Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


Ks. Adam Boniecki MIC

POPIEŁUSZKO Z DALEKA I Z BLISKA



Z księdzem Jerzym rozmawiałem dwa razy, w sumie zaledwie kilka godzin, ale wspomnienie jego promiennej postaci i tych rozmów uważam za wielki dar Pana Boga. Zrodzone wtedy poczucie bliskości do dziś, w trudnych chwilach zwłaszcza, pomaga mi żyć.

Z daleka wszystko wygląda inaczej. Mieszkałem w Rzymie od 1979 roku. Coraz częściej słyszałem o ks. Jerzym Popiełuszce i o Mszach za Ojczyznę. Te Msze były odprawiane raz w miesiącu i jakoś nigdy ich daty nie zgadzały się z datami moich pobytów w Polsce. Na Mszy za Ojczyznę więc nie byłem. Księdza nie znałem. Najsłynniejszego wówczas księdza w Polsce. Domyślałem się, że jest oblężony ludźmi i bardzo zajęty, więc nie chciałem się narzucać. Może podświadomie się bałem, że to jeszcze jeden z tych „politycznych” kaznodziejów-gwiazdorów, których spotykałem w Rzymie, krążących na obrzeżach Watykanu. Ale ksiądz Popiełuszko do Rzymu nie przyjeżdżał.

Wiadomości o nim były rozmaite, nawet sprzeczne. Zauważyłem, że niektóre, dość miarodajne osobistości odwiedzające wtedy Rzym, odnosiły się do niego z pewnym sceptycyzmem, kontrastującym z entuzjastycznymi opiniami, które słyszałem w Polsce. Wiedziałem, że Ojciec Święty chce się dobrze orientować, co dzieje się w kraju. Kiedy wracałem z Polski, miałem czasem okazję opowiedzieć mu o tym, co widziałem i słyszałem. Z pewnością takie okazje miałem nie tylko ja. Ojciec Święty zwykł słuchać różnych relacji na ten sam temat. Słuchać tak, jakby o danej sprawie słyszał po raz pierwszy. To dobry sposób, by ośmielić rozmówcę, który wtedy czuje się naprawdę ważny. Kiedy byłem w Polsce w styczniu 1984, wiedziałem, że muszę opowiedzieć Ojcu Świętemu o ks. Popiełuszce. Żeby to zrobić, musiałem księdza spotkać. Papieżowi nie przekazuje się relacji z drugiej ręki.

Spotkanie z księdzem Jerzym zawdzięczam Ani i Klemensowi Szaniawskim. Odwiedziłem ich wtedy późnym popołudniem. Ania zatelefonowała do księdza. Powiedziała, bez podawania racji (telefony były na podsłuchu), że musi przyjść. Ksiądz się wymawiał, tłumaczył, że ma już umówione spotkanie, że w tej chwili mu trudno. Ania nie ustąpiła. Po godzinie ksiądz Jerzy zadzwonił do drzwi mieszkania na Gojawiczyńskiej. Był z nim Waldemar Chrostowski. Siedliśmy do kolacji.

