Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Ks. Alfons Józef Skowronek

Zwichnięta świadomość

W Ewangelii potwierdzone zostaje ateistyczne zdanie: „Boga nikt nigdy nie widział”. Boga istotnie nikt nie widział.
W historii ludzkości mamy jednak do czynienia z procesem Jego poznawania.

Bogu dzięki, Bóg nie istnieje.
A jeżeli jednak, przed czym Bóg niech nas ustrzeże,
Bóg istnieje mimo to?

Przysłowie rosyjskie


W naszych oświeconych czasach problematyka istnienia Boga straciła na znaczeniu. Przestał nas interesować „Bóg” abstrakcji, który rzeczywiście nie istnieje. Istnieje natomiast Bóg życia, Bóg ubogich i społecznego wyzwolenia, Bóg Jezusa.

Znacznie ciekawsza jest obserwacja, że ateizm niejako przechodzi lub już przeszedł na emeryturę. Warto tu bliżej określić pojęcie ateizmu w nowszej epoce. Jest on, najogólniej, wypieraniem się chrześcijańskiego pojęcia Boga, a więc wyrzekaniem wszechmocnego Stworzyciela nieba i ziemi, który w swych rękach nadal utrzymuje swe stworzenie i w dzień ostateczny będzie nad nim sprawować swój sąd, oddzielając dobrych od złych, dla dobrych otwierając niebo, a złych skazując na piekło.

W starożytności główny zarzut przeciw chrześcijanom posądzał tychże o ateizm, ponieważ nie oddawali czci bóstwom państwowym, a przede wszystkim odmawiali boskiego kultu cesarzowi. Także Sokrates, który w głębi swej egzystencji odcinał się od groteskowej gadaniny o greckim niebie bożków, i jako filozof znajdował się na drodze do wiary w jednego Boga, umierał z oskarżenia o ateizm.

Wina

Problemem naszej epoki nie tyle jest ateizm, ile kult bożków. Nie w tym rzecz, że Boga pozbawia się istnienia. Na naszych oczach niespodziewanie wyrasta fenomen oblicza Boga, które uległo perwersyjnej transformacji w wielobóstwo. Na co dzień sprawowany jest kult idoli. Panteon współczesnych bóstw wypełnia kult pieniądza, seksu, sportowych widowisk czy egzotycznych podróży w siną dal.

Era ateizmu wojującego w niedalekiej jeszcze przeszłości (w niemieckim narodowym socjalizmie, w zorganizowanym i bezpardonowym ateizmie Związku Radzieckiego oraz satelitarnego bloku państw socjalistycznych) — dziś należy do czasu zaprzeszłego.

Materializm, orientacja konsumpcyjna i światopoglądowa oraz religijna obojętność — oto znamiona współczesnego „praktycznego ateizmu”. A mimo to wypowiedzi i twierdzenia „klasycznej” krytyki religii pojawiają się — choć w uproszczonej formie — wciąż od nowa.

Dla przykładu: że Bóg jest li tylko wytworem fantazji człowieczej, tego zdania jest już Ludwig Feuerbach (1804—1872). Według Feuerbacha sam człowiek „projektuje” (przerzuca) świadomość swej własnej istoty na „Boga” jako obiektywną rzeczywistość, czyli wszystkie swe niespełnione ludzkie życzenia, tęsknoty i nadzieje. Karol Marks natomiast reprezentuje pogląd, że tak „projektowana” religia jest złudzeniem, a niezaspokojonego swym losem człowieka pociesza wyimaginowanym istnieniem świata ponad-doczesnego, odciągając ludzi od wykuwania „rzeczywistego życia” na ziemi. Ten wytwór człowieczej fantazji Marks nazywa „zwichniętą świadomością świata”; taka religia jest „opium ludu”, narkotykiem usypiającym jego czujność. Ta religijna krytyka jest w swym jądrze ostrą krytyką niesprawiedliwych stosunków społecznych i kończy się wezwaniem do ich obalenia, co w efekcie przyniosłoby uwolnienie się od wyobcowania i wyzysku człowieka.

