Przekłamywanie historii

Faktem jest, że Polska bój o pamięć historyczną przegrywa...

"Idziemy" nr 22/2009

Jacek Karnowski

Przekłamywanie historii

Okładkowy artykuł opiniotwórczego liberalnego „Der Spiegel” o europejskich „pomocnikach” niemieckich autorów Holocaustu na szczęście wywołał w Polsce dość żywą reakcję. Piszę „na szczęście”, ponieważ oznacza to, że nad Wisłą wciąż nie ma zgody na pisanie historii na nowo. Niemiecki tygodnik, przypomnijmy, stawia tezę, że bez pomocy narodów środkowo- i wschodnioeuropejskich naziści nie zdołaliby sami wymordować Żydów. Opisane w artykule przykłady są zapewne prawdziwe, ale całość prawdziwa nie jest. Stawia bowiem na jednej płaszczyźnie pomysłodawców mordu, jego głównych reżyserów i kolaborantów, których niemal zawsze i wszędzie znajdzie każdy okupant, choćby z tej racji, że natura ludzka jest ułomna. Owo publicystyczne „zrównanie win” oznacza więc rozpoczęcie kolejnego etapu rozmywania niemieckiej odpowiedzialności za najbardziej zbrodniczą w dziejach wojnę. Już eksponowanie w niemieckiej historiografii słowa „naziści” jest zresztą próbą ucieczki do przodu, wszak „naziści” niekoniecznie muszą się kojarzyć z Niemcami, a można nawet twierdzić, iż Niemcy byli „pierwszą ofiarą nazistów” (pytanie tylko, od kogo Niemcy mają zażądać odszkodowań?). A przecież ani w czasie wojny, ani długo po niej świat nie miał wątpliwości, że to nasi zachodni sąsiedzi, jako naród, odpowiadają za wyjątkową w dziejach eksplozję nienawiści. To była zbrodnia, której bez Niemców by nie było.

Faktem jest, że Polska bój o pamięć historyczną przegrywa. Po kolejnych wybrykach zachodniej prasy („polskie obozy koncentracyjne”), po kolejnych spotach Komisji Europejskiej (brak wzmianki o „Solidarności”) i kolejnych prowokacjach ze strony rosyjskiej („Katyń nie był ludobójstwem”) nasze władze zapowiadają zdecydowane działania. MSZ pisze nawet protesty – i chwała mu za to. Ale skuteczność tego typu działań jest minimalna. Doszło do tego, że osoby głoszące prawdę o II Wojnie Światowej otacza aura nieco dziwnych dysydentów. „Dziennik” cytuje np. list nauczyciela historii z Kanady, który napisał do redakcji „Spiegla”: „Może to już czas, by Polacy wzięli głęboki oddech i pogodzili się z taką wersją historii, jaką podziela dzisiaj reszta świata?" – retorycznie pyta ów, zapewne pełen dobrych intencji, człowiek. A niemiecka gazeta „Die Welt” nazywa nasze protesty „kolejnym atakiem historycznej histerii”; tak oto wołanie o elementarną prawdę, choćby z szacunku dla naszych przodków, staje się synonimem awanturnictwa.

Na naszą niekorzyść działa też światowy przemysł rozrywkowy, który dziś nie jest skłonny naruszać interesów silnych, a piskiem słabych – czyli nas – specjalnie się nie przejmuje. Do tego dochodzi widoczna w całym świecie zachodnim marginalizacja historii w nauczaniu, zjawisko obecne zresztą i u nas. W rezultacie każde kolejne pokolenie Europejczyków czy też Amerykanów wie mniej o przeszłości i wszystko już mu się miesza. Młodzi ludzie wiedzą co najwyżej, że w czasie wojny mordowano Żydów, ale cały kontekst tej zbrodni to już wielka niewiadoma. Niemcy dziś kojarzą się dobrze, to naród gospodarczego i politycznego sukcesu, a przecież ktoś za tę zbrodnię musi odpowiadać… A że fabryki śmierci znajdują się w Polsce, to i odpowiedź nasuwa się sama.

Nie należy też mieć większych złudzeń, iż artykuł ze „Spiegla” to tylko jedna z wielu publikacji, która przeminie. To raczej przełamanie powojennego tabu, które dotąd zabraniało Niemcom rozliczania innych z ich historii. Za publicystami „Spiegla” podążą za chwilę poważni historycy, później reżyserzy filmowi, a na końcu politycy. To, co dziś wydaje się kontrowersyjną tezą, stanie się tzw. paradygmatem, czyli wersją obowiązującą. Zapewne wówczas tę „prawdę” przyjmą także miliony Polaków, którzy nie będą chcieli uchodzić za „wariatów” albo – co gorsza – „nacjonalistów”.

opr. aś/aś

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama