Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Krzysztof Burnetko

Jest zmiana, ale jaka?



Słowacja po wyborach

W nadgranicznym Mniszku wisi tylko strzęp wyborczego plakatu. Punkt do głosowania jest w następnej wsi - Hranicne. W środku pusto. Jedynie jakaś starowina zmaga się z 17 płachtami papieru. Tyle partii, koalicji i grupek wystartowało o miejsca w słowackim parlamencie. Na dodatek na każdej karcie widnieje długa lista z nazwiskami kandydatów. Długo trzeba czekać, by staruszka znalazła arkusz ze swoimi faworytami. Wrzuca ją do urny, wychodzi. Na sali zostają jedynie członkowie komisji. Lecz gdy pytam o frekwencję, to słyszę, że dotąd głosowało jakieś 80 proc. mieszkańców. A przecież jest sobotni ranek - minęła ledwo połowa czasu przeznaczonego na głosowanie. Taka sama odpowiedź - "głosowało ok. 80 proc. uprawnionych" - pada we wszystkich innych lokalach wyborczych wschodniej Słowacji, do których docieram.

Co się dzieje? Wielka manipulacja władzy czy wielka determinacja obywateli, by usunąć rządzących?

Opozycja przestrzegała: premier Mecziar za nic nie odda władzy. On i jego ludzie za dużo mają do stracenia. To ich polityka doprowadziła do międzynarodowej izolacji Słowacji. Manipulacje proceduralne w parlamencie, lekceważenie werdyktów Trybunału Konstytucyjnego, naciski na sądy, bagatelizowanie reguły społecznej kontroli nad służbami specjalnymi i armią, bezpardonowa walka z prezydentem, ograniczanie swobody mediów, propaganda wroga mniejszościom narodowym... - listę antydemokratycznych posunięć ekipy Mecziara można ciągnąć długo. Efektem były kolejne ostrzeżenia ze strony Zachodu: jeśli Słowacja nie będzie szanowała demokratycznych standardów, to nie ma mowy o przyjęciu jej do Unii Europejskiej i NATO. Mecziar się nie przejmował. Odpowiadał: "Jeśli Zachód nas nie chce, pójdziemy na Wschód". I dotrzymał słowa: seria wizyt przyjaźni na Kremlu zaowocowała uzbrojeniem słowackiej armii w rosyjski sprzęt, moskiewską pożyczką na dokończenie budowy elektrowni atomowej w Mochowcach, umową o poprowadzeniu przez terytorium Słowacji południowej nitki gazociągu jamalskiego oraz coraz częściej głoszonymi w obu stolicach koncepcjami neutralności Słowacji - "nowej Szwajcarii Europy".

Zdaniem opozycji ekipę Mecziara obciążają również niewyjaśnione afery o kryminalnym już charakterze: porwanie syna prezydenta Kovacza, śmierć w samochodzie-pułapce ważnego świadka w tej sprawie czy wybuch bomby pod domem posła, który odważył się opuścić rządzącą koalicję.

Wreszcie, co może najważniejsze, zmiana władzy może oznaczać dla Mecziara i jego popleczników nie tylko utratę intratnych stanowisk w administracji, państwowych mediach i instytucjach, ale też fortun. Bo to oni właśnie pod pozorem prywatyzacji przejęli w ostatnich miesiącach te spośród państwowych zakładów, konsorcjów i banków, które przynosiły dochód.

Stawka wyborów była więc wysoka. Korespondenci pisali swe prognozy w dramatycznym tonie: gra o wszystko, najważniejsze głosowanie w historii postkomunistycznej Europy, Słowacja w czarnej dziurze czy w pierwszej lidze? Dominowała teza: zdecydowana większość Słowaków ma już dość rządów "Wladimira Łukaszenki" - ludzie są jednak zastraszeni, a na dodatek nie ufają także opozycji, bo uważają ją za nieudolną, oderwaną od codzienności i też ogarniętą żądzą władzy. Analitycy przewidywali więc, że wielu obywateli może zostać w domach - a niska frekwencja sprzyjałaby rządzącym. Stał za nimi przecież zorganizowany, zdyscyplinowany i mający wiele do stracenia elektorat funkcjonariuszy państwowych oraz wszyscy ci Słowacy, którzy wciąż wierzyli, że źródłem problemów ich kraju są wszelkiego rodzaju obcy (mniejszość węgierska, miejscowi Cyganie oraz Czechy, spisek Zachodu, Żydzi, Polacy itd.), a receptą na kłopoty - rządy silnego człowieka.