Uwagę zwrócić należy wreszcie na okoliczność, że hasło „Bóg umarł” zwrotnie sprowadzić można do Fryderyka Nietzschego (1844—1900), który kategorycznie odrzuca chrześcijańskie wyobrażenia o Bogu. W ujęciu tego filozofa wiara w Boga jest szkodliwa i wroga dla życia.

W swym znakomitym szkicu „Chrześcijaństwo i Kościół w Europie. Pytanie o Boga jako pytanie o przyszłość” kard. Walter Kasper, jeszcze do niedawna przewodniczący Papieskiej Rady ds. Ekumenizmu, z zakłopotaniem diagnozuje dzisiejszy stan Kościoła w Europie. Przytoczmy ów werdykt: „Psalmista mówi: »Rzekł głupiec w swoim sercu: Nie ma Boga!«” (Ps 14, 1). Kardynał pyta: „Czy nie są to mędrcy, względnie wielu mających się za mądrych, którzy tak właśnie mówią? I w ten sposób dowód za istnieniem Boga z powszechnej zgody ludów zatracił, zdaje się, przynajmniej dla nas — Europejczyków Zachodu, swą przekonującą moc. Potwierdzają to ankiety. Jak wykazują poważne badania, w sprawach religii lokujemy się my, Europejczycy, w skali światowej jako tylne światło, a ludzie innych kultur dziwią się temu stanowi rzeczy”.

Karykatura

Zatrzymajmy się zatem przy tych dwu argumentach, które przeciw Bogu wytacza ateizm: Bóg jest projekcją człowieka oraz Boga nikt nigdy nie widział, a więc Boga nie ma.

Padło już nazwisko Feuerbacha jako głosiciela tezy o projekcji. Sama jej myśl jest o wiele starsza. W tych kategoriach myślał grecki filozof Ksenofanes (ok. 570—470 przed Chr.). A wielcy poeci Homer i Hezjod, powiada Ksenofanes, opisywali bogów jako odwzorowanie świata ludzkiego i wyposażali ich w liczne, najróżniejsze atrybuty ludzkie (bogowie kradli jak ludzie, byli wiarołomni w swoich małżeństwach, rodzili się na tym świecie jak ludzie, nosili się jak oni i mówili po grecku).

Ksenofanes nie jest jednak ateistą, on tylko krytykuje naiwne obrazy bogów. Ksenofanes niszczy — aby użyć języka Marcina Lutra — obrazy obrazami. To zaś dowodzi, że o Bogu mówić można tylko nie wprost, tzn. wyłącznie analogicznie. O Bogu nie sposób mówić inaczej jak tylko właśnie przez sięganie po figury „projekcji”. Ale już w następnym kroku wszystkie te ludzkie sądy i obserwacje należy zanegować i wznieść się ponad nie.

Feuerbach był zdania, że człowiek jako jednostka jest niedoskonały — lecz tenże człowiek jako istota i ogniwo gatunku jest nieograniczony, perfekcyjny, a tym samym boski. Filozof staje wobec konieczności uzupełnienia niedoskonałej jednostki innością drugich. Feuerbach buduje jednak na chwiejnym gruncie. Skąd bowiem wie, czy człowiek nie udoskonali tego, co zdrożne, nieludzkie. A nawet i wówczas, gdy człowiek etycznie osiągnie wysoki szczebel doskonałości, czy wtedy będzie już istotą boską? Chrześcijańska teologia mówi wprawdzie o „przebóstwieniu” człowieka. Ten rodzaj boskości nie wypływa jednak z jego natury, lecz jest czystym darem, uczestnictwem w Bożym synostwie Jezusa Chrystusa.

Wiek XIX mocno ostudził tę mrzonkę w konsekwencji wspaniałego rozwoju nauk, lecz marzenie śniono nadal. I dopiero wiek XX radykalnie podminował wiarę w samouwielbienie człowieka, wystawiając ją na ciężką próbę. To, co przy tym się wydarzyło, było straszliwe ponad wszelką miarę. Krótko mówiąc: społeczeństwo, które już więcej nie czuje się związane Dziesięciorgiem Przykazań, ponieważ samo siebie uważa za doskonałe, wyzbywa się wszelkich etycznych hamulców w poniżaniu i pogrążaniu człowieka w błocie.

