Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Stanisław Lem

ŻEGLUGA

Kiedy tuż po wojnie przyjechałem z rodzicami jako repatriant lwowski do Krakowa, demon poetycki mnie porwał i zacząłem z wierszami po redakcjach chodzić. Zewsząd mnie wyrzucano, aż trafiłem na tę samą ulicę, przy której do dzisiaj "Tygodnik" się mieści. Poznałem ówczesny skład redakcji: był tam ksiądz Piwowarczyk, był Jerzy Turowicz, naczelny redaktor, były panie Starowieyska-Morstinowa i Morstin-Górska. Mile zaskoczyła mnie, wtedy szczeniaka nieśmiałego i dopraszającego się łaski, ciepła temperatura przyjęcia - i zaczęło się drukowanie moich wierszy, a czasem i prozy. Turowicz mnie przez to w pewnym sensie ukierował, uformował, a matkowała mi pani Zofia Starowieyska-Morstinowa, aż za dobra kobieta - zawsze mówiłem, że miała zbyt miękkie serce, żeby być prawdziwym krytykiem literackim.

Zacząłem tam coraz częściej chodzić. Rozpoczynała się wtedy - by użyć zwięzłej przenośni - długa i trudna żegluga "Tygodnika" po niebezpiecznych i coraz bardziej sztormowych wodach, pośród mielizn, a zwłaszcza raf podwodnych. Niemal równolegle wystartował "Tygodnik Warszawski", obrał ostrzejszy kurs, taki na zderzenie, i poszedł na dno, chociaż i z wiejącą banderą. Zdaje mi się, że Turowicz przyjął strategię optymalną. Dać się zatopić z wielkim honorem na samym początku tej socrealistycznej imprezy, zwłaszcza kiedy - nie wiedzieliśmy tego - szło się kursem prostym na stalinizm, byłoby chwalebne i heroiczne, ale jaki stąd pożytek dla czytelników? Turowicz szedł halsem, cały czas pod wiatr, raz lewym halsem, raz prawym, nie w sensie politycznym oczywiście. Nie można iść prosto pod wiatr i on musiał dokonywać pewnych uników, wymagało to dużej umiejętności i sprawności: on był zarazem twardy i giętki. Zbliżał się do granicy tego, co było wtedy niewypowiadalne, czasami ją przekraczał i wtedy coś wylatywało, ale zawsze była już gotowa, złożona zastępcza kolumna i redaktor z metrampażem zmieniali układ, żeby uratować numer. Są teraz mędrcy, zwłaszcza na skrajnej prawicy, którzy mają mu za złe, że "kolaborował", ale był to taki rodzaj kolaboracji, dzięki któremu "Tygodnik Powszechny" stał się jedynym pismem tego rodzaju od zachodniej granicy NRD aż do Kamczatki i cieśniny Beringa, które nie było ani partyjne, ani się nie znajdowało pod patronatem jakiegoś "sojuszniczego stronnictwa" jak SD, tylko zachowało niezależność. I tę niezależność wewnętrzną bardzo dobrze się w nim wyczuwało.

Widziałem to najpierw z bliska - w latach 1946, 1947 - a w 1948 zaczął się mój kryzys. Odszedłem z "Tygodnika", bo mi w Warszawie zagrożono, że jak nie przestanę tam publikować, to żadnej książki nie wydam. Kiedy zmarł Stalin, byłem akurat w Zakopanem i deliberowaliśmy, czy wypada w dniu jego pogrzebu zjeżdżać z Kasprowego; mieliśmy już jednak miejscówkę, tośmy i zjechali. Powróciwszy dowiedziałem się, że ponieważ Turowicz stanął okoniem i nie chciał żadnych laurów post mortem publikować, pismo zostało zamknięte i Szwarcenberg-Czerny je przejął. To były najgorsze czasy, nie tylko w rozumieniu duchowym; Turowicz nie miał żadnych materialnych zabezpieczeń, nie siedział on nigdy na workach ze złotem. Kiedy po Październiku ’56 Gomułka oddał "Tygodnik", Turowicz zaczął numerację od numeru, który ostatni redagował, słusznie unieważniając w ten sposób całą tę serię pisma, która wychodziła pod PAX-em, kiedy skóra została, a wilcy wyjedli wnętrzności.

Potem sporadycznie próbowałem wrócić. Napisałem dla Turowicza recenzję z "Dziecka przez ptaka przyniesionego" Kijowskiego, ale cenzura ją zdjęła. W późnych latach 70. stałem się już tzw. konfidentem, bywałem na posiedzeniach redakcji, przeważnie nic nie gadałem, tylko słuchałem. Przychodziłem też do Mieczysława Pszona na rozmowy polityczne, a czasem i do Turowicza, który naprawdę miał mało czasu, bo zajmował się wszystkim, nie tylko "Tygodnikiem", ale i losami katolicyzmu polskiego dosyć silnie oprymowanego przez władze. Starał się przy tym nie tylko utrzymać linię, ale i zespół. Kiedy siadywałem na redakcyjnych skórach - jeszcze i w dawnych latach - zauważyłem rzecz charakterystyczną. W czasie obrad, kiedy na tablicy rysowało się skład numeru, Turowicz mało mówił. Był obecny, czasem coś naprostował; był po prostu kimś między sternikiem a kapitanem. Stwarzał jednak jednolitość ducha, który łączył rozmaite bardzo charaktery.

