzi innych wyznań, w tym lewicowych, jeśli tylko nie próbują mi wmawiać, że u nich wszystko na logikę i rozum.

Co do uchodźców, no to Pani Agnieszka ma oczywiście taki problem, że już nakręciła tę „Zieloną granicę” i oczywiście byłoby jakoś poniżające kręcić teraz tylko ze względu na ideologiczne mataczenie Pana Tuska „Zieloną granicę 2”, gdzie rodzina uchodźców ganiała by z siekierą po poleskich bagnach  szeregowego Mateusza Sitka. Ale jeśliby uchodźcy w końcu przerwali mur naszych żołnierzy na białoruskiej granicy, to oczekiwałbym, że wiara Pani Agnieszki wyrazi się w tym, że przyjmie pod swój dach tę rodzinę, którą tak wytrwale filmowała w poleskich bagnach, tak jak w klasztorze w którym żyję już 3 lata bezpłatnie przebywają 2 ukraińskie rodziny z niepełnosprawnymi dziećmi. Bo jak mówi Pismo Święte „wiara bez uczynków jest martwa”.   

Temat godny filmu: Wanda Półtawska

Holland na generała? A dlaczego niby nie? Np. Frau Ursula była ministrem w Reichu, a po niej jeszcze dwie panie (co ciekawe wszystkie trafiały do armii z ministerstwa edukacji, rodziny, kobiet, kultury, pracy, spraw społecznych – co świadczy o niezwykłej wszechstronności tych kobiet i znaczeniu jakie w rządach RFN oddawano sprawom obronności – jak tu nie zrozumieć Trumpa, który się na to wścieka) i dzięki ich wysiłkom nie musimy się w najbliższych latach martwić, że nas Wermacht zaatakuje: czołgi zardzewiały, bo wszystkie pieniądze poszły na toalety dla transżołnierzy.  

Szczerze ceniąc Panią Agnieszkę Holland tak za jej filmy (choć nie szczególnie za tę Granicę), jak i za stałość w wierze i dlatego chciałbym jej podrzucić ideę sfilmowania książki Wandy Półtawskiej „I boję się snów” – opowieść o jej uwięzieniu w obozie w Ravensbruck, kiedy miała tyle lat, co żołnierz Mateusz (czyli 21). To fantastyczny i właściwie gotowy scenariusz. Pani Wanda była jednym z królików doświadczalnych, którym rozcinano nogi i w celach doświadczalnych zarażano różnymi bakteriami. Jest tam taka scena, że „króliki”, opierając się na kulach i jedna na drugiej, idą przez cały obóz pod oklaski innych współwięźniarek, aby oświadczyć komendantowi, że kobiety w obozie postanowiły, że nie wydadzą już nikogo na te pseudomedyczne eksperymenty. Pani Wanda wykazała się też później nie mniejszą odwagą niż „Ostatnie pokolenie”, kiedy to osobiście dostarczyła JPII teczkę na abp Paezta, którą to teczkę nuncjusz Kowalczyk dziwnym trafem ciągle gubił. Oczywiście sprawa jest skomplikowana, no bo z jednej strony Pani Reżyser powinno się spodobać, że Pani Wanda pokazała obłudę katolickiej hierarchii, ale z drugiej strony to co w tym złego, że abp był homo jak jej własna córka?

I jeśli poczytać książkę Pani Półtawskiej to znajdziemy tam też wiele innych ciekawostek. Uważała ona, że w obozie było kilka poziomów odczłowieczenia więźniów: pierwszy kiedy więźniarki rzucały się jak zwierzęta na wszystko co nadawało się lub nie do jedzenie, następny to kradzenie chleba innym więźniarkom, trzeci poziom upadku to prostytucja w burdelach Wermachtu (polskie więźniarki wysłały do komendanta delegację, aby w odróżnieniu od więźniarek innych narodowości nawet im nie proponować tego intratnego w obozie koncentracyjnym zajęcia). No i ostatnie poziom odczłowieczenia, który Pani Wanda wspomina z największą odrazą to … lesbijki. Przy czym nie chodzi tu o kobiety, które trafiały do obozu za tę dewiację seksualną, lecz o kobiety, które w wyniku emocjonalnych traum i niedoboru miłości same decydowały się zasmakować w lesbijskiej miłości. Jest to tak zwany homoseksualizm sytuacyjny, który sam obserwowałem w kirgiskim więzieniu kobiecym, prawda nie w tak drastycznych formach jak to opisuje Półtawska: „ „elel” znaczy w obozie miłość lesbijską i to zohydziło znowu człowieka. Boże, czy to jeszcze są ludzie?  Czy my po paru latach będziemy takie same? Oczy, wstrętne oczy podglądające naszą nagość. Nie mogłam się rozebrać, czekałam aż zgaszą światło. Przestałam wierzyć w czułość i czystość. Dostałam liścik: „Jeśli chcesz mnie kochać przyjdź za róg dwunastki”. Ogarnął mnie śmiech: aha więc miałam grać rolę „mana”. Po kilku dniach zaczęłam dostawać inne listy. Od „manów”. Okazało się, ze chcą mnie także na „kobietę”. Czułam się osaczona tym pożądliwym tłumem zboczeńców. To chyba było gorsze niż głód. Lesbische Liebe szerzyło się na prawach epidemii. Kobiety, które początkowo wzdrygały się ze wstrętem, powoli ulegały. Szła jak zaraza … jak płomień … jak namiętność. Patrzyłam na to z przerażeniem. Widziałam, jak siwa, stara kobieta klęczała na ziemi i całowała namiętnie nogi czarnej, młodej cyganeczki, jak potem rozbierała ją do naga z zachłannością, o którą nigdy bym ją nie posądzała. Jedenasty blok… zimno mi się robi na wspomnienie… blok, gdzie poznałyśmy pierwszy raz całą ohydę słowa „elel”. Powoli z człowieka nie zostawało nic.” I trzeba tu dodać, że w tym 11, lesbijskim bloku były najgorsze, najbardziej zwierzęce relacje między więźniarkami, największy brud, brutalność, złodziejstwo i wulgarność.

Tak więc film na podstawie książki Półtawskiej miałby silny ładunek feministyczny, ale byłby też kontrowersyjny ze względu na jej negatywny stosunek do LGBT. Trudna sprawa, ale jak wiadomo wielcy artyści lubią sprawy trudne i kontrowersyjne.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama