Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Z sędzią Zenonem Martyniakiem z Wydziału III Karnego Sądu Wojewódzkiego w Krakowie
rozmawia Krzysztof Burnetko

Wszystko w rękach sędziów

Kodyfikacje karne w oczach praktyków

KRZYSZTOF BURNETKO: - Czy po wprowadzeniu nowych kodyfikacji karnych sądy będą skuteczniejsze?

ZENON MARTYNIAK: - Ale co to znaczy skuteczny sąd? Czy chodzi o szybkość postępowania? W nowym kodeksie postępowania karnego są instytucje dyscyplinujące działanie sądu - np. krótsze niż poprzednio terminy na dokonanie poszczególnych czynności procesowych. Ma to przeciwdziałać zwlekaniu z decyzjami. Są jednak i takie, które mogą naruszać rytm procesu.

Osławiona już możliwość domagania się przez oskarżonych zmiany obrońcy z urzędu, nawet wiele razy...

Taki przepis jest potrzebny. Zdarzają się obrońcy z urzędu, którzy nie wykonują należycie swoich obowiązków, bo i honorarium jest zwykle nieduże, i sprawy bywają pracochłonne... Dawniej też nie było przeszkód z wymianą obrońcy, jeśli oskarżony zasadnie utracił do niego zaufanie lub adwokat nie wypełniał swych obowiązków. W trosce o prawo do obrony także sędziowie mogli nakazać zmianę obrońcy z urzędu. Sam parę razy to zrobiłem, gdy dostrzegłem, że wyznaczony obrońca nie wykonuje swych zadań. Czy mogło mnie to nie obchodzić? Prawo do obrony można traktować formalistycznie: byleby obrońca był na procesie. A że nie zna sprawy i nie zabiera głosu? Tak być nie może. Adwokat ma faktycznie bronić oskarżonego.

Parę lat temu prowadziłem proces tzw. mafii krakowskiej. Adwokat z urzędu nawet nie raczył się skontaktować z oskarżonym. A podczas procesu albo nie przychodził na rozprawy, albo był całkowicie bierny. Swoją postawą utrudniał postępowanie. Kiedy dyscyplinujące uwagi nie odnosiły skutku, trzeba było wyłączyć go z dalszej obrony i - także dla dobra oskarżonego - zastąpić innym.

Ale sceptycy straszą kassandryczną wizją, że przed ostatnim słowem oskarżeni będą mówić: nie podoba mi się obrońca, żądam nowego.... i cały proces trzeba będzie zaczynać od nowa. A kodeks nie mówi, jak długo można przebierać w adwokatach. Czy sędzia ma w ręku jakieś instrumenty pozwalające przeciwdziałać takim nadużyciom?

Sędzia ma kontrolować zasadność tego wniosku. Gdy uzna, że jest on tylko wybiegiem ze strony oskarżonego, obliczonym na utrudnianie postępowania, może go nie uwzględnić. Ten przepis musi być racjonalnie stosowany - wtedy nie grożą nam nadużycia ani przewlekanie postępowania.

Ale skuteczność postępowania to nie tylko jego szybkość...

Naturalnie. Celem wymiaru sprawiedliwości jest wykrycie i ukaranie przestępcy oraz doprowadzenie do tego, by nie naruszał więcej prawa czyli tzw. resocjalizacja. Na ocenę skuteczności nowych kodeksów w tym względzie trzeba poczekać. Na dodatek zależy ona nie tylko od prawa i sędziów, ale i od przygotowania policji, sprawności prokuratury, sytuacji -a itd.

Za kolejną furtkę dla przestępców uważa się możliwość nadzwyczajnego złagodzenia kary tym oskarżonym, którzy ujawnią istotne okoliczności przestępstwa. Krytycy podnoszą, że oskarżeni mogą umówić się, iż nawzajem będą się sypać... A sędzia - jak twierdzą - będzie musiał wszystkim wymierzyć łagodniejsze wyroki.

To bezzasadne obawy. W końcu sędzia wie kto, co, kiedy i z jakich pobudek ujawnił. Znowu wszystko zależy od rozumnej interpretacji.

Czy dostrzega Pan w nowych kodyfikacjach inne instytucje czyniące sędziego bezradnym, gdy tylko oskarżeni bądź ich adwokaci będą chcieli zmanipulować proces?

Nie obawiałem się tego za starych kodeksów i nie boję się teraz. Pamiętam zasadę wpajaną nam przez patronów podczas aplikacji: jeśli sędzia nie pozna dobrze procedury karnej, to będzie mu ona zawsze przeszkadzać. Bo ten przepis nie pozwala na to, tamten na tamto itd. Jeśli zaś ją opanował, to procedura będzie mu jedynie ułatwiać pracę. Przepisy postępowania karnego są instrumentem, który pomaga w realizacji prawa materialnego.

