Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Joanna Olczak-Ronikier

SIATECZKA ZMARSZCZEK

Nie cierpiał laurek i panegiryków. "Jestem zdecydowanym przeciwnikiem kultu jednostki, zwłaszcza, gdy przedmiotem tego kultu staję się ja sam" - dokuczał dobrotliwie twórcom "Apokryfu", wydanego z okazji 85. rocznicy swoich urodzin, podczas urodzinowych obchodów w "Pałacu pod Baranami". I uśmiechał się swoim specyficznym, czarującym uśmiechem, w którym była autoironia, dobroć, odrobina zawstydzenia i dużo wzruszenia. Minęło ledwie trzynaście miesięcy od owej urodzinowej uroczystości, w której udział wzięły tłumy przyjaciół z Krakowa, z całej Polski, z całego świata. I nagle 27 stycznia zawalił się świat. "Już nigdy nie będzie tak jak było. Nikt nie wypełni tej luki" powtarzają ludzie. "Bo kto będzie pionem, miarą, wagą naszych poczynań?" Wraz z Jego odejściem, jak z odejściem ojca znikło poczucie bezpieczeństwa. - Dla kogo się teraz starać? Kto oceni? Kto pochwali? Kto, jeśli trzeba, zgani?

Zastanawiam się, jak ubrać swój smutek w słowa, a Jerzy, z fotografii umieszczonej w urodzinowym "Apokryfie" uśmiecha się rozbawiony. W przymrużonych oczach leciutka drwina, filuterne błyski, w uśmiechu tyle czułej serdeczności. Podczas emitowanej wieczorem w dniu śmierci audycji "Rozmowy na koniec wieku", nie mogłam oderwać oczu od jego twarzy. Nawet kiedy mówił o sprawach najbardziej poważnych i zatrważających, uśmiechał się. Jakby chciał słuchających uspokoić. Dodać im otuchy. Po raz pierwszy tak wyraźnie zobaczyłam tę siateczkę zmarszczek śmiechu biegnącą promieniście od kącików oczu ku skroniom. I uświadomiłam sobie jak chętnie się śmiał, mimo wszystkich smutków świata. I mimo smutków własnych, które przecież także go nie omijały. Więc zamiast pisać o własnym żalu, lepiej przypomnieć tę Jego radość życia i pogodę ducha, którą promieniował przez tyle nie najłatwiejszych i nie najweselszych lat. Właściwości, które wydają się szczególnym wzorem do naśladowania.

To wielka mądrość, gdy mimo poczucia dramatów naokoło dopuszcza się do głosu potrzebę śmiechu i zabawy. Gdy nie uznaje się dychotomicznego podziału rzeczywistości na lekkość i powagę. Gdy wie się intuicyjnie lub świadomie, że radość i tragizm to nie dwa różne oblicza życia, ale ta sama twarz, ta sama jakość spotęgowana przez swoją dwoistość.

Dzięki temu mógł zaprzyjaźnić się tak bardzo z Piotrem Skrzyneckim i z "Piwnicą pod Baranami". Przyjaźń zawarta dawno temu, w roku 1956, musiała budzić zdumienie. Mało kto pamięta, że w owych odległych czasach "Piwnica" miała przeciwników nie tylko politycznych. Konserwatywne środowiska powtarzały plotki o straszliwych bezeceństwach, które wyprawiają się w piwnicznych lochach, a opinia publiczna, nie wiedzieć dlaczego, miała "piwniczan" za zdemoralizowanych wykolejeńców. Na pewno gorszyli się niektórzy, widując naczelnego redaktora katolickiego czasopisma wśród kabaretowej publiczności. Słuchał obscenicznych tekstów Dymnego i nie wychodził trzaskając drzwiami. Na piwnicznych balach tańcował do rana. Czy to w porządku? Okazało się, że w porządku. Jak zawsze suwerenny w swoich wyborach i obdarzony niezawodnym smakiem, wyczuł od razu, że w nieudolnych próbkach artystycznych młodych ludzi kryje się zalążek czegoś wartościowego. Że radość, którą proponują, mimo tego co dzieje się wokół, jest także swoistym rodzajem buntu. Został przyjacielem Piwnicy aż do końca. Myślę, że stanowiła dla niego możliwość życiowej równowagi. Przez historię i swój własny wybór obarczony ciężarem odpowiedzialności za Sprawy Wielkie, z natury zaś pogodny i towarzyski, w atmosferze piwnicznego beztroskiego chaosu, wśród szalonego śmiechu i muzycznych wzruszeń regenerował siły. "Mój świat był przez lata światem zamkniętym - powiadał. - Zawsze dużo pracowałem, przed południem w redakcji, po południu do późna w nocy w domu. Równocześnie mam, jak mi się wydaje, poczucie humoru, potrzebę kontaktu z ludźmi, nie lubię zasklepiać się w tym samym środowisku. Dlatego takie miejsce jak Piwnica było dla mnie ważne. A jej artyści dowiedli, ile mogą osiągnąć, w najtrudniejszych nawet warunkach, ludzie prawdziwie wolni". Mijały lata i już nikt się nie dziwił, że w Piwnicy, przy szampanie, razem z całym zespołem redakcyjnym obchodził swoje urodziny, i że "Tygodnik Powszechny" zamawiał specjalny program kabaretowy na swój jubileusz.

Dzięki "Piwnicy" widziałam go po raz ostatni w początkach stycznia tego roku. Chciał porozmawiać o pewnych pomysłach uczczenia tej instytucji, bo proszono go o udział w tym przedsięwzięciu. Sceptycznie nastawiony do sprawy, nie wiedział jak odmówić, nikogo nie urażając. W końcu podczas naszego spotkania znalazł wyjście z sytuacji godne Machiavellego. I wszyscy troje, z panią Anną, zaczęliśmy się śmiać. Dziś, kiedy myślę o tym spotkaniu, widzę, że jak zwykle, ujawnił wtedy najbardziej wyraziste cechy swej osobowości. Wierność i lojalność wobec przyjaciół. Uwagę. Rozwagę. Własny, zdecydowany sąd. Szacunek dla cudzych poglądów. Delikatność i dobre wychowanie, niezbędne także i wtedy, kiedy trzeba powiedzieć "nie". A do tego odrobina złośliwej przewrotności, potrzebnej jak ziarnko pieprzu, by owa mądrość i dobroć nie były zbyt mdłe. Zostanie w mojej pamięci właśnie taki. Rozbawiony. Z przyjaznym, wszystko rozumiejącym uśmiechem. Ze zmrużonymi w tym uśmiechu oczami, które są mądre, czujne, życzliwe. A także lekko sceptyczne.

Joanna Olczak-Ronikier



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć kultura praca poczucie humoru Tygodnik Powszechny wspomnienie Jerzy Turowicz gazeta redakcja epitafium Joanna Olczak-Ronikier
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W