Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Jerzy Sosnowski

Klienci pod sklepem „Wolność”

Bramy piekielne Kościoła nie przemogą, tak mamy obiecane. Ale nie napisano, że akurat w Polsce. Tutaj wystarczył biznesmen z Lublina i osierocony przez Leppera spin doktor, by pokazać rozmiary spustoszenia dokonanego przez wyznawców pychy.

Panie oni chcą kupić

dwadzieścia kilo wolności.

I przejść przez nią. Zachorować z niej.

Z tej wolności zrobić kotlety i polędwicę

i pewnie kawior też.

Ewa Lipska, „Z listu II”

Wybory powszechne przynoszą nie tylko mniej lub bardziej nową konfigurację na scenie parlamentarnej, ale stanowią również badanie socjologiczne o ogromnym zasięgu — obejmującym prawie połowę dorosłych mieszkańców Polski (tym razem dokładnie 48,92 proc., bo tyle wyniosła frekwencja). Z drugiej strony oczywiście zawodne, skład owej połowy jest bowiem nieprzypadkowy: to obywatele, którzy zdecydowali się pójść do urn, a zatem proste ekstrapolowanie ich poglądów na milczącą resztę nie daje się przeprowadzić. Mimo to pewne tendencje można uchwycić, zapewne tym łatwiej, im mniej polityczny w ścisłym sensie jest poszukiwany wniosek. A właśnie z największej sensacji tegorocznych wyborów, czyli z sukcesu Ruchu Palikota, wynika kwestia, która dotyczy nie sytuacji politycznej, ale mentalnej współczesnej Polski. Mówiąc dokładniej: chodzi o mentalność najmłodszych wyborców.

Antyklerykalni uczniowie

Przypomnijmy najpierw twarde dane: na Ruch Palikota zdecydowało się oddać swój głos 10,02 proc. wyborców. Sądząc po godnym zaufania sondażu TNS OBOP, byli to prawie wyłącznie mieszkańcy miast z wyższym wykształceniem oraz — uwaga! — ludzie młodzi. Wśród studentów i uczącej się młodzieży wynik Ruchu był ponad dwukrotnie wyższy niż w całej próbie: 22,5 proc. W najmłodszej grupie wiekowej wyborców (od 18 do 25 lat) to samo: 23,3 proc., o ponad 9 punktów procentowych mniej, niż otrzymała wśród nich PO, ale prawie tyle samo, co PiS. Poparcie dla Janusza Palikota gwałtownie spadało, jeśli wyborca miał ukończone 39 lat: w grupie od 25. do 39. roku życia poparło go jeszcze 11,9 proc., ale między 40. a 59. rokiem życia już tylko 7,2 proc., zaś w najstarszej grupie wiekowej zaledwie 4,9 proc. Więc to nie sieroty po PRL-u, w publicystyce często utożsamiane z miłośnikami lewicy, ale wprost przeciwnie: ludzie, którzy urodzili się po 1972 r., a w większości po 1986 r., wprowadzili Ruch Palikota do parlamentu.

Czyż to nie o nich roiliśmy przed sześciu laty, że skoro spontanicznie i masowo pojawili się na ulicach po śmierci polskiego papieża, to stanowią zaczyn pokolenia JP2? No dobrze: tamci, opłakujący Jana Pawła II, mogą przecież stanowić dziś tę grupę, która Janusza Palikota nie poparła (76 proc. wyborców w wieku 18-25 lat). Ale czy to nie także o tych ludzi, którzy oddali na niego głos, walczyła nasza wspólnota religijna po roku 1989? I czy to nie oni przeszli kurs religii w szkołach, wprowadzony w roku 1990? Owszem: co piąty uczeń, mający w szkole katechezę, jeśli poszedł na wybory, poparł ruch, którego znakiem firmowym jest stanowczy, a chwilami radykalny antyklerykalizm, nieraz podbudowany walczącym ateizmem.

Nawiasem mówiąc, w wielu szkołach zorganizowano przed 9 października zabawę w „wybory” i przeprowadzono głosowanie, w którym wzięli udział uczniowie liceów i gimnazjów. Nie sądzę, by można gdzieś było znaleźć zbiorcze dane z tych źródeł, ale wyrywkowe sprawdzenie wyników zabawy pokazuje, że w rocznikach niemających jeszcze praw wyborczych poparcie dla Ruchu Palikota jest nawet większe. Należy, rzecz jasna, pamiętać o właściwej dla młodzieży szkolnej skłonności do wygłupu; kiedy jednak w prawdziwych wyborach wyniki są takie, a nie inne, trudno nie zadumać się nad informacją, że np. w szkolnych prawyborach w Tarnowie (a to część Polski stanowiąca wśród dorosłego elektoratu bastion PiS) poparcie dla RP wyniosło 38 proc.! Drugie miejsce zajęła tam PO z wynikiem o jedną trzecią niższym...

Przegrani progresiści

Wśród mitów, wyznawanych przez polską lewicę, mieści się przekonanie, że nieodzowny składnik procesu modernizacji stanowi sekularyzacja społeczeństwa. Wydaje się, że wiele posunięć biskupów polskich w pierwszych latach po 1989 r. brało się z niepokoju, że to oczekiwanie rzeczywiście się spełni. Nieliczne głosy zwracały uwagę, że najbardziej zaawansowane technologicznie, najbardziej „nowoczesne” państwa świata, a mianowicie Japonia i USA, nie potwierdzają tezy o koniecznej sekularyzacji, choć oczywiście nie katolicyzm jest tam głównym beneficjentem jej braku. Jeszcze rzadziej zwracano uwagę, a i dziś nieczęsto się o tym wspomina, że rzekoma „wojna z Kościołem”, która przetoczyła się przez media na początku lat 90., prowadzona była przeważnie przez katolików — w imię takiego kształtu naszej religii, który by odpowiadał wyzwaniom czasu.

Ale na krytyków ówczesnego oblicza katolicyzmu w Polsce (trochę także na mnie, bo brałem w tym skromny udział) spadł grad oskarżeń o wrogość wobec Boga, a nieraz i narodu. W najlepszym zaś razie o katolikach, zasłużonych i oczywiście lojalnych, tyle że zatroskanych stanem instytucji, czytaliśmy, że Kościół nie znajduje w nich takiego wsparcia i obrony, jakiego by oczekiwał — co naturalnie stanowiło łagodniejszą i niezrywającą dialogu, ale jednak formę przywołania do porządku. Przed kim miała być owa obrona? Przecież wtedy nie było jeszcze u nas nowego ateizmu spod znaku Dawkinsa czy Onfraya, i nigdzie, może poza tygodnikiem „Nie”, nie wpadał nikt na to, by np. oskarżyć katolicyzm o sprzyjanie przemocy wobec kobiet. Istotny spór, a może nawet konflikt toczył się między „progresistami” á la polonaise (tę polskość podkreślam, bo na tle prawdziwych progresistów katolickich z Holandii czy Niemiec byliśmy wszyscy dość konserwatywni) a tradycjonalistami, którzy wyobrazili sobie najwidoczniej, że z klęską komunizmu historia cofa się o pół wieku i można będzie wrócić do sojuszu ołtarza z tronem, Mszy trydenckiej i Syllabusa. I tę konfrontację polscy niby-progresiści przegrali. A wygrał — kto? No, to dziś już widać: Janusz Palikot i jego średniej klasy spin doktor, znany ze współpracy z Lepperem, Piotr Tymochowicz. 

Ciężka praca katolików

Kilka miesięcy temu wpadł mi w ręce mój własny artykuł sprzed 20 lat (pt. „Kościół zamknięty?”), od którego zacząłem przygodę z publicystyką. Był opublikowany w „Gazecie Wyborczej” i zapamiętałem go jako tekst niebywale ostry. Dziś, gdy w debacie publicznej padają głosy bijące co chwila kolejne rekordy agresji, brzmi on łagodniej, choć z kilku złośliwości bym teraz zrezygnował.

Znajduję tam diagnozy, których trudno mi z gorzkim uśmiechem nie przypomnieć. Pisałem, że „głosy przeciwne Kościołowi podnoszą się dziś ze środowisk, które do tej pory traktowały Go z szacunkiem i życzliwością, odnajdując w Nim swoje miejsce lub przynajmniej ceniąc Go jako sojusznika”. Zwracałem uwagę na okoliczności, „w których niemała część społeczeństwa znalazła się w konflikcie z Kościołem (ku zakłopotaniu przynajmniej jednej ze stron)”: wprowadzenie religii do szkół bez dyskusji w parlamencie, na mocy rozporządzenia ministra, czyli aktu stosunkowo niskiego rzędu; sformułowanie restrykcyjnego projektu ustawy antyaborcyjnej; powtarzające się w praktyce duszpasterskiej dowody na nieufność duchownych wobec ludzi, doświadczających wiary jako źródła niepokojących pytań, a nie uspokajających odpowiedzi, a wreszcie próby wpływania Kościoła na sfery życia, które do niego formalnie nie należą (chodziło o zablokowanie polskiej premiery filmu „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, wprowadzonego do obiegu kilka lat później, oraz o sugestie, jak należy głosować podczas zbliżających się wówczas wyborów).

Naprawdę chciałbym się pomylić bardziej, tymczasem chyba w jednym tylko punkcie naprawdę nie przewidziałem biegu wydarzeń: wspominany przeze mnie spór na temat środków antykoncepcyjnych praktycznie wygasł, obawiam się, że z powodu powszechnego lekceważenia przez polskich katolików wskazań Kościoła w tej materii (oczywiście Tomasz P. Terlikowski będzie twierdził inaczej, ale uprawiana przez niego apologetyka już dawno oderwała go od rzeczywistości). No i, jak wielu ówczesnych dyskutantów, nie brałem pod uwagę zasadniczego czynnika: że pojawi się wkrótce wyrazista grupa przeciwników chrześcijaństwa w ogóle, nieobciążona świadomością, że ich wystąpienia niekiedy trudno odróżnić od wydawanego w PRL „Poradnika prelegenta podstawowej organizacji partyjnej”. To oni zdobywają dziś poklask u młodzieży, mającej złe doświadczenia z nauką religii w szkole, zrażonej podejrzliwymi duszpasterzami i kojarzącej — nie bez przyczyny przecież! — katolicyzm z politykami prawicy, którzy w oczywisty sposób marzą o autorytarnej władzy, a zarazem są dość często na bakier z ósmym przykazaniem.

Nie chcę popełniać błędu sprzed 20 lat i dlatego bardzo mocno podkreślę: znam co najmniej kilkoro wspaniałych księży i zakonnic (a skoro osobiście znam kilkoro, są ich z pewnością setki), kilku inspirujących myślicieli katolickich, stykam się ze wspólnotami w obrębie Kościoła, wykonującymi imponującą pracę duchową i społeczną. Problem nie polega na tym, że dobra w naszym Kościele brakuje; lecz na tym, że obciąża Go równocześnie wiele zjawisk, z których bez końca musi tłumaczyć się wobec niewierzących katolik, dotknięty czasem furią, z jaką jest atakowany, ale rozumiejący niestety jej źródła. Ateistyczna propaganda znajduje doskonałą pożywkę, a są nią w sporej części te właśnie punkty, które wskazywaliśmy przed laty w naszej publicystyce.

Po ostatnich wyborach komentatorzy mówili niekiedy, że kampanię dla Donalda Tuska prowadził bezwiednie swoimi nietrafnymi wypowiedziami Jarosław Kaczyński. Być może; ale z pewnością rosnąca popularność Ruchu Palikota wśród młodzieży to nie przede wszystkim „pogoń za modą” czy „wybieranie łatwizny”, jak będziemy się pocieszać, ale efekt ciężkiej pracy wielu katolików, którzy — mając zapewne najlepsze intencje — zrobili bardzo wiele, żeby innych do Kościoła zrazić.

