Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Zbigniew Brzeziński

NATO - dylematy rozszerzenia

Pięćdziesiątą rocznicę utworzenia NATO, przypadającą na kwiecień przyszłego roku, naznaczy zamknięcie procesu pierwszego od pokojowego końca zimnej wojny rozszerzenia Sojuszu. Zarazem zaś jubileusz ten da z pewnością początek nowej dyskusji o tym, czy Sojusz powinien rozszerzać się w przyszłości. Nie jest zatem zbyt wcześnie, by zastanowić się nad kilkoma aspektami tego zagadnienia. Chodzi tu o sprawy o takim szerokim geostrategicznym znaczeniu, jak charakter długofalowych stosunków między Europą a Ameryką, właściwy zakres sojuszu euroatlantyckiego, relacja między nim a postępującym rozszerzaniem się Unii Europejskiej, relacja między Rosją a rozszerzonymi strukturami europejskimi i euroatlantyckimi. Chodzi tu również o rozstrzygnięcia w zakresie polityki bardziej doraźnej, które mogą dotyczyć konkretnego kalendarza jakiegokolwiek następnego rozszerzenia, jego kierunku geograficznego i rozległości.

Krótko mówiąc - czy, a jeśli tak, to dlaczego, kiedy, gdzie i w jak wielkim stopniu należy jeszcze rozszerzać Sojusz, i w którym miejscu trzeba by proces ten zatrzymać. Oto pytania, które powinno się postawić i spróbować na nie odpowiedzieć.

Europa: nie zakończone przedsięwzięcie

Zasadnicza lekcja płynąca z historii ostatnich pięciu dekad polega na tym, że bezpieczeństwo europejskie jest fundamentem pod europejskie pojednanie. Bez NATO Francja nie czułaby się dostatecznie bezpieczna, by pojednać się z Niemcami i tym aktywniej sprzeciwiałaby się - wraz z Wielką Brytanią - zjednoczeniu Niemiec. Dość przypomnieć w tym miejscu trwające do ostatniej chwili zabiegi i premier Thatcher, i prezydenta Mitterranda, by opóźnić (a nawet uniemożliwić) zjednoczenie Niemiec; na ich tle można docenić, w jak wielkim stopniu NATO pomogło w uspokojeniu utrzymujących się w Europie obaw przed potężnymi i potencjalnie dominującymi Niemcami, pomimo ich pozytywnego bilansu w dziedzinie demokracji i polityki europejskiej.

Co więcej, bez NATO i z tego samego powodu bardzo mało prawdopodobne byłoby powstanie najpierw Wspólnoty, a obecnie Unii Europejskiej. Również proces pojednania polsko-niemieckiego nie byłby możliwy bez amerykańskiej obecności w Niemczech i związanego z nią poczucia bezpieczeństwa, które wytworzyła w Polsce perspektywa jej członkostwa w NATO. To samo odnosi się do stosunków między Republiką Czeską a Niemcami, Węgrami a Rumunią, Rumunią a Ukrainą, dążenie zaś do wejścia do NATO wywiera podobny wpływ na postawę Słowenii wobec Włoch i Litwy wobec Polski.

W przewidywalnej przyszłości także ewoluujący proces pojednania między Polską a Rosją nabierze prawdopodobnie większego znaczenia. Polacy, gdy już znajdą się w NATO, mniej będą się obawiać, że braterski uścisk ich potężniejszego sąsiada zamieni się znowu w dławiące jarzmo. Z chwilą zaś, gdy Rosjanie dostrzegą, iż Europa Środkowa przestała być geopolityczną próżnią, zastąpią swą definicję własnej strefy interesów mniej ambitną. Zważywszy, że wszyscy zachodni sąsiedzi Rosji obawiają się - słusznie czy niesłusznie - jej aspiracji, osiągnięcie większego stopnia regionalnego bezpieczeństwa będzie zatem korzystne dla całej Europy, włącznie z Rosją.

Argument ten - że z bezpieczeństwa rodzi się pojednanie - zasługuje na powtórzenie w kontekście toczących się obecnie dyskusji na temat rozszerzenia NATO. Nawet pobieżny przegląd argumentów wysuwanych przez głównych przeciwników rozszerzenia dowodzi, jak bardzo mylili się oni w swych diagnozach. Byłoby właściwie brakiem uprzejmości dokładne wyliczenie wszystkich apokaliptycznych przepowiedni sformułowanych przez rozmaitych badaczy, eks-ambasadorów i autorów redakcyjnych komentarzy w odniesieniu do prawdopodobnych reakcji Rosji na rozszerzenie NATO. Nie potrafili oni po prostu wyciągnąć najbardziej elementarnych wniosków z najnowszej historii Europy.