Pojawiła się też teza, że autorami kodeksu postępowania karnego byli z jednej strony teoretycy, a z drugiej adwokaci... Im bardziej skomplikowany proces, tym łatwiej obrońca może znaleźć furtkę korzystną dla swego klienta.

Nie widzę takiej groźby. Kodyfikacja prawa karnego - czyli kodeks prawa karnego materialnego, kodeks postępowania karnego, oraz kodeks wykonawczy - jest dziełem udanym. Naturalnie z czasem wyjdą na jaw takie czy inne braki, a prawnicy znajdą zapewne rozmaite luki pozwalające obchodzić niektóre przepisy. Nie ma jednak kodyfikacji doskonałych.

Zmiany w kodeksach poszły, generalnie, w dwóch kierunkach. Pierwszy to poprawa starych norm - ich kosmetyka spełniająca postulaty praktyków. Druga tendencja to nowa filozofia wymiaru sprawiedliwości. Chodzi o jego demokratyzację i o uzgodnienie polskiego prawa ze standardami europejskimi. Dzięki temu choćby tak bardzo zwiększyła się ochrona pokrzywdzonego i jego praw w procesie karnym. To niesłychanie ważne.

Niektórzy krytycy twierdzą jednak, że także instytucje, mające służyć pokrzywdzonym, spowodują wydłużanie się postępowań. Tym samym, paradoksalnie, prawo do sądu będzie dalej naruszane - tyle że w inny sposób.

Możliwe, że szersze uprawnienia pokrzywdzonego mogą zakłócać wąsko rozumianą sprawność postępowania. Tyle że jest to już kwestia wyboru, co ważniejsze.

Od 1 września pojawiła się jakby nowa zasada procesowa: reguła kompleksowości. Polega ona na tym, że w ramach procesu karnego sąd ma nie tylko ustalić winę sprawcy i wymierzyć mu karę, ale także - w tym samym postępowaniu - powinien zadośćuczynić szkodom, jakie poniosła ofiara przestępstwa. Do tej pory pokrzywdzony mógł wprawdzie wystąpić w procesie karnym z pozwem cywilnym o odszkodowanie, sąd jednak często nie rozstrzygał takich roszczeń, jeśli wymagało to dodatkowych i skomplikowanych ustaleń. Poszkodowany musiał rozpoczynać osobny proces cywilny i tam, przed innym już sądem, dochodzić swych praw. Co też trwało bardzo długo i też blokowało wymiar sprawiedliwości, bo wiele czynności trzeba było powtarzać. Tym samym proces karny nie likwidował wszystkich następstw przestępstwa.

Istotną nowością jest też instytucja mediacji. Wprowadza ona możliwość rokowań podejrzanego z pokrzywdzonym w postępowaniu przygotowawczym co do wyrównania szkód. Mediację zarządza prokurator, a prowadzi odpowiednia instytucja lub osoba zaufania tzw. mediator. W takiej sprawie, gdy trafi ona do sądu, proces może mieć formę uproszczoną, bowiem oskarżony zazwyczaj będzie się do zarzutu przyznawał, co pozwoli ograniczyć postępowanie dowodowe.

Usprawnieniu wymierzania sprawiedliwości służy wreszcie możliwość tzw. ugody przed sądem. Jest ona wzorowana na systemie anglosaskim. W amerykańskich filmach widzimy często, że sędzia prosi strony do swojego gabinetu i tam one się dogadują: prokurator obniża żądania oskarżycielskie, zaś obrońca wycofuje niektóre wnioski dowodowe lub oskarżony się przyznaje. W efekcie proces można skończyć szybciej.

Ale w naszej kulturze prawnej mechanizm ten może budzić zastrzeżenia ideowe. Przecież dotąd za cel procesu uważaliśmy wykrycie pełnej prawdy. Teraz możliwa będzie taka sytuacja: prokurator w akcie oskarżenia zarzuca np. udział w bójce lub pobiciu, w wyniku którego doszło do ciężkiego uszczerbku na zdrowiu ofiary. Ma jednak trudności dowodowe: sprzeczne zeznania świadków, dużo wątpliwych dowodów. I wtedy na rozprawie oskarżony składa wniosek o uznanie go za winnego i ukaranie za występek zagrożony niższą karą - a więc za udział w bójce lub pobiciu bez spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu pokrzywdzonego. Na zasadzie: przyznam się, ale do łagodniejszego przestępstwa. Strony się porozumiewają: prokurator ustępuje z części oskarżenia, a sąd nie musi już przeprowadzać postępowania dowodowego.