Wolność  po promocyjnej cenie

Pracę nad doprowadzeniem ludzi do zbawienia może prowadzić Kościół, jak wiadomo, środkami „ubogimi” lub „bogatymi”. Ta terminologia ukrywa inny, jak mi się zdaje, sens rozróżnienia: na kierowanie się do serc jednostek lub do społeczeństwa jako całości. W tej drugiej metodzie zakłada się, że to, co sobie myśli pojedynczy człowiek, jest funkcją sposobu, w jaki urządzimy życie społeczne. W tej perspektywie, choć z pozoru może wyglądać ona na rozsądną, praca z jednostkami ustępuje przed próbami zarządzania przekonaniami zbiorowości. Jednostka ma nie grzeszyć nie dlatego, że tak podpowiada jej sumienie, ale dlatego, że tak nie wypada, a jeśli tylko da się wpłynąć na system prawny — że tak nie wolno. Kiedy zatem zaczynamy się troszczyć bardziej o reguły życia zbiorowego niż o ukształtowanie sumień, zaczynamy — zamiast wychowywać człowieka wewnątrzsterownego — apelować do tej części ludzkiego ja, które odpowiada za zachowania zewnątrzsterowne.

     Człowiek zewnątrzsterowny to ktoś, kto wybiera zachowania pożądane dlatego, że tak mu nakazano; w sytuacji niejasnej czeka na podpowiedź autorytetu. Słabym punktem tej koncepcji, wielokrotnie obnażonym w historii ludzkości, jest kwestia, kogo mianowicie za swój autorytet wybierze. Z kolei człowiek wewnątrzsterowny konsekwentnie, a niekiedy histerycznie broni suwerenności przeciw zewnętrznym autorytetom. Wybiera samodzielnie i nieraz myli się, co stanowi niebagatelny koszt takiej postawy, ale jeśli już opowie się po stronie dobra, to na mocy własnej decyzji. Duszpasterze, przywiązani do anachronicznej, by nie powiedzieć, że archaicznej koncepcji społeczeństwa, wymagającego od swoich członków posłuchu, stworzyli w oczach najmłodszych Polaków wrażenie, że chrześcijaństwo jest religią ludzi zewnątrzsterownych, płacących za pewność zbawienia (a wcześniej: godziwego życia) osobistą wolnością. Choć z Ewangelii wynika coś całkiem przeciwnego: Chrystus nie wzywał do pilnowania bliźnich, by przestrzegali przykazań, ani do przekształcenia systemu prawnego tak, by zachowania niepobożne były karane — lecz przeciwnie, wspominał coś o źdźble i belce, o różnicy między tym, co cesarskie, i tym, co boskie, a nawet sformułował zdumiewający dla uszu tradycjonalisty pogląd, że nie człowiek jest dla szabatu, a szabat dla człowieka.

Dorosły katolik wie o tym wszystkim i potrafi dostrzec, że instytucja (nie mistyczne ciało Chrystusa, ale pewna wytworzona i kierowana przez ludzi struktura) dla własnej wygody podejrzliwie traktuje wolność osobistą oraz państwo, które choćby tylko dlatego, że nie wyłącznie katolicy w nim żyją, chroni przestrzeń wyborów, a to znaczy także moralnego zła (lub niedoskonałości). Młody zaś człowiek, mający w tym momencie życia mnóstwo decyzji do podjęcia, chętnie podsumowuje skomplikowane kwestie ryczałtem: kiedy spotka niemądrego katechetę, agresywnego kaznodzieję czy biskupa uprawiającego politykę w miejsce ewangelizacji, kiedy wreszcie raz po raz słyszy o wyczynach na antenie toruńskiego radia, którego Episkopat od lat nie potrafi czy też nie chce przywołać do porządku — uznaje, że taki jest właśnie całościowy obraz wspólnoty.

Na domiar złego, kiedy nie chce mieć z nią nic wspólnego, słyszy, że poddał się „modzie”, „fałszywym autorytetom” lub zgoła szatanowi — skoro bowiem przywódcy wspólnoty chcą widzieć w swojej owczarni ludzi zewnątrzsterownych, nie umieją dostrzec, że bunt jednostki może narodzić się wewnątrz niej i gorączkowo szukają, kto mianowicie przejął kontrolę nad subordynowaną do tej pory owieczką. Która zresztą rzeczywiście może w końcu ulec fałszywym prorokom — co chyba się właśnie wielu młodym przydarzyło — ale czyni to na mocy samodzielnej decyzji, a nie w wyniku zmanipulowania od samego początku. Czyni tak, ponieważ ma mylne wrażenie, że chrześcijaństwo wyklucza się z osobistą wolnością. A wolność sprzedaje Janusz Palikot po promocyjnej cenie. Pytanie, co przy okazji tej promocji zapisano w umowie drobnym drukiem.

