Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Kardynał Müller o swoim dorastaniu w epoce Piusa XII

Kard. Gerhard Ludwig Müller

Moje katolickie dzieciństwo i młodość. Pius XII (1939-1958)

Moje katolickie dzieciństwo i młodość. Pius XII (1939-1958) - foto
Autor/źródło: Diana Golec

Kiedy w  dniu wspomnienia św. papieża Sylwestra (314—335) w 1947 roku ujrzałem światło świata, papież Pius XII miał już za sobą wojnę, włoski faszyzm i panowanie nazistów. Teraz musiał zmierzyć się z ateizmem na Wschodzie, będącym ogromnym zagrożeniem dla chrześcijaństwa, i rosnącym w siłę sekularyzmem na Zachodzie. Na początku mojej edukacji szkolnej i podczas przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej usłyszeliśmy, kim jest papież, a przede wszystkim, że my, katoliccy chrześcijanie, otaczamy go szacunkiem jako następcę Księcia Apostołów, czyli Piotra, a tym samym jako namiestnika Chrystusa na ziemi. Papież w swojej osobie jest ucieleśnieniem jedności pielgrzymującego Kościoła na ziemi.

Pewnego dnia, a było to 9 października 1958 roku, do mojego pokoju wpadła ogromnie poruszona Antonia, moja siostra (1940—2010) — jako abiturientka dla mnie, 10-letniego gimnazjalisty, najwyższy autorytet naukowy — i zawołała: „Czy już wiesz, co się stało? Papież umarł”.

W tym momencie byłem raczej poruszony myślą, że papież jest teraz w niebie u Chrystusa. Pojęcie „papież” związane było z Bogiem, Chrystusem i Kościołem. Słowo „umierać” w moim wyobrażeniu miało coś wspólnego z niebem. Po śmierci nasza dusza udaje się do Boga i potem mamy nadzieję na zmartwychwstanie ciała do życia wiecznego, a wszyscy zmarli — na Sąd Ostateczny. Dla dziecięcej wyobraźni urząd jest niemalże identyczny z osobą, która go piastuje. Pius XII był dla nas po prostu papieżem, następcą św. Piotra, najwyższym autorytetem we wszelkich kwestiach wiary, podobnie jak był nim dla mnie wówczas Albert Stohr (1890—1961), biskup Moguncji, czy ks. Philipp Heinrich Lambert (1896—1960), nasz proboszcz; nie potrafiliśmy sobie wyobrazić innego. Mój pierwszy proboszcz z rodzinnej parafii uznawany był za wcielenie gorliwego kapłana, całym sercem oddanego chorym i ubogim, a po 1945 roku także niemieckim jeńcom wojennym przebywającym w obozach rozlokowanych wokół Moguncji. W swojej do głębi religijnej postawie i nastawieniu społecznym przedstawiał dla mnie pierwsze zapadające w pamięć wyobrażenie „pasterza dusz”.

Pius XII jest papieżem mojego dzieciństwa i stanowi po prostu uosobienie i miarę katolickości.
Jako dziecku katolickich rodziców dana mi była łaska wchodzenia w życie przeniknięte wiarą w Boga, początek i cel życia, którą mogłem wewnętrznie czynić coraz bardziej moją. Wiara nie pochodzi z jakiegoś wewnętrznego, subiektywnego przeżycia, które potem chciałoby znaleźć swój wtórny wyraz, jak to próbuje nam wmówić racjonalistyczna filozofia religii. Raczej „rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa” (Rz 10,17), które zostało powierzone apostołom i całemu Kościołowi do przepowiadania. Wiara pochodzi z zewnątrz, ze słuchania i uczenia się, z współ-życia ze wspólnotą wierzących w rodzinie, przedszkolu i grupie młodzieżowej, we wspólnocie parafialnej, klasie szkolnej i ogólnie w Kościele. W modlitwie i śpiewie młody duch zestraja się w oddawaniu Bogu czci, a czytając historie biblijne, doświadcza bezpośredniej bliskości Jezusa, Jego Matki, Maryi, i apostołów. W katechizmie zaś dziecięcy duch znajduje pokarm i zdobywa jasne wyobrażenia o Bogu, Chrystusie i Kościele. Niejako oswajałem się z wiarą w Chrystusa. Mojego rozwoju wewnętrznego i mojego życia duchowo-moralnego nie można zrozumieć bez wiary w Boga i miłości do Chrystusowego Kościoła. Obiektywna Tradycja Kościoła, tak jak została ona spisana w Piśmie Świętym, w wyznaniach wiary, w uroczystej liturgii i rozstrzygnięciach dogmatycznych, jest tym, czego się uczymy, o czym może i powinien być przecież poinformowany także wykształcony niechrześcijanin.
W jaki sposób jednak treści wiary Kościoła docierają do ducha i rozumu osoby, tak że młody człowiek albo dorosły katechumen usłyszane z zewnątrz ludzkie słowo może sobie przyswoić w taki sposób, że słyszy w nim słowo Boga, zaś samego Chrystusa rozpoznaje i uznaje za swojego wewnętrznego nauczyciela. „Apostołowie Paweł, Sylwan i Tymoteusz” zwracają się do wspólnoty w Tesalonikach i tak poświadczają wspólne oddziaływanie łaski Bożej i kościelnego przepowiadania: „Dlatego nieustannie dziękujemy Bogu, bo gdy przyjęliście słowo Boże, usłyszane od nas, przyjęliście je nie jako słowo ludzkie, ale — jak jest naprawdę — jako słowo Boga, który działa w was wierzących” (1 Tes 2,13).
Zewnętrzna i obiektywna Tradycja Kościoła musi stać się Tradycją wewnętrzną i subiektywną, jakby tryskającym źródłem, z którego chrześcijańska osobowość czerpie „wodę życia wiecznego” ( J 4,14). Bóg przekazuje swoje słowo za pośrednictwem Kościoła, abyśmy dzięki cnotom wlanym w nas przez Ducha Świętego: wierze, nadziei i miłości, wkroczyli w bezpośrednią relację do Boga. Bezpośredniość ta nie powoduje zdystansowania się od włączenia do wspólnoty zbawczej, w przeciwieństwie do satelity, który osiągnąwszy właściwą orbitę, odrzuca swój napęd rakietowy.
Bezpośredniość względem Boga dokonuje się zawsze za pośrednictwem człowieczeństwa Chrystusa i eklezjalno-sakramentalnego kształtu wspólnoty Chrystusa. Personalna bezpośredniość w stosunku do Boga i eklezjalno-sakramentalne pośrednictwo należą do siebie ze względu na bosko-ludzką jedność Chrystusa, Objawiciela i Pośrednika zbawienia. Odpowiada to naszej cielesnej naturze i naszej kondycji jako istoty społecznej, które domagają się kościelnego pośrednictwa dla Objawienia. Tylko tak jestem w stanie wejść w personalną relację z Bogiem, zarówno w Jego skierowanym do mnie słowie, jak również w Jego zbawczym działaniu dla mnie.
Znamienity teolog z Tybingi, Johann Adam Möhler (1796—1838), obustronną relację obiektywnej i subiektywnej Tradycji, zewnętrzno-eklezjalnego pośrednictwa i wewnętrzno-chrystologicznej bezpośredniości Boga ujął w następujących słowach: „Czym jest Tradycja? Charakterystyczny zmysł chrześcijański, istniejący w Kościele i rozszerzający się poprzez kościelne wychowanie, który jest jednak niewyobrażalny bez swojej zawartości, który raczej ukształtował się dzięki swojej zawartości, tak że można go nazwać spełnionym zmysłem. Tradycja jest ustawicznie w sercach wierzących żyjącym słowem. Temu zmysłowi, jako zmysłowi ogółu, powierzona została wykładnia Pisma Świętego”3.
Chrześcijańskie wychowanie osiąga swój cel, jeśli budzi w członkach Kościoła supernaturalis sensus fidei fidelium — nadprzyrodzony zmysł wiary (por. KDK 12). Wyczucie (sentire cum ecclesia) dla wewnętrznego związku Boga i Kościoła, Chrystusa jako Głowy i Ciała, rzeczywistej skuteczności łaski w ustanowionych przez Chrystusa świętych znakach tworzy tożsamość katolickich wiernych.
Przez swoją miłość i ofiarę życia na krzyżu Chrystus nabył dla siebie Kościół jako własne ciało, które On kocha, a nie nienawidzi, ale je pielęgnuje i karmi, aby oczyścić i uświęcić je „obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo” (Ef 5,26). Personalna bezpośredniość Boga, który mnie „poznał i przeznaczył na to, bym się stał na wzór obrazu Jego Syna” (Rz 8,29), a także sakramentalne pośrednictwo zbawienia przez Kościół (por. Mt 28,19) i życie razem z nim wskazują na to, co jest specyficznie katolickie. Kiedy w czasach mojej młodości w kazaniach często cytowano słowa św. Cypriana z Kartaginy (ok. 200—258), od razu zrozumiała dla mnie była nierozdzielność odwołania się do Boga i wspólnoty Kościoła: „Nie może mieć Boga za Ojca ten, kto nie ma Kościoła za matkę”4.

Kiedy przez chrzest przyjąłem dziecięctwo Boże i zostałem włączony do Kościoła — Ciała Chrystusa, a jako dziewięciolatek przyprowadzony zostałem na spotkanie z Chrystusem w sakramentach pokuty (spowiedzi) i Pierwszej Komunii Świętej, moi rodzice i duszpasterze wtedy, a później ja sam w dojrzałej świadomości pojmowałem to nie jako tylko obrzędy uspołeczniające. Wielki północnoafrykański pisarz kościelny Tertulian (ok. 160—220 r. po Chr.) tak o tym pisał: „Chrystus nazwał siebie Prawdą, a nie przyzwyczajeniem”5. Doświadczyłem wewnętrznego spotkania z Jezusem, którego kocham i który niósł moją osobę do włączenia w boskie życie Ojca, Syna i Ducha Świętego. Jest to relacja stworzenia i dziecka Bożego do Boga, zamieszkiwanie Trójcy Świętej w duszy, w myśl słów Jezusa: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać” ( J 14,23). Ponieważ wiara nie została mi indoktrynowana przez autorytet rodzicielski i w sposób sterowany z zewnątrz, ale łagodnie zasiana w moim sercu, dlatego nie czułem zagrożenia dla mojej wolności. Gdzie „zostało posiane i podlane, ale wzrost został pozostawiony Bogu” (por. 1 Kor 3,6n), tam nie powstaje żadne rozdwojenie pomiędzy autorytetem a wolnością, o które wielu już się rozbiło. Później, już jako nauczyciel religii i kaznodzieja, byłem często pytany o to, co sam na ten temat myślę. „To oczywiste” — mówiono. „Zna ksiądz naukę Kościoła i oficjalnie musi ją reprezentować, ale co myśli ksiądz osobiście”, tak brzmiały pytania stawiane na forum niepublicznym. „Jeśli się wierzy, że Boże Objawienie i Jego historia z nami, ludźmi, przechowywana jest w całej pełni w wyznaniu wiary Kościoła i że nie istnieje prywatna, sekretna droga do Boga wiodąca obok Chrystusa i Kościoła, to jak mogę wierzyć inaczej, niż wierzy Kościół, nie stawiając siebie przy tym ponad Bogiem” — taka była zawsze moja odpowiedź.

Już we wczesnym dzieciństwie moja matka budziła we mnie miłość do Jezusa. Nie pozostała ona tylko na poziomie sentymentalnym i nie oddziaływała infantylnie. Miłość zapaliła w moim wewnętrznym oku światło, które promieniowało przez całe moje życie.

„Jezu, w Tobie ja żyję, w Tobie umieram, Jezu Twój jestem w życiu i przy śmierci” (por. Rz 14,8) było moją pierwszą modlitwą. Co wieczór ja i mój brat Günter modliliśmy się w ten sposób przed pójściem spać. Krzyż z przybitym do niego Jezusem, który wisiał nad łóżkiem, był widzialnym dowodem, że Jezus naprawdę oddał swoje życie — dla mnie i dla nas, pro me et pro nobis. Myśl, że jestem stworzeniem i dzieckiem Bożym powołanym do życia wiecznego, wypełnia po dziś dzień moje serce i umysł ciągle na nowo zdumieniem i podziwem — tak można by powiedzieć, parafrazując Kanta. Tym, co zostało nam przekazane, była pewność, że Bóg dobrze nam życzy i prowadzi na końcu wszystko ku dobremu (por. Rz 8,28). „Z Bogiem zaczynaj, z Bogiem kończ, to jest najpiękniejszy życia tok” — tak brzmiała inna modlitwa, która wyraża pierwotne, dziecięce zaufanie do Boga.

Częścią modlitwy był także codzienny rachunek sumienia odprawiany wieczorem przed zaśnięciem. Uświadomienie sobie, ze względu na wolną wolę, odpowiedzialności za moje czyny było najlepszym przygotowaniem do późniejszej sakramentalnej pokuty, którą wtedy nazywano po prostu spowiedzią. Jak wiadomo, dokonuje się ona w trzech etapach. Są to: serdeczny żal, ustne, wyraźne wyznanie grzechów i zadośćuczynienie w dobrych dziełach, po których następuje Boże przebaczenie w absolucji. Dobry rachunek sumienia nie prowadzi do lęku i strachu przed osądzającym i surowym Bogiem. Ponieważ Bóg w swoim sądzie jest przebaczającym Ojcem, odwołanie się do sądu osobistego nad każdym po śmierci i do Sądu Ostatecznego nad całą ludzkością na końcu czasów prowadzi raczej do przerażenia sobą samym, że wskutek przekraczania przykazań Bożych albo braku dobrych uczynków sam oddzieliłem się od miłości Boga ponad wszystko i miłości bliźniego jak siebie samego. „W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości” (1 J 4,18).

W spowiedzi przyglądam się samemu sobie jak w zwierciadle i poddaję się osądowi Bożej miłości. Tylko wtedy, kiedy wypieram się moich grzechów, aby samemu się usprawiedliwić, moje sumienie staje się „męką i piekłem”. Tylko nieodpokutowany grzech, którego chcę się wyprzeć przez samousprawiedliwienie, powoduje nienawiść do Boga i pogardę dla Jego Kościoła. Kiedy w pokorze wyznaję moje grzechy i żałuję za nie, miłosierdzie Boże staje się zaproszeniem dla marnotrawnego syna, aby powrócił do domu Ojca (por. Łk 15,11—32). Duchowo i psychologicznie ważne jest w wychowaniu religijnym staranne rozróżnianie pomiędzy grzechami codziennymi albo lekkimi a grzechami ciężkimi, które prowadzą do „duchowej śmierci duszy” (por. 1 J 5,16). Skrupuły i brak wiary w siebie są brakiem miłości i ufności do Boga, który zawsze jest Bogiem miłości przebaczającej, a nie Bogiem zemsty prowadzącej do lęku i ucieczki przed Nim.

Nie patrząc na siebie, ale spoglądając na Boga i Jego przychylność dla mnie w Jezusie Chrystusie, mogę być pewny Jego przebaczenia i łaski, tego, że jestem uwolniony od grzechu i mogę z radosnym sumieniem uwielbiać Boga i służyć ludziom. „Kto zawsze wierzy, może być pewnym wszechmocy i miłosierdzia Boga”6. Motywem wiary jest łaskawy Bóg, który czyni z nas — nieprzyjaciół i niewolników — naprawdę przyjaciół i synów Boga (Rz 5,10; 6,20; 8,14). „Tak i wy rozumiejcie, że umarliście dla grzechu, żyjecie zaś dla Boga w Chrystusie Jezusie” (Rz 6,11).

Możliwe, że antyczni pogańscy pisarze (Lukrecjusz, Epikur), ateistyczno-racjonalistyczni krytycy religii z XVIII i XIX wieku, a także psycholodzy głębi (Freud) — wszyscy oni religię i wiarę w bożków próbowali wywodzić z lęku tak zwanych prymitywnych ludzi przed siłami przyrody albo z nieprzetworzonych emocji. Wiara w Boga miłości objawionej w Jezusie Chrystusie ani według moich wspomnień ze wczesnego dzieciństwa, ani uczonej refleksji nie ma swoich początków w duchowych stanach czy dynamikach. Analogia do ludzkich emocji nie wynika z odniesienia do sił natury i zrządzeń losu doczesnej egzystencji, lecz pochodzi z dziecięcego zaufania do Ojca, któremu zawdzięczamy powstanie i wspieranie naszego życia, a zatem do rodziców, przodków oraz braci i sióstr w rodzinie Bożej. Jako Kościół pielgrzymujący idzimy poprzez dzieje drogą Chrystusa aż do końca czasów, kiedy „Miasto Święte — Jeruzalem Nowe zstąpi z nieba od Boga, przystrojone jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swego męża i zobaczymy przybytek Boga z ludźmi” (Ap 21,2nn).

Wobec reprezentowanego przez psychologię religii wyprowadzania chrześcijaństwa ze wstrząsającego doświadczenia przypadkowości wszystkiego, co ziemskie, z bólu przeznaczenia ku śmierci albo ze strachu przed niemożliwymi do opanowania za pomocą techniki siłami przyrody i ślepymi zrządzeniami losu, pomagają tylko słowa pocieszenia i obietnice Boga: „Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: «Abba, Ojcze!»” (Rz 8,15).

Ojcem naszej wiary nie jest życzenie, a matką iluzja. Nie jest ona jakąś abstrakcyjną ideą albo ideałem stworzonym przez czysty, jednak nie oparty na doświadczeniu rozum, ale ma realny fundament: zbawcze działanie Boga pośrodku świata i historii. „Lecz ja wiem, że Odkupiciel mój żyje” — wyznaje cierpiący sprawiedliwy człowiek (Hi 19,25). Kto, jak nie Jezus wziął na siebie za mnie boleści, kto ma rację i czyni mnie sprawiedliwym, komu mogę siebie zawierzyć w życiu i w śmierci? Ktokolwiek później w imię samooświeconego rozumu filozofii salonowej, ze ślepą wiarą w postęp i na pozór obiektywną naukowością chciał mnie kiedykolwiek przekonać o duchowej niższości chrześcijaństwa albo o jego „średniowiecznej ciasnocie”, używając formuł polemicznych, które nie są żadnymi argumentami, jak dotąd zawsze doznawał porażki wobec mojego pierwotnego doświadczenia Boga jako miłości.

Za wysoką i pustą w środku fasadą wolnomyślicielstwa znajduje się zbyt wiele pychy i cynizmu, aby można wśród jego zwolenników zyskać prawdziwego przyjaciela. Dobry przyjaciel życzy mi tylko dobrze i nie chce mnie pozyskać jedynie jako kompana popierającego jego własny światopogląd. Jeśli istniałoby tylko to krótkie życie i jego sens polegałby tylko na przyjemnościach, to w imię czego powinienem je poświęcić, jak nie w imię Tego, który dał nam życie w obfitości i mówi do nas: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” ( J 15,13). Po dziś dzień nie pojawił się bowiem żaden prominentny przedstawiciel staropogańskich albo współczesnych antychrześcijańskich ideologii, który naraziłby swoje życie dla mojego i miałby chociaż odrobinę mocy, aby teraz i na zawsze pokonać moją skończoność i moją śmierć oraz przemijalność wszystkich, których kocham. Bóg, który z miłości do nas wydał za nas swojego jedynego Syna i którego kochamy ponad wszystko, był i jest najprawdziwszą rzeczywistością w świecie i ponad nim. Bóg, od którego pochodzimy i który jest naszym celem, to wszczepiona w serce i rozum pewność dająca oparcie i ukazująca sens życia.

Wspominając powolne dojrzewanie mojej świadomości religijnej i jej coraz głębsze zakorzenienie w tajemnicy Chrystusa, mogę wymienić to, co zawdzięczam łasce Bożej, a nie tylko szczęśliwym okolicznościom. Wiem nie tylko, w   c o wierzę, ale o wiele bardziej wiem, komu wierzę. Święty Paweł, ustanowiony przez Chrystusa „głosicielem, apostołem i nauczycielem Ewangelii”, tak przedstawia przeciwności swojej misji: „Z tej właśnie przyczyny znoszę i to obecne cierpienie, ale za ujmę sobie tego nie poczytuję, bo wiem, komu uwierzyłem, i pewien jestem, że mocen jest ustrzec mój depozyt aż do owego dnia” (2 Tm 1,12). To zaś, co zlecił swojemu uczniowi i następcy w posłudze apostolskiej, spoglądając na moje wprowadzenie do chrześcijaństwa przez moich nauczycieli i duszpasterzy, uważam, że zostało i do mnie powiedziane: „Zdrowe zasady, któreś posłyszał ode mnie, miej za wzorzec w wierze i miłości w Chrystusie Jezusie! Dobrego depozytu strzeż z pomocą Ducha Świętego, który w nas mieszka” (2 Tm 1,13n).

W adoracji Pana w Najświętszym Sakramencie i w przepychu uroczystej procesji Bożego Ciała serce ogarnia takie doświadczenie prawdziwej obecności Chrystusa, że opiera się na nim wszelkie zaufanie do Boga i ciągle na nowo zapala się w nas miłość do Boga i bliźniego. Ta bliskość Boga daje życiu oparcie i pozwala, by w sercu rozbrzmiewało ciągle na nowo wielkanocne Alleluja. Jest to przeświadczenie, że Jezus nie był tylko znaczącym człowiekiem, który żył 2000 lat temu i umarł, o którym przypominamy sobie jako postaci historycznej, aby umacniać się Jego przykładem; „raczej żyje na wieki w swoim Kościele i wyjaśnia to w sposób zmysłowy, pojmowalny dla zmysłowego człowieka, w Sakramencie Ołtarza. Jest On w przepowiadaniu swojego słowa stałym nauczycielem; w chrzcie bezustannie przyjmuje do swojej wspólnoty, w sakramentalnej pokucie przebacza skruszonym grzesznikom, w wieku dojrzewania mocą swojego Ducha Świętego umacnia w bierzmowaniu, inspiruje nowożeńców wyższym wyobrażeniem relacji małżeńskich, jednoczy się z wszystkimi, którzy wzdychają ku życiu wiecznemu, najściślej pod postaciami chleba i wina, pociesza umierających w namaszczeniu i powołuje w sakramencie święceń urzędy, poprzez które sprawia to wszystko w nieznużonym działaniu”7.

Nawet wiara dziecka nie jest bezrozumna. To, co nierozsądne, nie może nigdy z biegiem czasu stać się rozsądne. Jak daleko sięgam pamięcią, zawsze miałem wyczucie dla rodzajowo różnej prawdziwości dziejów biblijnych i treści wiary z jednej strony, a bajek, legend i powieści przygodowych z drugiej, które co prawda mocno angażowały dziecięcą fantazję, ale do których zawsze dodawano, że są jednak tylko bajkami, a przez to nie mogą być prawdziwe. Jednak to, co rozsądne, zawsze może być bardziej zrozumiałe. „Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem” (Łk 1,80) — mówiono o św. Janie Chrzcicielu. Tym, co robiło na nas jako dzieciach zawsze duże wrażenie, było to, że o Jezusie dorastającym w swojej rodzinie w Nazarecie mówiono: „Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim” (Łk 2,40). Jeśli w mojej wierze i życiu pojawiały się trudności natury intelektualnej i egzystencjalnej, moją zasadą było nie szukać przyczyn tego faktu w Bożym Objawieniu albo w nauce Kościoła, ale w mojej niedostatecznej wiedzy, co można było pokonać przez pogłębione studium i intensywniejszą modlitwę o lepsze zrozumienie. Bowiem to właśnie osoba, dzięki pomocy wychodzącej jej naprzeciw łaski, przez jej rozum i wolną wolę odnosi się do osobowego Boga; i tylko przez wiarę rozum osiąga swój cel, a mianowicie poznanie prawdy, którą jest osobowy Bóg. Objawienie prowadzi do prawdy, ponieważ Bóg pozwala się poznać w swoim Słowie i Duchu jako Prawda. Prawdą wiary nie jest zatem osiągnięte przeze mnie zrozumienie struktur stworzonych materialnych i idealnych stanów rzeczy, ale poznanie miłości, która panuje w relacjach między osobami. Prawda wiary nie jest relacją przedmiotową, ale relacją osobową, a przez to nieskończenie przewyższa wiedzę o rzeczach.