Niektórzy dziennikarze skupili się z kolei na nagłaśnianiu obaw, co do prawidłowego przebiegu wyborów. A to że wyznaczenie głosowania na dwa dni (piątkowe popołudnie i sobota od godziny 8 do 14) ma pozwolić władzy na nocną podmianę urn. Że metoda głosowania za pomocą osobnych kart dla poszczególnych ugrupowań sprzyja naciskom na wyborców (urzędnicy administracji czy uzależnieni od Mecziara pracodawcy mogą kazać petentom lub podwładnym przynieść niewykorzystane karty, by sprawdzić, na kogo głosowali). Byli nawet tacy, którzy przewidywali odłożenie wyborów lub użycie siły w razie porażki. Za znaczący sygnał wzięli choćby wydane przez premiera polecenie, by armia pilnowała lokali wyborczych (Mecziar twierdził, że to opozycja szykuje prowokację). Operatorzy niektórych zagranicznych telewizji zaczęli więc na gwałt szukać na ulicach słowackich miast jakichkolwiek wojskowych.

Tymczasem przed punktami wyborczymi

ŻADNYCH ŻOŁNIERZY NIE BYŁO.

W każdym razie nie dostrzegłem ich ani w Starej Lubowni, ani we wsiach na trasie do Bardejova, a potem do Svidnika i dalej aż po Przełęcz Dukielską. Czasem tylko pojawiali się policjanci - jak choćby ten strzegący spokoju komisji liczącej głosy oddane w Vysnym Komarniku, pierwszej słowackiej wsi odbitej Niemcom przez Armię Czerwoną w październiku 1944 roku (przy szturmie na Dukliansky Priesmyk zginęło 80 tys. żołnierzy radzieckich i 6,5 tys. Słowaków i Czechów).

Zresztą tak naprawdę, to niewiele wskazywało na przełomowy dzień w historii kraju. Chłopi wywozili gnój na pola bądź zajmowali się zbieraniem ziemniaków, w miasteczkach pełne były nie wyborcze lokale, lecz raczej piwiarnie, skwery, sklepy i kościoły (to z racji ślubów). Ale w każdej z komisji słyszę: głosowało już co najmniej 80 proc. uprawnionych. Czasem i komentarz: "Więcej niż u was w Polsce? Prawda?". Bywa że jako dowód dostaję do wglądu listę wyborców. "Najwięcej ludzi głosowało w piątek. Do niektórych - tych najstarszych i obłożnie chorych - poszły delegacje z urną, by mogli zagłosować w domach" - wyjaśniają członkowie komisji. I, często nawet nie pytani, zapewniają: "Nie było żadnych incydentów i sabotażu". Gdzieniegdzie dodają tylko: "No, najwyżej, jak ktoś sobie podpił, to coś tam pokrzyczał".

Rzeczywiście: jak każe ordynacja w okolicach punktów wyborczych plakaty poszczególnych ugrupowań są starannie pozdzierane. Wszędzie w komisjach zasiadają przedstawiciele opozycji. Jak widać przeciwnicy Mecziara nie na darmo obiecywali, że aby utrudnić manipulacje obsadzą swoimi ludźmi wszystkie z 6300 komisji wyborczych. Jak trzeba opozycja potrafi więc być sprawna. Drugim elementem kontroli miał być udział obserwatorów z organizacji pozarządowych - zwłaszcza z inicjatywy nazwanej celnie "Obywatelskie oko". Tu wyszło gorzej - tylko ze wsi Rokytov pracę 11 członków komisji nadzoruje młody chłopak z niebieskim znaczkiem z rysunkiem źrenicy. Mówi, że wszystko w porządku. Przyznaje, że faktycznie największe niebezpieczeństwo związane było z nocną przerwą w głosowaniu. Opisuje więc, iloma plombami zabezpieczyli urnę i miejsce jej przechowywania oraz jak starannie dobrano policjantów, mających strzec jej w nocy.

Rokytov okazuje się wyjątkowym miejscem z jeszcze jednego powodu: w komisji zasiada przedstawiciel miejscowych Romów. A przecież sytuacja mniejszości cygańskiej na Słowacji to trudna sprawa. Zdarzały się nawet zabójstwa rasowe. Tymczasem na dobrą sprawę nie wiadomo nawet, ilu Cyganów żyje na Słowacji. Szacunki wahają się między 150 a 400 tys. (na 5,4 mln ogółu obywateli). Najwięcej z nich żyje właśnie we wschodniej części kraju - stanowią tu co najmniej 25 proc. mieszkańców.

Wprawdzie, gdy w Rokytovie pytam,

ILU CYGANÓW GŁOSOWAŁO,

szef komisji odpowiada, że nie prowadzą takiej statystyki: Romowie są takimi obywatelami, jak wszyscy inni. Ale na krańcu wsi wisi afisz Słowackiej Partii Narodowej (SNS), ugrupowania lansującego ideę Słowacji jako państwa narodowego i nie kryjącego wrogości wobec mniejszości. Wedle szefa SNS, Jana Sloty to Cyganie wespół w Węgrami są przyczyną kłopotów republiki. Rozwiązaniem problemu cygańskiego ma być segregacja społeczna i obcięcie świadczeń socjalnych. Nie tak dosadnie, ale w tym samym duchu zdarzało się zresztą wypowiadać i Mecziarowi. Tymczasem większość Cyganów już żyje w gorszych warunkach niż najbiedniejsi nawet Słowacy. Wioski wschodniej Słowacji są zwykle, wbrew stereotypowi, całkiem zadbane. Sporo się buduje i odnawia - choćby unickie cerkwie, bo tutejsza ludność to w dużej mierze słowaccy Rusini (niektórzy twierdzą nawet, że to już inny świat - bardziej ukraiński czy rosyjski niż europejski). Naturalnie ciągle widać pozostałości socjalizmu: puste pokołchozowe pola i stodoły, obszerne restauracje, w których poza piwem niczego się nie serwuje czy obejmujące całe wsie gigantofony, przez które nadawana bywa ludowa muzyka. Lecz obejścia wyglądają wcale zamożnie. Przed domami stoją nie tylko Skody, ale też Ople i Audi. Cyganie najczęściej mieszkają zaś albo w przypominających slumsy barakach na skraju osady, albo stłoczeni po kilka rodzin w domach lub małych blokowiskach. Zwykle bezrobotni, utrzymują się ze zbierania grzybów i owoców leśnych bądź dorywczych prac polnych czy budowlanych.

Nie wiadomo więc, skąd bierze się niechęć do nich. W mentalności wielu Słowaków zakorzeniony jest nie tyle mit Cygana-bogacza, ale przeciwnie: Cygana nieroba, złodzieja, pijaka. Na przepięknie odnowionym średniowiecznym rynku w Bardejovie trafiam na dwa śluby. Przed gotyckim kościołem św. Idziego nowy, udekorowany model Toyoty czeka na słowacką parę młodą. Po przeciwległej stronie kapela przygrywa cygańskim nowożeńcom jadącym na wesele poradziecką Ładą. Babcia pokazuje Cyganów wnuczce i zaczyna opowiadać, że oni to tylko kradną. Dziewczynka chce wiedzieć, dlaczego. Staruszka ma jedną odpowiedź: bo Cyganie zawsze kradną. Trzeba się ich wystrzegać.

Z kolei w położonej na Przełęczy Dukielskiej Krajnej Polanie członek komisji wyborczej stwierdza jakby nigdy nic - a za to z wyraźną ironią: "Tylko ci czarni nie głosowali". Czarni czyli Cyganie. Dopytuję: we wsi jest ich 21, do urn przyszło 5. Potem ktoś inny odciąga mnie na bok. Mówi, że ten młody, dobrze ubrany, to nacjonalista, którym nie ma się co przejmować, bo Mecziar ze Slotą i tak przegrają. Ale dlaczego tylko tylu Cyganów przyszło głosować? Nie wierzą w żadne zmiany? Boją się? A nawet jeśli nacjonaliści stracą władzę, to czy nowa ekipa zdoła opanować takie nastroje społeczne?

To ciężka sprawa. Sam nie wiem - przyznaje.

Co gorsza przed Słowacją stoją i inne trudne pytania. Najważniejsze brzmi oczywiście:

CO DALEJ?