Co więcej, budowa i rozbudowa zarówno Unii Europejskiej, jak i NATO, są oczywiście długofalowymi procesami historycznymi, dalekimi od zakończenia. Nawet jeśli na obecnym etapie byłoby rzeczą przedwczesną wytyczanie jakiejś linii demarkacyjnej - możliwe zaś, że linii takiej nie powinno się w ogóle wytyczać w sposób ostateczny, a to z uwagi na uwarunkowania procesów historycznych - jest z pewnością rzeczą oczywistą, że ani UE, ani NATO nie osiągnęły jeszcze swych najdalszych granic. Obie struktury publicznie zaangażowały się w proces rozszerzania, a rzut oka na mapę wystarczy, by stwierdzić, że ich obecnej wielkości nie można uznać za ostateczną.

Rozszerzanie UE i NATO to także procesy wzajemnie się wzmacniające. Jeden ułatwia drugi, a ich nakładanie się na siebie stwarza rzeczywistość ściślejszych wzajemnych powiązań politycznych. To zaś wzmacnia poczucie wspólnego bezpieczeństwa i jeszcze mocniej spaja Europę z Ameryką. Oba procesy można też porównać do uczniowskiej zabawy w skakanie przez plecy. W dowolnym momencie czasu rozszerzanie jednej struktury może wyprzedzać rozszerzanie drugiej. Polska znajdzie się w NATO, nim wejdzie do UE. Estonia będzie w UE prawdopodobnie prędzej niż w NATO. Jednak zachodzenie na siebie przeważających części UE i NATO rodzi poczucie wspólnej przestrzeni geopolitycznej, które zbiorowo wzmacnia wszystkich uczestników obu tych układów.

Przed NATO wszakże zaangażowanie się w proces rozszerzania stawia w istocie bardziej konkretne i fundamentalne pytanie o stopień, w jakim organizacja ta ma pozostać przede wszystkim zintegrowanym sojuszem polityczno-wojskowym oraz o to, w jakim stopniu powinna ona ewoluować w kierunku regionalnego systemu bezpieczeństwa. W pierwszym przypadku bezpieczeństwo zbiorowe musi pozostać centralnym przedmiotem troski, w drugim - większy nacisk można położyć na utrzymywanie pokoju. Z kolei w pierwszym przypadku dodatkowych członków należy oceniać głównie pod kątem stopnia, w jakim mogą wzmocnić potencjał polityczno-wojskowy Sojuszu, w drugim zaś - pod kątem stopnia, w jakim poszerzają zakres politycznej stabilności. Pierwszy wariant przemawia za większą selektywnością w procesie przyjmowania nowych państw członkowskich, drugi - za mniejszą dyskryminacją.

W ostatecznym obrachunku żadnej z tych formuł nie należy uważać za wykutą z żelaza, a rozszerzaniem nie można kierować mechanicznie według któregoś ze wspomnianych kryteriów. Niemniej jednak należy pamiętać o tym rozróżnieniu, aby mieć pewność, że jakiekolwiek dodatkowe rozszerzenie rzeczywiście przyczynia się w zauważalny sposób do zbiorowego bezpieczeństwa, a nie rozwadnia Sojuszu, czyniąc zeń twór pozbawiony polityczno-wojskowej spójności oraz zdolności do jednolitego i skutecznego działania. Troską o zachowanie prymatu zbiorowej obrony powinni także kierować się - i powściągać wszelki nadmierny entuzjazm kodyfikacyjny - autorzy pracujący nad sformułowaniem nowej doktryny strategicznej NATO i rzecznicy przyjęcia przez Sojusz nowych ról i misji wykraczających "poza jego arenę". Dążenie do wzięcia na siebie zbyt wielkiego ciężaru może grozić osłabieniem magnetycznego rdzenia Sojuszu.