Inaczej sobie wyobrażałem jedną z najbardziej znanych w Polsce, i nie tylko w Polsce, postaci. Uderzyła mnie jego młodość i zwyczajność. U Szaniawskich czuł się jak w domu. Miał do Ani i Klemensa bezwzględne zaufanie, łączyła ich przyjaźń. To się zauważało natychmiast. Był rozluźniony, pogodny i przejęty spotkaniem z kimś, kto — być może — niebawem spotka Papieża. Jedliśmy kolację, było wino. Żartował, że miał szczęście, bo kiedy w parafii składano abstynenckie przyrzeczenia, on siedział w areszcie, więc teraz może spokojnie pić. No, nie tak spokojnie. Wspomniał o chorobie wrzodowej żołądka. Martwił się, co będzie z jego dietą, jeśli trafi do więzienia. Patrzyłem na niego jak na bohatera narodowego, a on niepokoił się o swoje wrzody. Nie było w nim żadnej pozy, żadnego obnoszenia się, patosu. Z trudem wyobrażałem go sobie na tych nieprawdopodobnych Mszach. Mówiliśmy też o grudniowym areszcie. Opowiadał, nie bez satysfakcji, że nawiązał przyjazne stosunki z towarzyszami w celi. Któremuś obiecał ochrzcić dziecko, czy może pobłogosławić małżeństwo, już dokładnie nie pamiętam. Potem trochę mówiliśmy o Mszach za Ojczyznę i o słynnym spotkaniu z Prymasem. Rozmowa była chaotyczna. Miałem jednak poczucie, że nawiązaliśmy dobry kontakt. Pytałem go o kazania, a on chciał, żebym je przeczytał, więc po kolacji pojechałem do św. Stanisława Kostki. Wziąłem maszynopis, a oni z Chrostowskim odwieźli mnie do klasztoru na Marymoncie. Ustaliliśmy, że spokojnie porozmawiamy następnego dnia. Pojechali, a ja zabrałem się do czytania. Czytałem niemal do białego dnia.

Spotkaliśmy się u niego. Widziałem pilnujących jego bezpieczeństwa robotników z Huty Warszawa. Opowiedzieli mi o wrzuconej do mieszkania cegle, o innych niepokojących przypadkach. W pokoju pełno było przedmiotów, którymi obdarowywali go ludzie z różnych stron Polski, przyjeżdżający na Msze za Ojczyznę. Podobne rzeczy widuje się w mieszkaniach innych księży, te jednak nawiązywały do tego, co robił. Z tamtej rozmowy zapamiętałem opowieść o spotkaniu z księdzem Prymasem. Prymas powiedział mu, że może odebrać mu facultates. Pytał mnie, co — z kanonicznego punktu widzenia — mu grozi, bo słowa Prymasa zrozumiał tak, że może być zredukowany do stanu świeckiego. Był przerażony. Uspokoiłem go, że to wykluczone. Może, co najwyżej, otrzyma zakaz głoszenia kazań... Odetchnął. O tym przykrym spotkaniu mówił już poprzedniego dnia i teraz powtarzał to niemal dosłownie. Radziłem, by tej historii nie opowiadał na lewo i prawo. Takie opowieści krążą, rozrastają się i ostatecznie więcej z nich szkody niż pożytku.

O Mszach za Ojczyznę i tym wszystkim, co działo się wokół niego, powiedział, że jest zaskoczony. Niczego takiego ani nie przewidywał, ani nie prowokował. Znalazł się nagle w oku cyklonu, w środku czegoś ogromnie wielkiego. Widział w tym działanie Pana Boga. Wiedział, że na pewno teraz jest odpowiedzialny za ludzi, którzy mu zaufali. W tym kontekście mówiliśmy o jego ewentualnym wyjeździe do Rzymu. Było wiadomo, że przełożeni, w obawie o niego, a pewnie i dla uspokojenia władz, zamierzali wysłać go na studia. On sam w zasadzie tego nie wykluczał, ale przełożonym powiedział, że nie może porzucić tych ludzi, uciec. Nie ma prawa. Jeżeli otrzyma formalne polecenie, pojedzie. Polecenia nie otrzymał. Sprawiał kłopot, władze kościelne co chwila musiały wysłuchiwać oskarżeń władz, jednak Kościół w takich sprawach kieruje się swoją wiekową mądrością. Szanuje wyznaczoną przez Boga misję, uznaje odpowiedzialność za ludzi, rozpoznaje powołanie. A więc mimo wszystkich kłopotów polecenia nie otrzymał. Mówił: może w przyszłym roku wyjadę, może później. Mówił o swoich radościach. Największą dla mnie radością — powiedział — jest to, że przez te Msze ludzie odnajdują Boga. Głosił kazania i odprawiał Msze, ale też spowiadał. Więc wiedział. Był przekonany, że to wszystko jest dziełem Pana Boga. Tylko się dziwił, że to właśnie on jest w środku tych wydarzeń.