Kosztem prawdy obiektywnej godzimy się na półprawdę formalną. Uważam, że to nie jest w porządku moralnie, choć oczywiście może przyspieszyć postępowanie.

Czyli sprawność za cenę sprawiedliwości. Ale czy rzeczywiście jest to taka rewolucja? Można przypuszczać, że na etapie policyjnym czy nawet prokuratorskim mechanizm ten funkcjonował i za starych kodeksów - tyle że nieoficjalnie.

Nie wykluczam, że w drobniejszych sprawach zdarzały się takie umowy na pierwszych etapach postępowania przygotowawczego. Ale na pewno nie były możliwe w stadium rozprawy.

Tak samo jest z kolejną nową zasadą, a mianowicie że organa postępowania nie muszą już - jak dawniej - ustalać wszystkich okoliczności sprawy, lecz tylko te, które wystarczają do wniesienia bądź też nie wniesienia aktu oskarżenia.

Tu także ustawodawca postawił na sprawność kosztem pełnej prawdy.

Nowe kodyfikacje przekazały olbrzymią władzę w ręce sędziów. Chodzi zwłaszcza o wymiar kar - rozpiętość dolnych i górnych wymiarów sankcji jest nadzwyczaj duża, więc sędziowie mają z czego wybierać. Decydować też mają o sposobie wykonania kary (mogą np. zakazać wydawania więźniom przepustek lub udzielania warunkowego zwolnienia). Itd. Lecz może są jakieś sfery, w których sędziowie chcieliby uzyskać większe wpływy?

Złagodzono sankcje za niektóre przestępstwa - np. z 15 lat pozbawienia wolności do 12 lat. Nie jestem zwolennikiem obniżania górnych granic kar, bo i tak rzadko się sięgało po najwyższe wymiary. Co ważniejsze, utrzymano zasadę, że można skazać albo na 15 lat, albo na 25 lat, albo na dożywocie. Nie można wymierzyć ani 30 lat więzienia, ani 20 czy 16. To ogranicza sędziego.

Po drugie, warto zastanowić się nad dalszą reformą warunkowego przedterminowego zwolnienia. W PRL-u wykorzystywano je w celach propagandowych: działalność wymiaru sprawiedliwości oceniało się według ilości warunkowych zwolnień. Miał to być dowód, że w socjalistycznym ustroju państwo wychowuje nawet przestępcę. Wystarczy, by odsiedział 1/3 kary lub połowę, a już może wrócić do społeczeństwa. Oczywiście kryminaliści to wykorzystywali.

Był to rodzaj ukrytej amnestii...

Tak, sędziowie penitencjarni w trosce o statystyki niemal masowo udzielali warunkowych zwolnień.

I mieli większą władzę niż sędziowie wydający wyroki.

Było to demoralizujące także dla sędziów. Gdy sędzia pierwszej instancji wymierzał określoną karę pozbawienia wolności, to starał się ten wymiar szeroko uzasadnić: powoływał się na orzecznictwo, naukowe opracowania itd. Potem sprawa mogła trafić do sądu odwoławczego. Jeśli ten utrzymywał wyrok, to znowu obszernie wyjaśniał swe stanowisko. Ale kiedy skazany wnosił o warunkowe zwolnienie, sprawa szła do sądu penitencjarnego, który nie zważając na zdanie poprzednich sądów - tę pogłębioną ocenę - zmieniał ich werdykt. Uznając, że skazany się już zresocjalizował, zwalniał go warunkowo.

Bywało, że sąd wymierzył trzy lata pozbawienia wolności. Ale że skazany siedział już półtora roku w areszcie tymczasowym, a areszt zalicza się na poczet kary, więc odbył połowę wyroku. Decyzją sądu penitencjarnego mógł wyjść na wolność tuż po uprawomocnieniu się wyroku.

Jest to rodzaj korygowania prawomocnych wyroków, a więc jakby trzecia instancja.

Praktyce takiej ma przeciwdziałać rozwiązanie z nowego kodeksu: teraz sędzia wydający wyrok może zastrzec, kiedy skazany będzie mógł się starać o przedterminowe zwolnienie.

Nowe kodyfikacje zreformowały instytucję warunkowego przedterminowego zwolnienia. Po pierwsze, skazanego można warunkowo zwolnić po odbyciu przez niego co najmniej połowy kary, a na dodatek nie wcześniej niż po 6 miesiącach pobytu w więzieniu. Wobec recydywistów zwykłych barierę tę podwyższono do 2/3 kary, a multirecydywiści muszą odbyć co najmniej 3/4 wyroku. Równocześnie muszą oni odsiedzieć minimum rok.