Również rozumowe zarzuty filozofii materialistycznej i ateistycznej, które zaprzeczają istnieniu Boga albo — jak chociażby w Kantowskim krytycyzmie — twierdzą agnostycznie o braku dowodów na istnienie Boga, nie mogą zachwiać moją wiarą w żyjącego, osobowego Boga i  zakwestionować racjonalnego uzasadniania istnienia Boga. Argumenty te ostatecznie i zasadniczo nie mogą bowiem podkopać założeń rozumowego przekonania o istnieniu Boga i szerokiej relacyjności wszelkiego bytu do NIEGO. Walczący ateiści sięgają po łatwe rozwiązania, kiedy odmawiają wierzącym krytycznego rozumu. Rzecz jasna nie ma powrotu do Ptolemeuszowego obrazu świata, jednak tutaj chodzi o przekonania empiryczne. Nie był on nigdy przedmiotem wiary w Boga Stwórcę. Również przestarzałe, ale i nowoczesne obrazy świata zaczerpnięte ze zdroworozsądkowych nauk przyrodniczych nie mają nic wspólnego z samoobjawieniem się Boga jako Zbawienia i Prawdy człowieka. Co ma wspólnego wiara w Boga z jakimś określonym stanem poznania przyrodniczego?

Nie można oczywiście cofać się do świadomości problemu sprzed krytyki poznania Kanta. To jednak nie wyklucza, że może zostać rozwinięta na tej podstawie nowa forma teoriopoznawczego realizmu, która umożliwia uprawianie teologii jako nauki. Dlatego konieczne jest, aby zająć się tymi problemami racjonalnie i augmentatywnie, a w ten sposób zyskać jasność w kwestii metafizycznego fundamentu teologii. Przedmiotem teologii jest wiara objawiona, co stanowi jej specyfikę względem wszystkich innych nauk empirycznych i transcendentalnych. Zasady teologii nie stanowi jednak wiara, ale rozum, który jest konstytutywny dla wszystkich nauk i je ze sobą łączy (ratio fide illustrata). Dlatego też możliwe i w pełni uprawnione jest uprawianie teologii jako nauki o treściach wiary na uniwersytecie, ponieważ jego zasadą pozostaje wiedza, a nie ignorancja, na przykład w odniesieniu do nauki o wyznaniu chrześcijańskim i jego wszystkich przejawach literackich i historycznych.

Nihilizm, „ów najbardziej niesamowity ze wszystkich gości” (Fryderyk Nietzsche), a wraz z nim relatywizm moralny, stoi u drzwi i nie pozwoli się odprawić, jeśli tajemnica bytu nie zostanie przyjęta jako miłość, zaś miłość jako tajemnica Boga. Rozum nie dosięga wiary z zewnątrz jako czynnika korygującego. Co prawda wiara jest niesiona łaską, ale sama w sobie pozostaje już jednak aktem ducha w rozumie i woli. Wiara i rozum nie stoją w sprzeczności do siebie jako coś racjonalnego i irracjonalnego. Wiara w Boga jest rozumna, ponieważ Bóg jest Rozumem, zaś tęsknota za miłością nigdy nie przerodzi się we frustrację, ponieważ Bóg jest Miłością. W wierze dokonuje się „rozsądne oddawanie czci Bogu” — rationabile obsequium (Rz 12,1). Kiedy Paweł zaświadczył o chrześcijańskim kerygmacie wobec króla Agrypy II z Judei (50—70 r. po Chr.) i rzymskiego namiestnika w Syrii Porcjusza Festusa (60—62 r. po Chr.), bronił się przed swoimi oskarżycielami, mówiąc, „że Mesjasz ma cierpieć, że pierwszy zmartwychwstanie, że głosić będzie światło zarówno ludowi, jak i poganom” (Dz 26,23). Kiedy Festus zawołał głośno: „Tracisz rozum, Pawle, wielka nauka doprowadza cię do utraty rozsądku” (Dz 26,24), Paweł odpowiedział: „Nie tracę rozumu, dostojny Festusie, lecz słowa, które mówię, są prawdziwe i przemyślane” (Dz 26,25). Jest to zdolność wiary, by w racjonalnym dialogu uwzględniać swoją głęboką rozumność i większą sensowność względem negacji wiary.

Ponieważ moi rodzice w domu, siostry zakonne w przedszkolu, a nasi księża w szkole wprowadzili mnie mistagogicznie w spotkanie z osobowym Bogiem z szacunkiem wobec Niego i miłością do Niego, byłem uodporniony na teopanistyczne albo panteistyczne rozmycie rozumienia Boga. To, co w filozoficznej nauce o Bogu nazywane jest rzeczywistością osobową, w Objawieniu poszerza się do rozumienia życia trynitarnego Trzech Bożych Osób, będących we wzajemnych relacjach, które nie niweczą jedności Boga, ale pozwalają lepiej ją poznać w jej nieprzeniknionej głębi jako wspólnotę miłości. Dlatego mogę dialogicznie zwrócić się do Boga „Ty”, a przez Syna w Duchu Świętym nazwać go „Abba, Ojcze!” (Rz 8,14—17; Ga 4,4—7). To sam Syn Boży uczył swoich uczniów modlić się do Boga słowami: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie: święć się imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego” (Mt 6,9; Łk 11,2—4).