W żadnej epoce nie wylały się takie strumienie krwi jak w wieku XX. W żadnym stuleciu nie podejmowano szaleńczej próby eksterminacji całych narodów. Zauważono gdzieś, że ten, kto nie wierzy w Boga, wierzy w cokolwiek, wierzy w byle co i w byle kogo. Do rangi bóstw zaczęły awansować więc takie postacie, jak Lenin, Hitler, Stalin, Mao Tse Tung...

W tym świetle niewierzący nie znajduje się w doborowym towarzystwie. Może tu ktoś oczywiście zauważyć, że przecież nie każdego ateistę wolno inkorporować w szeregi wymienionych „tytanów ateizmu”, wśród których też nie wszyscy byli ludobójcami czy inspiratorami Holokaustu. Jest to jednak nader poglądowy obraz sytuacji, jak łatwo humanizm bez Boga wynaturzyć się może w horrendalne bestialstwo.

Być może jest jednak i tak, że ludzi przeczących istnieniu Boga w ogóle nie należy nazywać niewierzącymi czy ateistami. Czyż wszyscy oni nie są raczej wierzącymi „inaczej”? Częstokroć odrzucają istnienie nie tyle Boga, ile obrazy, jakie sobie o Nim wyrobili, lub Jego karykatury, jakie im wpajano w wychowaniu rodzinnym lub szkolnym. W rzeczywistości również ich spokojnie nazywać można wierzącymi, ponieważ wierzą w nieistnienie Boga, pod ręką nie mając po temu żadnych obalających argumentów.

Kiedy w 1706 r. stary francuski i ateistyczny hrabia Gramont leżał na łożu śmierci, usłyszał, jak jego małżonka odmawia „Ojcze nasz”, i odezwał się do niej: „Comtesse, ta modlitwa jest bardzo ładna, któż ją ułożył?”.

Obłęd

A czy — odzywając się raczej z bocznej trybuny i otwarcie — jedną z przyczyn dzisiejszego ateizmu nie jest wcale kwestia Boga, lecz raczej grzeszny Kościół, który członkostwa licznych aktualnych ateistów rzekomo nie jest godzien?

Porównaj: dzisiejsza skandaliczna afera księży uwikłanych w seksualne nadużycia, konsekwencją której jest na Zachodzie potężna fala oficjalnego występowania wiernych z Kościoła, a na której to fali coraz częściej podnoszą się głosy: opuszczamy Kościół, lecz się nie staczamy na niziny ateizmu. Bóg nade wszystko! „Kościół nie, Bóg tak!” — brzmiało hasło sprzed kilkunastu już lat.

Immanuel Kant, XVIII-wieczny książę filozofów i arcymistrz dyskursywnego myślenia, skonstruował dziesięć dowodów za i dziesięć dowodów przeciwko istnieniu Boga. Filozoficzny remis?

A Richard Dawkins, biolog nauczający w Oxfordzie ewolucji, napisał w 2006 r. książkę „Bóg urojony” — oryg. „The God Delusion”, czyli w istocie „Boski obłęd”. Sam tytuł mówi za siebie: kto wierzy w Boga, ten pogrąża się nie tylko w błędzie. Jest zaślepiony. Cierpi na maniakalne wyobrażenia. Książka ilustruje to jeszcze wyraźniej: wierzący w Boga są niebezpieczni dla społeczeństwa. Pilnie potrzebują pomocy, która wyzwoli ich spod określonych chorobliwych nacisków działania.

Ślepota

Drugi blok problematyki Boga w zetknięciu z ateizmem sprowadza się do twierdzenia, że Boga nie oglądało nigdy ludzkie oko, co świadczy o tym, że On nie istnieje.

Sąd ten opiera się na naczelnej zasadzie nauk przyrodniczych o możliwości przewidywania, względnie sprawdzania danej tezy. Słynne zdanie Galileusza głosi, że nauki przyrodnicze mierzą nie tylko wszystko, co jest wymierzalne, lecz miarce i wadze próbują poddać wszystko, czego zmierzyć się nie da. Niepohamowany ów trend — mimo wielu sukcesów w poszczególnych dziedzinach — obejmuje jednak tylko bardzo określony wymiar rzeczywistości.