Opowiedział, jak to wszystko przebiega, jak aktorzy, intelektualiści, robotnicy się angażują w organizowanie liturgii. Mówił o nich z wielką sympatią i podziwem. O pilnujących go esbekach także mówił życzliwie. O przygotowywaniu kazań, jak na kilka dni się zaszywa w jakimś cichym miejscu, żeby je pisać. Uważał, że należy pokazywać piękno i moc tego, co dobre, a nie malować obrazy szerzącego się zła. Wspomniał, że księdzu M., który walczył z przerywaniem ciąży m.in. przedstawiając apokaliptyczne statystyki dokonanych aborcji radził, by nieco zmienił styl. Informacja, że tylu ludzi to robi, nie powstrzyma, raczej zachęci. Jeśli aż tylu, dlaczego nie ja? Pytał mnie, czy ma rację. W ogóle rozmawiał ze mną tak, jak młody ksiądz rozmawia ze starszym, którego uważa za mądrego i doświadczonego. Bardzo mnie to krępowało. Jego wielkość była dla mnie oczywista.

Wiedział, że jest zagrożony, ale nie prowokował nieszczęścia. Godził się na ochotniczą obstawę robotników z Huty. Nie odniosłem wrażenia, by rwał się do męczeństwa, jednak dobrze sobie zdawał sprawę z tego, w jakiej jest sytuacji.

Rozmawialiśmy też o kazaniach, które przeczytałem. Miał skądś wiadomość, że ich zbiór chce wydać Jerzy Giedroyc. Ofiarowałem swoją pomoc. Miał tylko ten jeden egzemplarz, który czytałem, chciał go zatrzymać, więc stanęło na tym, że ktoś mi maszynopis dostarczy do Rzymu, a ja się zajmę dalszym ciągiem. Zaraz po powrocie zadzwoniłem do pana Giedroycia. Zbiór kazań za bardzo — zdaniem Redaktora „Kultury” — odstawał od profilu wydawnictwa. Radził zwrócić się do Romanowiczów. Tak zrobiłem, i paryska „Libella” opublikowała kazania. Tego tomiku ksiądz Jerzy nie zdążył zobaczyć. Z maszynopisem przyszedł list. Wiedziałem, że nie mogę go zgubić. Gdzieś go mam, tylko kolejne przeprowadzki nieco zamąciły porządek mojego archiwum. List dotyczy wydania kazań, upoważnia mnie do podejmowania decyzji i zawiera kilka ciepłych słów w związku z naszym spotkaniem.

O Mszach za Ojczyznę, o księdzu Jerzym z kościoła św. Stanisława Kostki na Żoliborzu opowiedziałem Ojcu Świętemu. Widziałem, że był poruszony tą opowieścią. Od tej pory spotykając pielgrzymów z Żoliborza zawsze ich prosił, by pozdrowili ks. Popiełuszkę. Niedługo potem przyjechał do Rzymu pomocniczy biskup archidiecezji warszawskiej Zbigniew Kraszewski. Zwierzył mi się, że Ojciec Święty polecił mu opiekę nad księdzem Popiełuszką. Biskup mówił o tym z dumą. Dodał: to przecież mój uczeń.

Potem były wieści o uprowadzeniu. Przebywający wtedy w Rzymie jeden z bliskich współpracowników księdza Prymasa na wszelki sposób starał się w rozmowach umniejszyć grozę tego wydarzenia. Aż jeden z jego rozmówców, prałat z Sekretariatu Stanu nie wytrzymał i spytał, czy sobie zdaje sprawę z tego, co mówi. On spokojnie siedzi w Rzymie, a tymczasem jego księdzu zagraża, być może, śmierć...


opr. mk/po/mg




Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: PRL komunizm polityka kazanie Jerzy Popiełuszko prześladowanie męczennik podział proces beatyfikacyjny Msza za Ojczyznę
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W