Podobnie nie zdoła mnie przekonać naturalistyczna i racjonalistyczna interpretacja świata. Jest oczywiste, że pojedynczy człowiek czuje się mały i nieznaczący w niezmierzonych przebiegach kosmicznych i w oceanie historycznych wydarzeń i sekwencji. Nieskończone przestrzenie i czasy wymykają się wszelkiej sile wyobraźni i w niewyczerpalnym bogactwie ewolucji życia pojedyncza istota żyjąca musi czuć się zagubiona jak kropelka wody w morzu. To wszystko może budzić skłonność, aby zamiast Stwórcy czcić stworzenie w jego mocy i przepychu albo skapitulować w obliczu tragiki skończoności lub też buntować się przeciwko nieznanej mocy, która nie zapobiega cierpieniu stworzeń. Natomiast rozdźwięk pomiędzy pozorną nieskończonością świata i nikłością jednostki skłania ku myślom, że pozornie oczywiste wydaje się szukanie zbawienia w powrocie do indywidualności w wiecznym cyklu natury albo znajdywanie zbawienia w obojętności nirwany. Czy kiedykolwiek ktoś głębiej wyraził zasadnicze chrześcijańskie usposobienie człowieka jako stworzenia Boga, który się o nas troszczy i nas zbawia, niż św. Augustyn (354—430 r. po Chr.)? Swoją spowiedź życia rozpoczął on od słów: „Jakże wielki jesteś, Panie. Jakże godzien, by Cię sławić. Wspaniała Twoja moc. Mądrości Twojej nikt nie zmierzy. Pragnie Cię sławić człowiek, cząsteczka tego, co stworzyłeś. On dźwiga swą śmiertelną dolę, świadectwo grzechu, znak wyraźny, że pysznym się sprzeciwiasz, Boże. A jednak sławić Ciebie pragnie ta cząstka świata, któryś stworzył. Ty sprawiasz sam, że sławić Cię jest błogo. Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie”8.

Bóg jako personalnie-relacyjna miłość we wspólnocie Ojca, Syna i Ducha Świętego nie jest wizualizacją błahej nicości albo infantylnym pomniejszeniem niewyobrażalnej bezosobowej wszechjedności bytu. Rzeczywistość osoby Boga jest nieprzenikalną tajemnicą prawdy i miłości, która nie została wymyślona albo skonstruowana jako projekcja przez nas samych, ale jest tym, co czyni ze mnie osobę, która w duchu i miłości może spełniać wymagania i odpowiedzieć tajemnicy istnienia i życia. To nie ja poprzez moje skończone myślenie czynię nieskończonego Boga osobą, ale, o ile jestem w Bożej myśli, to On czyni ze mnie skończoną osobę, która dzięki temu może odpowiedzieć na Jego wezwanie. Już nawet przez samo myślenie bytu i podjęcie tematu początku i celu wszystkiego człowiek przewyższa jakościowo w sposób nieskończony całą wielość materii i życia biologicznego. Bóg jest miłością, ponieważ jest wspólnotą Ojca, Syna i Ducha. Bóg, który nie byłby osobą, pochłonąłby nas niczym zimne, bezduszne morze, połykające samotnego pływaka, i wszechświat, sprawiający, że odczepiony astronauta przepada jak kamień w wodzie.

Francuski matematyk, fizyk i filozof Blaise Pascal (1623—1662) w swoich Myślach bardzo obrazowo przedstawia egzystencjalne doświadczenie nicości człowieka i jego jakościową różnicę względem nieuduchowionego bytu: „Cała godność człowieka jest w myśli. Człowiek jest tylko trzciną, najwątlejszą w przyrodzie, ale trzciną myślącą. [...] Ale gdyby nawet wszechświat go zmiażdżył, człowiek byłby i tak czymś szlachetniejszym niż to, co go zabija, ponieważ wie, że umiera, i zna przewagę, którą wszechświat ma nad nim. Wszechświat nie wie nic o tym. Cała nasza godność spoczywa tedy w myśli. Z niej trzeba nam się wywodzić, a nie z przestrzeni i czasu, których nie umielibyśmy zapełnić. Silmy się tedy dobrze myśleć: oto zasada moralna”9.

Stąd jestem wdzięczny tym, którzy doprowadzili mnie do wiary w Boga i do wspólnoty wierzących, za personalną relację do Niego w prawdzie i miłości, która stanowi istotę aktu religijnego. „Bo takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem: potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie” ( J 4,23n).

Uważam za łaskę i  zobowiązanie to, że w  moim dzieciństwie i młodości nie zostałem pozbawiony Boga. Gdyby także współcześni rodzice byli zdolni udzielić odpowiedzi na najgłębsze pytania ich dzieci! Mistagogia w misterium Chrystusa jest najważniejszym urzeczywistnieniem kapłaństwa wspólnego wszystkich wiernych ze strony rodziców wobec ich dzieci powierzonych im przez Boga.

Odpowiedź na pierwsze, wprowadzające pytanie do katechizmu w szkole podstawowej, która satysfakcjonowała mnie jako dziecko i mojego młodzieńczego ducha, a która w dalszym życiu mogła być jedynie ubogacona, ale nie zastąpiona lepszą, brzmiała: „Jesteśmy na ziemi, aby Boga poznać, miłować Go, służyć Mu, a kiedyś żyć wiecznie u Niego”10.

Nie inaczej mówi Sobór Watykański II w konstytucji duszpasterskiej Gaudium et spes. Człowiek znajduje się w dramatycznym doświadczeniu rozterki pomiędzy brutalnym doświadczeniem skończoności i nieograniczonym pragnieniem spełnienia, które nieskończenie przekracza możliwości przemijającego świata. Ani teoretyczny, ani praktyczny materializm, ani liberalna postępowa wiara w zbawienie dzięki techniczno-naukowemu panowaniu nad światem, ani tragiczne przeżywanie lub heroiczne trwanie w nihilizmie nie zdołają udzielić zadowalającej odpowiedzi na zasadnicze egzystencjalne pytania: „Czym jest człowiek; jaki jest sens cierpienia, zła, śmierci?” (KDK 10). Te pytania kształtują skończenie-nieskończoną istotę człowieka, tak że tylko w świetle tajemnicy Chrystusa można zrozumieć tajemnicę człowieka i znaleźć rozwiązania dla wielkich wyzwań ludzkości w teraźniejszości i przyszłości, dla czasu i wieczności. „Kościół zaś wierzy, że Chrystus, który za wszystkich umarł i zmartwychwstał, może człowiekowi przez Ducha swego udzielić światła i sił, aby zdolny był odpowiedzieć najwyższemu swemu powołaniu. [...] Podobnie też wierzy, że klucz, centrum i cel całej ludzkiej historii znajduje się w jego Panu i Nauczycielu” (KDK 10).