Dosyć późno dostrzegać też zacząłem osobliwą dwutorowość redakcyjnego żeglowania z jednej strony Giedroycia, z drugiej Turowicza. Tworzą oni dziwną parę, która tylko w tym sensie się dobrała, że obaj to, mówiąc prymitywnie, prawdziwi patrioci; dziś nie wolno powiedzieć "prawdziwi Polacy", bo znaczy to coś okropnego. Różnica była taka: Giedroyc siedział w Paryżu, miał czułki wprowadzone do kraju, ale jednak nigdy nie żył w środku PRL, natomiast Turowicz cięgi brał na miejscu. Wielu decyzji nie można było właściwie ocenić z zewnątrz, kiedy się nie znało trudnej do określenia atmosfery państwa dążącego do tego, ażeby się stać państwem totalitarnym. Polska nigdy się nim nie stała ze względu na panujący bałagan, byliśmy, jak wiadomo, najweselszym barakiem w obozie...

Zgadzam się z panią Rutą Buczyńską, która w "Wyborczej" napisała, że Turowicz należał do małej garstki ludzi naprawdę niezastąpionych. Nie był oczywiście wszechmocny - co jednak mógł, to zrobił. Gdzie są ci, którzy potrafili zrobić więcej w tych najgorszych czasach? Mówić teraz jest strasznie łatwo - słowu powiedzianemu grosz cena - ale wtedy, jak się tak gwałtownie zmieniały polityczne klimaty i temperatury w Polsce, wymagało to niesłychanie subtelnego wyczucia sytuacji, tym bardziej, że redakcja raczej nie miała swoich tzw. wiewiórek w Politbiurze. Trzeba się było orientować podług sytuacji zewnętrznej. W redakcji wszyscy uważali, że gabinet naczelnego jest nafaszerowany jakimiś podsłuchawkami i od czasu do czasu wychodziło się na Planty, żeby otwarcie porozmawiać.

Był taki jeden dzień czerwcowy, dzień wyborów, kiedy wszyscy wracali od urn z dziwnymi uśmiechami. Komunę wtedy diabli wzięli, większość głosów padła przeciwko niej. Na drugi czy trzeci dzień pobiegłem do "Tygodnika", poszedłem prosto do sanktuarium Turowicza i jak nigdy wcześniej, nie mógłbym nawet powiedzieć, że świadomie, padliśmy sobie w ramiona. To był bardzo podniosły moment, bo czuliśmy, że się stała rzecz niemożliwa i nie przypuszczaliśmy, że dojdzie do tego, co teraz widzimy: Lepper i tak dalej. Zaczęliśmy się spotykać w zupełnie innej aurze, trochę początkowo zdziwieni wszystkim, co się stało. Pszon negocjował traktat z Niemcami, przychodziły tłumy zagranicznych korespondentów i nie trzeba było z nimi wychodzić na Planty. A przy tym wszystkim Turowicz pozostał taki sam, jaki był na początku.

Teraz widzę, że od chwili, kiedy go pierwszy raz zobaczyłem, aż do końca swego życia prowadził jedną i tę samą politykę - w granicach możliwości oczywiście. To niesłychanie rzadkie: czasy się zmieniają, tempora mutantur et nos mutamur in illis, a on się nie zmieniał. A co będzie teraz? Przezacny redaktor "Trybuny" zapytał mnie, czy "Tygodnik" będzie dalej istniał. Zapewniłem go, że nastąpi niechybnie reorganizacja redakcji, ale żeby się nie niepokoił zanikiem "Tygodnika", bo on nie zaniknie, aczkolwiek czas mamy fatalny.

Uwaga natury pseudofilozoficznej: nie jest wszystko jedno, czy zgon człowieka, któremu choć trochę na Polsce zależy, przychodzi w dobrym dla Polski czy w złym okresie. Mówiąc cum grano salis: szczęśliwi, którzy umierali w październiku ’56 albo zaraz po Okrągłym Stole, bo odchodzili z tego świata z poczuciem, że nastała dziejowa sprawiedliwość. Ale Polska jest trochę jak pacjent chory na serce, u którego następuje włókienkowe drganie i który wymaga tzw. defibrylacji mocnym uderzeniem elektrycznym. Najmocniejszym uderzeniem, które powoduje, że serce zaczyna znowu w Polsce bić, jest niestety rozbiór: wszyscy wtedy się jednoczą... Jak się zbierze trzech Polaków, to stworzą pięć partii - bardzo to smutne. Turowicz w granicach swoich ludzkich albo i nadludzkich możliwości starał się lać oliwę na bałwany wzburzonego morza, ostatnie perturbacje musiały go jednak trapić.

Teraz wszyscy zaczęli pisać o nim gwałtownie same dobre rzeczy. Jakbym się jednak nawet bardzo wysilił, ażeby jakieś jego błędy albo uchyby wykryć, to i tak nie potrafię. Nie wiem, czy go Papież zechce na ołtarze podnieść - wcale bym się jednak nie zdziwił.

Stanisław Lem



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć kultura świętość praca Tygodnik Powszechny wspomnienie Jerzy Turowicz gazeta Stanisław Lem redakcja epitafium
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W