XIX-wieczny triumf nauk przyrodniczych i techniki doprowadził do absolutyzacji metody tych nauk, które podniesione zostały nawet do rangi światopoglądu. Nie mówiono już więcej: „my ograniczamy się do tego, co można policzyć i zmierzyć”, lecz zaczęto hołdować hasłu: „istnieje tylko to, co się da policzyć i zmierzyć”. To posunięcie zdecydowało o tym, że z rzeczowego metodycznego samoograniczenia wyrosła naukowo-przyrodnicza światowa teoria, roszcząca sobie prawo do monopolu w interpretowaniu świata — interpretowaniu abstrahującym od Boga. Z metodycznie sensownej i selektywnej wizji świata powstała teoria rzeczywistości. Był to ciężki błąd metodyczny, jaki poważnym naukowcom przydarzyć się nie powinien. Teoria ta prowadzi do wiedzy o tym, jak przebiegają procesy materialnego świata. Nie jest natomiast w stanie odpowiedzieć na wielkie pytanie: dlaczego świat istnieje i jaki jest cel jego istnienia.

Mówmy konkretniej: straszna byłaby to rzeczywistość, gdybyśmy mogli stojącego przed nami człowieka zredukować do tego, co jest w nim wymierzalne. Jest tego wprawdzie bardzo dużo: wiek, waga, wzrost, objętość pasa, kolor włosów, grupa krwi itd. Ale czy te laboratoryjne dane otwierają nam oczy na to, kim człowiek jest sam w sobie?

Wysoce wskazane byłoby skonsultowanie Starego (Pierwszego) i Nowego Testamentu. Biblia jest zbiorem doświadczeń określonej grupy ludzi. Chrześcijańska wiara stanowi owoc długich dziejów wiary generacji, które wraz z Bogiem Izraela zaskarbiły wiele przeżyć. Były to doświadczenia mężczyzn i kobiet w szczęściu i nędzy, w zdrowiu i chorobie, świętości i poczuciu przewinień.

Dla chrześcijan wszystko, czego z Bogiem doświadczył Izrael, koncentruje się w Jezusie Chrystusie. To o Nim mówi Ewangelia św. Jana w jednym z najcenniejszych zdań nowotestamentowej teologii: „Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył” (1, 18).

Tymi słowy potwierdzone zostaje ateistyczne zdanie: „Boga nikt nigdy nie widział” — jest ono zarazem pozbawione swego działania. Boga istotnie nikt nie widział. Jest On Bogiem ukrytym i ukrytym być musi, ponieważ człowiek nie mógłby znieść splendoru Jego chwały. W historii ludzkości mamy jednak do czynienia z procesem poznawania Boga. A w Izraelu funkcjonują dzieje spotkania z Bogiem, które w Jezusie osiągnęły swój cel. W nim Bóg dał się ostatecznie poznać. Ten moment jest Jego ostateczną obecnością w świecie. Kto widzi Jezusa, ten widzi Boga.

Natomiast mówienie, że istnieje tylko to, co można widzieć i zmierzyć, tak samo zakłada wiarę. Jakkolwiek by było, na korzyść swojej pozycji chrześcijanin zawsze może powoływać się na to, że w świecie od początków homo sapiens istniała religia oraz że od XIX wieku religia, wciąż noszona do grobu — nadal żyje i życiem tryska.

Rosyjski teoretyk literatury Michaił Bachtin wypowiedział święte słowa: „Wiara żyje tuż na granicy z ateizmem, spogląda nań i go rozumie; ateizm żyje tuż na granicy z wiarą i rozumie wiarę”.  Ks. prof. Alfons Józef Skowronek (ur. 1928) jest jednym z najwybitniejszych polskich teologów, emerytowanym wykładowcą UKSW, ekumenistą, członkiem redakcji międzynarodowego pisma „Concilium”. Ma w dorobku ponad 500 artykułów i 18 książek, m.in. „Aniołowie są wśród nas”, „Kim jest Jezus z Nazaretu?”, „Kościół w burzliwych czasach”.



opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: wiara światopogląd rozum ateizm utrata wiary brak wiary teza o projekcji dowód z powszechnej zgody ludów
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W