Pobożność, w której wzrastaliśmy jako dzieci katolickiej rodziny — dwie dziewczynki i dwóch chłopców — i nauczanie wiary, które otrzymaliśmy w szkole i w parafii, mówiąc językiem teologicznym, było ukierunkowane teocentrycznie i chrystocentrycznie, ale miało też ciepły dominujący ton kobieco-maryjny. Tajemnicę ukształtowanej maryjnie katolickiej pobożności stanowi fakt, że to, co prawdziwe i dobre, nie stoi w sprzeczności do tego, co piękne, ale w nim promienieje. Sobór Watykański II tak podsumowuje nauczanie o istocie i posłannictwie Kościoła Chrystusa: „Tymczasem zaś Matka Jezusowa, jak w niebie doznaje już chwały co do ciała i duszy, będąc obrazem i początkiem Kościoła mającego osiągnąć pełnię w przyszłym wieku, tak tu, na ziemi, póki nie nadejdzie dzień Pański (por. 2 P 3,10), przyświeca Ludowi Bożemu pielgrzymującemu jako znak pewnej nadziei i pociechy” (KK 68). Słowami archanioła Gabriela skierowanymi do Maryi i pozdrowienia Elżbiety jako katolicy codziennie czcimy „Matkę Pana” (Łk 1,43), odmawiając Ave Maria: „Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”. Wraz z Ojcze nasz stanowi ono rdzeń modlitwy różańcowej, w której w duchu Maryi rozważa się tajemnice życia, cierpienia, śmierci i wywyższenia Jej Bożego Syna.

Przy całym szacunku dla sióstr zakonnych i  wychowawczyń w przedszkolu oraz z całym zaufaniem do nich, nauczycielkom i nauczycielom, duchownym, biskupom i papieżowi wyraźnie zostało przecież nakazane unikanie dziecinnego oddawania czci osobom. Bo przecież wierzymy w trójjedynego Boga, Stwórcę, Odkupiciela i Pojednawcę. Apostołowie i misjonarze Chrystusa są tylko świadkami i współwierzącymi w zbawcze orędzie, a nie treścią i motywem wiary w Boga i zbawcze dzieło Jego Syna. Jednak to właśnie one jako świadkowie ponoszą wielką odpowiedzialność za zaszczepienie zaufania i głębokiej miłości do Chrystusa w sercach ich podopiecznych, którzy powinni wzrastać i dojrzewać nie tylko fizycznie, ale także duchowo, moralnie i religijnie. Celem religijnego nauczania „jest miłość, płynąca z czystego serca, dobrego sumienia i wiary nieobłudnej” (1 Tm 1,5). Rozwijające się duchowe i duchowne życie młodych chrześcijan zależy w pozytywnym i negatywnym sensie długofalowo od wiarygodności pierwszych świadków w rodzinie, wspólnocie parafialnej i szkole. Patrząc z perspektywy czasu, mogę z wdzięcznością przyznać, że moi rodzice, nauczyciele i duszpasterze „nie zwodzili Boga” (Albert Biesinger). Razem z św. Pawłem chciałbym wyznać: „Dziękuję Bogu, któremu służę jak moi przodkowie z czystym sumieniem” (2 Tm 1,3).
Relacja z Chrystusem i Jego Kościołem zbudowana tylko na uczuciach i mechanicznym naśladowaniu zewnętrznych zwyczajów łatwo zamienia się w diametralne przeciwieństwo. Zrzędliwa krytyka Kościoła albo nawet niszczycielska nienawiść do chrześcijaństwa jest często karmiona nieudaną religijną mistagogią. W takim przypadku religia chrześcijańska została niestety nałożona tylko zewnętrznie poprzez jej nauczanie, kult i zasady Kościoła (dogmaty, liturgia i prawo kościelne) i błędnie pojmowana jest jako warunki, które musi spełnić człowiek, aby zyskać coś u Boga. Jest to wyobrażenie łaski jako zapłaty za dobre sprawowanie lub — w przypadku złego sprawowania — swego rodzaju „odebranie miłości” grzesznikowi przez Boga. W rzeczywistości nauka przekazywana przez Kościół, liturgia sakramentalna i posługa apostolska prowadzą jedynie jako media łaski do spotkania z Bogiem tu, na ziemi, w wierze, i kiedyś w niebie do widzenia Boga twarzą w twarz. Apostołowie są współpracownikami Boga; mogą jedynie obsiewać i podlewać Bożą rolę, podczas gdy sam Bóg daje wzrost (1 Kor 3,6). „Jeżeli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą” (Ps 127,1). Wprowadzenie w tajemnicę Bożej miłości nie może bowiem polegać na indoktrynacji albo na moralnym przymusie uczestnictwa we Mszy św., które byłoby oderwane od tworzenia osobowej relacji z Bogiem i przyjaźni z Jezusem. Jeśli wiara nie zostanie zaszczepiona w sercu jako unosząca wszystko relacja z żyjącym Bogiem, to rozbudzony umysł wyzwoli się od „dziecięcej wiary”, będącej rzekomym pierwszym stopniem w kierunku światopoglądu naukowego i autonomicznego spojrzenia na dramat własnej egzystencji pomiędzy tragediami a komediami tego świata. W najlepszym razie człowiekowi będącemu na łożu śmierci pozostanie tęsknota za utraconą wiarą dzieciństwa i nostalgiczna chęć powrotu do niej, zamiast głębokie i wewnętrzne pojednanie się z Bogiem. Również bezkrytyczne uwielbienie dla papieża może radykalnie zamienić się w nienawiść do Kościoła albo — jako antyrzymski afekt — odebrać radość wiary, kiedy dorosły chrześcijanin doświadcza tego, co ludzkie albo zbyt ludzkie, także u osób, które są i powinny być dla niego przykładem w wierze. To z takiego bagażu doświadczeń czerpie i nim się delektuje denuncjatorska literatura faktów, począwszy od Pfaffenspiegla Ottona von Corvina, aż do Kryminalnej historii chrześcijaństwa Karlheinza Deschnera.