Po drugie, w szczególnie uzasadnionych wypadkach, sąd wymierzając karę pozbawienia wolności może wyznaczyć surowsze zasady warunkowego zwolnienia. Wydając więc wyrok mogę zastrzec, że skazany nie może skorzystać z warunkowego przedterminowego zwolnienia dopóki nie odbędzie, na przykład, 3/4 kary.

To duży krok naprzód. Ale powinna być także wprowadzona procedura zobowiązująca sędziów penitencjarnych do wnikliwszej analizy wniosków o przedterminowe zwolnienia. Może nawet powinien to być drugi proces? Dziś wystarczy wniosek skazanego oraz pozytywna opinia zakładu karnego. Naturalnie teraz sędziowie nie podchodzą już do tego powierzchownie - dokładniej badają przebieg resocjalizacji i rokowania skazanego. Ale recydywiści starają się przechytrzyć służbę więzienną. Wszak to oni są najlepszymi więźniami: są uprzejmi wobec klawiszy, pięknie ścielą łóżka. Wiedzą, że jest to jedyna szansa na szybsze wyjście.

A jak na pracę sądów wpływa wrzawa, jaka ostatnio nagle wybuchła wokół kodyfikacji? Do tej pory dyskusja toczyła się głównie wokół wysokości kar. Teraz zaczęto zwracać uwagę na procedurę... Czy ta fala krytyki może jakoś wpłynąć na decyzje sędziowskie?

Nie powinna. Sędziowie w większości dobrze przyjęli nowe kodeksy. Zdajemy sobie sprawę, że ich prawidłowa realizacja wymaga dużego nakładu pracy oraz że rzeczywista wartość kodyfikacji sprawdzi się w praktyce.

Ano właśnie - pojawiły się głosy, że sędziowie nie są dobrze przygotowani do stosowania nowych kodeksów. Co gorsza, sędziom wygodnie jest orzekać wedle starych przepisów, bo nie muszą się uczyć nowych regulacji. Stąd miały wynikać opory części środowiska przeciw reformie.

Oczywiście jak każda nowość, tak przyjęcie kodyfikacji, wymaga wysiłku. Ale większych trudności nie przewiduję - jeśli chodzi o teorię prawa karnego i warsztat pojęciowy, sędziowie są przygotowani do tej zmiany. Naturalnie na początku będą się zdarzać błędy - a to z przeoczenia jakiegoś niuansu, a to wskutek wadliwej interpretacji. Zwyczajne, ludzkie błędy usprawiedliwione sytuacją przełomu.

Oczywiście trwać będą dyskusje, czy powinno się surowiej karać, czy nie, lub czy konkretny przepis jest dobry, czy zły. Choćby art. 150 kk dotyczący zabójstwa z powodu litości, tzw. eutanastycznego: "Kto zabija człowieka na jego żądanie i pod wpływem współczucia dla niego podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat". Kara w poprzednim kodeksie niewiele się różniła - można było skazać od 6 miesięcy do 5 lat. Ale teraz ustawodawca dodał paragraf 2, wedle którego "w wyjątkowych wypadkach sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet odstąpić od jej wymierzenia". Można więc ograniczyć się do grzywny. Albo odstąpić od ukarania sprawcy. Czy należało tak dalece depenalizować eutanazję? Przykład Zachodu pokazuje, że bywa to groźne zjawisko. A odstąpienie od kary jest powszechnie przyjmowane jako uniewinnienie - czyli brak potępienia społecznego czynu. Poczucie wartości ludzkiego życia może w ten sposób ulec deprecjacji.

Właściwie każde rozwiązanie dotyczące wymiaru kary można różnie oceniać. Ale w sumie widełki kar w nowym kodeksie są tak duże, że sąd ma wielkie możliwości wydania właściwego wyroku.

Czyli wszystko w rękach niezawisłych sędziów?

Żadna władza - ani ustawodawcza, ani wykonawcza - nie ma możliwości ingerowania w wysokość wydawanych wyroków. Nikt mi nie każe: musisz dać tyle i tyle. Zatem gdy tylko wykształci się praktyka orzecznictwa i gdy pojawią się reformy organizacyjne - chodzi choćby o nowe etaty w sądownictwie, to przy pomocy nowych kodyfikacji można będzie skutecznie walczyć z przestępczością.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: wymiar sprawiedliwości sąd proces adwokat z urzędu resocjalizacja prokuratura więziennictwo reguła kompleksowości mediacja zwolnienie warunkowe
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W