Dlatego rozszerzanie stopniowe i wyważone - dające czas na integrację nowych członków, dbające o dokładne wypełnienie obiektywnych kryteriów członkostwa oraz odpowiadające na subiektywną wolę państwa ubiegającego się o przyjęcie - jest procesem pożądanym, a nawet niezbędnym. Zatrzymanie tego procesu byłoby arbitralne, demoralizujące dla krajów nim nie objętych i groźne dla bezpieczeństwa Europy. Wyraźna luka między ostateczną wielkością UE i NATO mogłaby wywołać napięcie w ogniwie amerykańsko-europejskim, nieporozumienia, a w niektórych przypadkach być może nawet zachęcać do wyzwań zewnętrznych. Oficjalnie ogłoszone, a nawet tylko faktyczne zatrzymanie procesu rozszerzania NATO oznaczałoby także zakwestionowanie wszystkiego, co ostatnio znalazło potwierdzenie z ust najwyższych przedstawicieli Sojuszu. Podważyłoby to w sposób zasadniczy wiarygodność euroamerykańską, zarazem zaś stanowiłoby niezamierzony sygnał, że można próbować zagarnąć to, co znajduje się poza granicami NATO.

Kiedy, gdzie, w jakim stopniu?

Trzy nowe państwa członkowskie - Polska, Czechy i Węgry - zostaną przyjęte w pierwszych miesiącach 1999 roku, przed lub w pięćdziesiątą rocznicę utworzenia Sojuszu. Gdy to nastąpi, potrzebne będzie wyraźne potwierdzenie wielokrotnie deklarowanego zaangażowania Sojuszu w kontynuację procesu rozszerzania ("polityka otwartych drzwi"), ażeby uniknąć wrażenia, że pierwsze rozszerzenie jest zarazem ostatnim. Można przypuszczać, że Rosja będzie dążyła właśnie do takiego celu i może nawet uzależnić udział prezydenta Jelcyna w jubileuszowych uroczystościach w Waszyngtonie - na czym zapewne bardzo zależy administracji Clintona i co można usprawiedliwić istnieniem Rady NATO-Rosja - od obietnicy, że sprawa rozszerzenia zostanie pominięta, a formalny akt rozszerzenia NATO nie nastąpi przy tej okazji.

Ale milczenie i brak działania w tej kwestii mogą okazać się równie mało skuteczne, jak przesadne akcentowanie potrzeby niezwłocznej i zauważalnej kontynuacji rozszerzania. Sojusz nie jest przygotowany do szybkiego wchłonięcia drugiej wielkiej fali nowych państw członkowskich. Musi wchłonąć nowo przyjętych członków, a Rosja musi dostosować się do nie niosącej zagrożenia rzeczywistości stopniowo rozszerzającego się Sojuszu. Potrzeba będzie na to kilku lat czasu, a w uznaniu tej rzeczywistości nie ma żadnej zdrady. Milczenie jednak lub rozszerzenie symboliczne, ograniczone do jednego kandydata, pozbawionego istotnego znaczenia geopolitycznego, a więc nie budzącego kontrowersji, równałoby się deklaracji, że dalsze rozszerzanie odesłane zostało ad calendas graecas. Z wymienionych wcześniej powodów ceny takiej nie należy płacić, nawet za spektakularny sukces propagandowy w dziedzinie stosunków amerykańsko-rosyjskich na szczycie NATO w przyszłym roku.

A zatem, biorąc pod uwagę owe sprzeczne z sobą względy, najkorzystniejszy kierunek działania powinien obejmować połączenie uroczystego przyjęcia nowych członków w kwietniu ze wspólnym oświadczeniem, że ministrowie spraw zagranicznych i obrony Sojuszu otrzymali zadanie, by na spotkaniu w grudniu 1999 roku przedstawić nowych kandydatów do członkostwa. Następnie mogłyby się zacząć negocjacje z tymi państwami, dotyczące członkostwa i być może zmierzające do ich przyjęcia w rok lub nieco później od rozpoczęcia rozmów, w zależności od stopnia gotowości każdego z potencjalnych kandydatów. W ten sposób wszystkie zainteresowane strony otrzymałyby czas pozwalający dostrzec, że stopniowe rozszerzanie wzmacnia proces europejskiego pojednania, zarazem zaś można byłoby uniknąć egoistycznej rywalizacji wśród szefów państw biorących udział w kwietniowym szczycie w 1999 roku, dotyczącej selekcji nowych kandydatów.