Tu też mało kto waży się dać odpowiedź. Przeważa teza, że choć mecziarowski Ruch na Rzecz Demokratycznej Słowacji (HZDS) formalnie zwyciężył, to nie zdoła utrzymać się przy władzy. Niektórzy sugerują wprawdzie, że Mecziar będzie chciał przekupić partię postkomunistyczną (SDL) i tzw. Partię Porozumienia Obywatelskiego (SOP). Ale postkomuniści tuż po ogłoszeniu wyników wykluczyli możliwość sojuszu z HZDS. Z kolei SOP najostrzej atakował Mecziara podczas kampanii wyborczej. Wprawdzie najpierw Rudolf Schuster, w przeszłości komunistyczny aparatczyk, potem popularny burmistrz Koszyc i szef SOP, chciał pojednać demokratów i mecziarowców. Pierwsi potraktowali jednak Schustera jak piątą kolumnę Mecziara. Drudzy też nie wykazali zainteresowania inicjatywą. Wtedy SOP zmienił taktykę. W swych hasłach wyborczych przestał przebierać w słowach. Na bilboardach pisał bez ogródek: "Dla złoczyńców więzienia" i "Przejrzymy nielegalne przypadki prywatyzacji". Nie ukrywał, że chodzi o ludzi Mecziara. Trudno więc teraz spodziewać się łatwego pojednania.

Najwięksi pesymiści nadal są przekonani, że Wladimir Mecziar nie ustąpi i utrzyma władzę siłą (choćby korzystając z faktu, że jeszcze przez 50 dni pełnił będzie obowiązki prezydenta) bądź wymyśli wybiegi proceduralne unieważniające wybory. Wszak ekipa Mecziara zastosowała podobne zagrywki przy referendum w sprawie elekcji głowy państwa i przystąpienia Słowacji do NATO.

Realniej brzmią jednak te głosy, które głównych niebezpieczeństw dopatrują się w słabości obozu demokratycznego. Jeśli Mecziar nie zdoła stworzyć rządu, to zadanie takie przejdzie w ręce Słowackiej Demokratycznej Koalicji. SDL dostała niewiele mniej głosów niż HZDS Mecziara, ale w przeciwieństwie do niej może liczyć na współpracę innych ugrupowań. Wspólnymi siłami dotychczasowa opozycja mogłaby nawet zmienić konstytucję. Kłopot w tym, że SDK powstała ledwie trzy miesiące temu jako reakcja na wprowadzenie przez Mecziara 5-procentowego progu wymaganego do objęcia foteli w parlamencie. Jest więc sojuszem pięciu dotąd opozycyjnych partii o nader różnych orientacjach - od chadeków przez liberałów po socjaldemokratów i ekologów. Sceptycy twierdzą, że spoiwem SDK jest wyłącznie niechęć do Mecziara. Na tym trudno zaś oprzeć program rządu. Na dodatek SDK swą kampanię prowadziło pod hasłem: Szansa na zmianę! Oczekiwania elektoratu są olbrzymie. Tymczasem Słowację czekają trudności gospodarcze (Mecziar walcząc o poparcie bez skrupułów czerpał z kasy państwa - sporo kosztował go nie tylko wyborczy gulasz czy dokańczane w ekspresowym tempie i propagandowych celach autostrad, ale również głośne już uściski ze słynnymi gwiazdami mody i kina mające wzmocnić jego popularność). Rychło może więc przyjść rozczarowanie. Sam Mecziar zapowiada już, że najdalej za dwa lata dojdzie do nowych, przyspieszonych wyborów. I wtedy, dodaje, spełni się jego slogan: Niech lepsze zwycięży! - bo ludzie ponownie powierzą mu rządy w kraju.

Wezwaniem dla SDK będzie też sprawa rozliczenia z niedawną przeszłością. Jak szanujący zasady państwa prawa rząd zachowa się choćby wobec służalczych dziennikarzy publicznych mediów czy dyspozycyjnych sędziów? Jak rozwiąże kwestię nieuczciwie sprywatyzowanych zakładów? Co zrobi ze służbami specjalnymi, uwikłanymi być może w afery polityczno-kryminalne?

Pewne jest za to jedno: jakoś tak się na Słowacji działo, że polityk pokroju Mecziara zdołał dotąd dwa razy (w 1991 i 1994 roku) odzyskać władzę w - było nie było - demokratyczny sposób. Słowaccy demokraci stoją więc przed trudnym zadaniem: jak kierować państwem, by sytuacja ta się nie powtórzyła.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: NATO Słowacja Unia Europejska parlament Mecziar Kreml Kovacz wybory
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W