Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Stanisław Rodziński

W PAPIEROSOWYM DYMIE

Piszę te jeszcze nie całkiem uporządkowane myśli kilka godzin po otrzymaniu wiadomości o śmierci Jerzego Turowicza. Piszę ze świadomością, że są to jedynie refleksje nie mogące nawet zarysować znaczenia Jego życia, jak i dramatu Jego odejścia. Jednym ze wspomnień moich jeszcze chłopięcych lat był tato czytający "Tygodnik Powszechny". Nie wiedziałem jeszcze, co to za pismo. Wiedziałem, że założył je Kardynał Sapieha. Do dzisiaj przechowuję z "archiwum" taty kilka numerów "TP" z 1945 roku.

W "Tygodniku" debiutowałem w kwietniu 1968 roku tekstem o wystawie Andrzeja Wróblewskiego. Kontekst czasu (zaraz po marcu) zaostrzył sens tego debiutu. Miałem wówczas 28 lat i zacząłem współpracować z pismem, które było naszym domowym "znakiem sprzeciwu". Był to dla mnie wielki dzień. Przyniósł zresztą wiele różnych konsekwencji, ale dzisiaj mogę powiedzieć jedno: był to jeden z bardzo ważnych dni w moim życiu.

Poznałem wtedy "Tygodnik" i jego redaktorów. Poznałem Jerzego Turowicza. Potem zapraszano mnie na czwartkowe zebrania. Wreszcie pamiętam dzień, kiedy niemal cała redakcja odwiedziła mnie w pracowni. Wtedy Jerzy Turowicz powiedział: "Mówmy sobie po imieniu". W jednej chwili uświadomiłem sobie, że przecież od 1945 roku są to moi przyjaciele.

Bez tych wspomnień nie mógłbym dzisiaj pisać o Jerzym. A potem czwartkowe zebrania. Wszyscy wokół stołu. Spory, żarty, oceny tekstów, informacje polityczne, kościelne. Jakieś drobiazgi, ale i niemal zawsze sprawy bardzo ważne. Omawianie numeru.

A z boku, przy biurku, w dymie papierosowym - Jerzy. Czyta, drapie się w głowę. Wreszcie unosi rękę, zabiera głos. I nagle wszystko się zmienia i porządkuje. Nabiera sensu i znaczenia. Najspokojniej w świecie Jerzy przedstawia swój punkt widzenia. Radzi, zaleca, przypomina, porównuje. Cicho, spokojnie, nieraz z ciepłym, często z ironicznym uśmiechem. Jego racje przyjmowane były nie na zasadzie dyktatu szefa. Raczej na zasadzie światła.

Takie były spotkania w stanie wojennym, kiedy do "Tygodnika", do Jerzego przychodziło się po to, by być razem. Jego spokojne uwagi, uśmiech, gest - porządkowały i dawały nadzieję, że przetrwamy.

Od roku 1978 "Tygodnik", ale przecież właśnie Jerzy - to były obok Franciszkańskiej - te niezwykłe ślady obecności Jana Pawła II. I to właśnie czas, by powiedzieć rzeczy w mym przekonaniu najważniejsze.

W mym najgłębszym przekonaniu Jerzy przetrwał najgorsze dzięki Swej wierze, dzięki głębokiej więzi z Bogiem. Pamiętam bardzo liczne spotkania "Tygodnikowe", które rozpoczynały się Mszą Świętą. Patrzyłem często na Jerzego. Na jego skupienie. Pamiętam, jak podchodził do Komunii Świętej. Z charakterystycznym założeniem rąk, jakby nieobecny.

Nawet dzisiaj, w radiowych wspomnieniach mówiono: był politykiem, stworzył całe pokolenie polityków... Tak. Może to i prawda. Pamiętajmy jednak, że prowadził i brał codziennie odpowiedzialność za pismo katolickie w latach, których obrzydliwość nie do końca jeszcze poznaliśmy. To przecież w tym piśmie chciał drukować młody ks. Karol Wojtyła, to przecież to pismo ukształtowało przede wszystkim całe pokolenia wierzących ludzi w Polsce. Ludzi Kościoła, ludzi których "Tygodnik" uczył, czym jest Kościół, czym jest wartość własnej twarzy, godności, odpowiedzialności.

Dzisiaj tak łatwo rozdzielać role, wydawać opinie, oceniać. Kiedyś Jerzy Turowicz ryzykował swą postawą los swojej rodziny i swych przyjaciół, którzy wierzyli, że Jemu właśnie mogą zaufać. Jerzy nigdy nie mówił o sobie i tym, kim był w sytuacjach decydujących. Kiedy spotykały go, już teraz, przed dwoma, trzema laty wielkie przykrości i wielkie niesprawiedliwości - znosił je spokojnie, ale jeden Pan Bóg wie, ile Go to kosztowało.

Takim zapamiętam Go na zawsze. W kącie przy biurku na tle okna. Wśród sterty gazet, w kłębach dymu. Znawcę malarstwa i czytelnika światowej literatury, wiernego przyjaciela, autora tekstów o Picassie i wnikliwie analizującego sens Soboru Watykańskiego II, zaśmiewającego się, gdy jubileuszowe hołdy śpiewała Mu Piwnica, opowiadającego, jak było na Placu św. Piotra 16 października 1978 roku.

Taki był Jerzy. Jeden z niewielu prawdziwych twórców wolnej Polski, ale nade wszystko wielki syn Kościoła. Mądry i skupiony, pokorny i uśmiechnięty. Wierzę, że już u Pana Boga, któremu oddał całe życie.

Stanisław Rodziński



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć kultura praca Jan Paweł II Tygodnik Powszechny wspomnienie Karol Wojtyła Jerzy Turowicz gazeta redakcja epitafium Stanisław Rodziński papierosy Kardynał Sapieha
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W