Tym sposobem ponownie potwierdzono by, że rozszerzanie jest ciągłym procesem historycznym, powiązanym z budową nowej Europy i ustawicznie ponawianą definicją zasięgu i roli sojuszu euroatlantyckiego. Wymaga to jednak zarazem dokonania roztropnego wyboru dotyczącego kierunku i rozległości drugiej fali rozszerzania. Rozszerzenie w kierunku Europy południowowschodniej nie wywołałoby wielu problemów z Rosją, a prawdopodobnie w ogóle żadnych, gdyby miało się ograniczyć do Słowenii; rozszerzenie w kierunku północnowschodnim, co oznacza państwa bałtyckie, wiązałoby się z przekroczeniem na szerokim odcinku ogłoszonej przez Rosję "czerwonej linii" i dlatego rozpaliłoby na nowo spory, które toczono w pierwszej fazie rozszerzania. Południowy wschód obejmuje obszar o większej niestabilności, ale przedstawiający mniejsze zagrożenie zewnętrzne, dokładnie odwrotnie niż w przypadku kierunku północnowschodniego. Jakie są konsekwencje tego faktu z punktu widzenia interesów NATO?

Wspomniano już, że rozszerzenie ograniczone jedynie do jednego i niekontrowersyjnego państwa byłoby raczej aktem uchylania się od wielokrotnie składanych deklaracji zaangażowania niż wierności wobec nich. Ale wyselekcjonowanie kilku państw w jednym kierunku mogłoby tylko wywołać komplikacje. Wybranie państw bałtyckich w jednym rzucie sprowokowałoby istotnie ostry spór z Rosją, mogący wywołać podziały zarówno w Europie, jak i w samym Sojuszu. Jednakże sięgnięcie głęboko w kierunku południowowschodnim zawiera ryzyko nie tylko wybrania kandydatów niedostatecznie przygotowanych do członkostwa, a więc w istocie osłabiających zwartość Sojuszu, lecz także legitymizacji wraz z upływem czasu jednostronnie wytyczonej przez Rosję "czerwonej linii".

Być może najlepszy wybór polegałby na trzymaniu się trzech zasad: po pierwsze, że brać pod uwagę należy jedynie zakwalifikowanych kandydatów, naprawdę pragnących członkostwa i do niego przygotowanych; po drugie, że zgodnie z uroczystą deklaracją z Madrytu, żadne z zakwalifikowanych państw nie może zostać wykluczone na mocy jednostronnej moskiewskiej "czerwonej linii"; oraz po trzecie, że nie ma jakichś automatycznych związków czy grup państw, które muszą być przyjęte razem w którymś z dwóch wspomnianych kierunków geograficznych. Unia Europejska nie wahała się wybrać Estonię przed innymi państwami bałtyckimi i tak samo NATO nie powinno poczuwać się do obowiązku rozważania kandydatur na zasadzie grup o jakimś specjalnym charakterze.

Dlatego mogłoby być rzeczą właściwą i konstruktywną zbadanie możliwości ograniczonego rozszerzenia jednocześnie na południowy wschód i północny wschód, obejmującego nie więcej niż dwa państwa, w zależności od stopnia, w jakim spełniają one kryteria członkostwa; manifestując tym samym - choć w sposób roztropny - że żadne demokratyczne państwo europejskie nie otrzyma od państwa nieczłonkowskiego "czarnej gałki", arbitralnie wykluczającej je z uczestnictwa w euroatlantyckim sojuszu.

W chwili obecnej na południowym wschodzie najbardziej zaawansowane w przygotowaniach wydają się Słowenia i Rumunia, na północnym wschodzie zaś - Litwa. Decyzja na rzecz Słowenii i Litwy miałaby tę zaletę, że wzmacniałaby geograficzną spójność Sojuszu (ustanawiając zarazem bezpośrednie powiązanie lądowe z Węgrami), a korzyści przyniosłaby ona także dla Włoch i Danii. W przypadku, gdyby wybór na północnym wschodzie miał paść na Litwę i zważywszy, że Estonia prowadzi zaawansowane negocjacje z Unią Europejską, rzeczą mądrą byłoby jednoczesne podjęcie zabiegów ułatwiających wejście Łotwy do Światowej Organizacji Handlu oraz otwarcie biura informacyjnego w Rydze (biura takie istnieją w Moskwie i Kijowie), ażeby wzmocnić Łotwę w przekonaniu, że nie pozostanie na zawsze za "czerwoną linią".