Pokolenie kontestatorów

Hanna Świda-Ziemba zwracała uwagę w książce „Młodzi w nowym świecie”, że nonkonformizm i bunt to wartości nisko cenione przez pokolenie, którego próg dorosłości wypadł na początku transformacji w Polsce. Można się domyślać, że był to efekt niezapisanej nigdzie umowy z rzeczywistością: otworzyły się możliwości, z których warto było skorzystać, a dorośli byli zbyt zajęci utrzymaniem się na powierzchni w nowych warunkach, by wytwarzać presję, która prowokowałaby u dzieci niezgodę.

Kryzys ekonomiczny na świecie i narastający konflikt polityczny w Polsce zlikwidował ten układ: kłopoty ze znalezieniem pracy, naciski obyczajowe i coraz powszechniejszy obyczaj wykluczania oponentów z imaginacyjnej wspólnoty narodu lub/i wiary musiały w końcu zaowocować marzeniem młodych, by ktoś w ich imieniu rąbnął pięścią w stół. By wykrzyczał ich niezgodę, ich rozdrażnienie. Pasterze polskiego Kościoła zapatrzyli się tymczasem w radiomaryjną koncepcję zajmowania się ludźmi starszymi, wykluczonymi ekonomicznie i kulturowo z gwałtownie zmieniającej się rzeczywistości, ludźmi, którzy chcą odczuwać ideowo-moralną jedność, bo ta jest lekiem na ich osamotnienie.

W rezultacie przeoczono, że rośnie pokolenie nowych kontestatorów. Zezwolono na to, by owa ideowo-moralna jedność, kojarząca populistyczną wrażliwość społeczną z ultraprawicowymi koncepcjami politycznymi i anachronicznym obyczajem, stała się w oczach młodych synonimem katolickości. Dobra Nowina została przykryta wielce kontrowersyjną, mówiąc oględnie, koncepcją polityczną. A ponieważ tę koncepcję rytualnie krytykuje już obóz rządzący (więc też establishment, podobnie jak jego oponenci), zatem Ruch Palikota zaatakował i Ewangelię. W języku marketingu nazywa się taki zabieg pozycjonowaniem: chodzi o odróżnienie swojej oferty od wszystkich innych.

Bardzo możliwe, że „pospolite ruszenie” lubelskiego biznesmena politycznie nie ma przyszłości, i nie o to w tym miejscu chodzi. Prawdziwy problem leży w tym, że hierarchowie polskiego Kościoła i wielu księży, oraz wielu jego wyznawców — muszą odnaleźć drogę do sumienia pojedynczego młodego człowieka i odzyskać w jego oczach wiarygodność jako partnerzy szanujący samodzielność jednostki. I dopiero wtedy, a nie w wyniku rzucania nieskutecznych anatem, można będzie z Palikotem zawalczyć o rząd młodych dusz.

Im później się za to zabierzemy, tym dłuższa przed nami droga; nie dlatego, że modernizacja oznacza sekularyzację (nie musi), nie dlatego, że katolicy w Polsce są prześladowani (nie są), ani też dlatego, że ktoś postuluje „redukcję niektórych przykazań” (bo to o sposób ich zaaplikowania do nowej rzeczywistości, nie o ich treść chodzi). Droga jest daleka, bo zapomniawszy, że to do wolności wyzwolił nas Chrystus, i nie pokładając w Nim odpowiednio dużo zaufania, uczyniliśmy nasz chrześcijański stosunek do wolności — podejrzanym.

Kryzys już nadciągnął, i to w znacznie poważniejszej postaci niż ta, przed którą niektórzy z nas bezowocnie przestrzegali 20 lat temu.   

Jerzy Sosnowski (ur. 1962) jest pisarzem, historykiem literatury, publicystą. Ostatnio opublikował powieść „Instalacja Idziego” (2009) oraz zbiór „Czekanie cudu — eseje o literaturze i filmie” (2009). Więcej informacji: www.jerzysosnowski.pl

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: wolność sekularyzacja środki antykoncepcyjne młodzi elektorat badania socjologiczne pokolenie JP2 modernizacja Janusz Palikot wybory powszechne Ruch Palikota konflikt z Kościołem kontestatorzy
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W