Kwestia Rosji

Utrzymany we właściwym tempie proces rozszerzania nie powinien ani nadmiernie obciążać zwartości i potencjału Sojuszu, ani niepotrzebnie opóźniać momentu, w którym Rosja uwolni się od swej imperialnej nostalgii. Dlatego Rosji nie można i nie powinno się wykluczać z procesu budowy większej Europy bezpiecznie objętej przez sojusz euroatlantycki. Nie wolno jednak pozwolić Rosji na zgłaszanie weta w sprawie wolnego wyboru poszczególnych państw europejskich oraz - co gorsza - uzasadniać tego faktem, że niektóre z nich wchodziły uprzednio w skład Związku Sowieckiego. W państwach bałtyckich dodatkowy fakt, że Rosja wciąż twierdzi z uporem, iż przystąpiły one w roku 1940 do ZSSR dobrowolnie, pomnaża tylko poczucie braku bezpieczeństwa o zniewagę.

Proces rozszerzania trzeba jednak realizować w sposób, który da Rosji czas na przetrawienie nowych realiów i wyciągnięcie z nich wniosku, że wzmocnienie bezpieczeństwa służy bardziej autentycznemu pojednaniu. Proces ów rozpoczął się już w stosunkach polsko-rosyjskich. Ważne, by towarzyszyło mu pojednanie z państwami bałtyckimi, a także z Ukrainą. W którymś momencie również Ukraina może opowiedzieć się za ściślejszym związkiem z NATO, a NATO z pewnością nie powinno a priori wykluczać Ukrainy tylko dlatego, że Moskwa zareagowałaby z dezaprobatą. Co więcej, Rosja, jeśli ma ona stać się prawdziwie europejskim państwem narodowym, a nie nostalgicznie łaknąć imperialnej potęgi, musi zaakceptować fakt, że demokratyczne państwa Europy istotnie pragną połączyć się we wspólnym układzie bezpieczeństwa z Ameryką i że nie można kwestionować tego ich suwerennego prawa. Linie wytyczone na bazie dawnego imperium sowieckiego mogą jedynie oddzielić Rosję od Europy.

Z tego samego powodu Rosji nie należy prosić o akceptację rozszerzenia NATO, jeśli jednocześnie uważa się ją za na zawsze wyłączoną z procesu pogłębiania jej związków z Sojuszem. Utworzenie wspólnej Rady NATO-Rosja to dobry początek w dziele konstruowania nowego typu relacji; krok ten powinno się również uważać za przejaw ciągłego i rozwijającego się procesu. Jeśli prezydent Jelcyn ma wziąć udział w szczycie NATO w Waszyngtonie, powinien tam usłyszeć nie tylko ponowne potwierdzenie zaangażowania się NATO w proces rozbudowy - w zgodzie z dobrowolnym pragnieniem demokratycznych państw Europy - lecz także jeszcze wyraźniejsze potwierdzenie zasady, iż równolegle z rozszerzaniem Europy wrota NATO pozostają otwarte przed wszystkimi państwami europejskimi - włącznie z Rosją - które wyrażają subiektywną wolę wstąpienia i obiektywnie spełniają wymogi członkostwa.

W polityce nie należy nigdy używać słów "nigdy" i "koniec". Nie wiadomo po prostu, gdzie za, powiedzmy, pięćdziesiąt lat będzie "kończyła się" Europa i dlatego nie należy także zakładać, że Rosja "nigdy" nie będzie brana pod uwagę w kwestii członkostwa. Sto lat temu nikomu nie śniła się wspólnota euroatlantycka, nikt też nie może określić z kategoryczną pewnością, jakie wartości i interesy ucieleśniać będzie ta wspólnota za sto lat. Kluczowe znaczenie ma dziś to, by proces historyczego rozwoju pozostał otwarty, by podtrzymywać go roztropnie i rozważnie i by zachować jasną świadomość wspólnych wartości, które są z nim integralnie związane.

Zbigniew Brzeziński

Z angielskiego przeł. Adam Szostkiewicz

Artykuł profesora Brzezińskiego, byłego doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego prezydenta Cartera, ukazuje się równocześnie w amerykańskim kwartalniku "The National Interest".



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Polska Europa Ameryka Łotwa Rosja NATO UE Czechy Unia Europejska Węgry rozszerzenie