Wiara w różnych okresach życia nie zmienia się, ponieważ jest ukierunkowana na żyjącego Boga i osobę Jezusa Chrystusa. Nie opiera się ona bowiem na chwiejnych uczuciach, ale jest poznaniem Boga, a tym samym miłowaniem Go ponad wszystko, co stworzone. Wiara pozostaje w życiu taka sama dzięki pomocy łaski. Miłość do Boga powinna się zaś udoskonalać przez to, że bierzemy na siebie nasz krzyż. Wiara może się jednak stać dojrzalsza, a nawet — dzięki przejściu przez pustynię zwątpienia i nędzę grzechu — ponownie docierać do studni żywej wody ( J 4,11). Podstawą i motywem naszej wiary pozostaje bowiem sam Bóg w swoim Objawieniu. Nie powinniśmy jej więc uzależniać od doskonałości albo niedostatków jej pośredników. W swoim komentarzu do Listu do Rzymian Tomasz z Akwinu wyjaśnia powiązanie wiary jako łaski wlanej i jako zewnętrznego słuchania głoszących ją słów: „Do wiary potrzeba dwóch rzeczy: po pierwsze skłonności serca do wierzenia, i to nie pochodzi ze słuchania, ale jest darem łaski; po drugie powołania ze strony przedmiotu wiary, i ono pochodzi ze słuchania. Dlatego Korneliusz, który posiadał skłonne do wierzenia serce, potrzebował jeszcze, aby został posłany do niego Piotr, który miał mu bliżej określić, w co należy wierzyć”11. Bezpośredniość wierzącego wobec Boga i pośrednictwo wiary poprzez hierarchiczno-sakramentalny Kościół stanowią zatem strony tej samej monety. Zależą one od siebie nawzajem, jednakże prym wiedzie Boża inicjatywa. Tutaj ukazuje się jednak specyficzność katolickiego rozumienia Kościoła. Zaczyna się ono od nierozdzielności Boga i człowieka w Chrystusie. Z inkarnacji wynika potem także niepodzielność Kościoła na wewnętrzną, niewidzialną wspólnotę łaski z Bogiem i na sakramentalne pośrednictwo w widzialnym Kościele apostolskim. Odnosi się ona do ukonstytuowania człowieka jako jedności duchowo-cielesnej i historyczno-społecznej. „Dzięki temu staje się jednak zrozumiałe, że Kościół, chociaż składa się z ludzi, jednak nie jest tylko ludzki. Raczej, podobnie jak w Chrystusie, choć można odróżnić to, co boskie, i to, co ludzkie, to jednak obydwoje połączone są w jedność, trwa On także w niepodzielnej całości w Kościele. Kościół, jego trwała postać, jest zarazem boski i ludzki, jest jednością obojga. To właśnie Chrystus działa w nim ukryty w ziemskiej i ludzkiej postaci, dlatego ma on w sposób nierozdzielny boską i ludzką stronę, tak iż boskie od ludzkiego ani ludzkie od boskiego nie może być oddzielone. Stąd też w odniesieniu do obydwu tych stron używa się zamiennie ich określeń: boskim jest żyjący Chrystus, a Jego Duch w Kościele jest tym, co nieomylne, wiecznie niezawodne, stąd też to, co ludzkie, jest także nieomylne i niezawodne, ponieważ Boże bez ludzkiego w ogóle dla nas nie istnieje; ludzkie nie jest samo z siebie, ale jako organ i jako ukazanie się tego, co boskie. Stąd też pojmujemy, j a k m o g ł o zostać powierzone ludziom coś tak wielkiego, ważnego i znaczącego”12.

Zrozumienie wiary ( fides quaerens intellectum) może zwrotnie zostać głębiej pojęte, ponieważ zgodnie ze swoją naturą ma ona udział w Bożym poznaniu (w wewnętrznym Słowie Boga, w którym realizuje się jego istota w relacji Trzech Boskich Osób, w Logosie, który był u Boga i jest Bogiem). Chociaż każdy człowiek powołany jest do poznania i miłości Boga, i w ten sposób zrozumienie wiary (intellectus fidei) nigdy nie może zastąpić, wyczerpać ani wyprzedzić słuchania wiary (auditus fidei), to jednak przekaz intelektualny i argumentatywne przedstawienie objawionej wiary są w naukowej teologii niezbędnymi zadaniami Kościoła, które w dużym stopniu stanowią nieodzowny element przepowiadania i prezentacji wiary (por. 1 P 3,15). Odnosi się to także do autentycznego wykładu nauczania Kościoła przez papieży jako następców św. Piotra.

Już w przedszkolu, w szkole i zawsze, kiedy podczas nabożeństw odczytywano odpowiednie miejsca w ewangeliach i w Dziejach Apostolskich, nurtowała mnie historia Piotra. Trzy razy wyparł się Jezusa, a po tym, jak trzy razy wyznał miłość do Jezusa, zmartwychwstałego Pana, jego udziałem stała się szczególna misja: „Paś moje owce i baranki!”. Nie kto inny jak papież w Rzymie był jego następcą. Jako początkujący ministranci widzieliśmy w salonie na plebanii budzący szacunek portret Piusa XII, który klęczał na klęczniku ze złożonymi do modlitwy rękami. Wysnułem z tego wniosek, że także papież uznaje swoją małość wobec wiecznego i wszechmogącego Boga, Stworzyciela nieba i ziemi. W modlitwie prosi on o Bożą łaskę i pomoc. Oczy wznoszą się na NIEGO, który nas podtrzymuje. Bogu możemy zaufać. Bóg wysłucha naszych modlitw i potem prowadzi nas pewnie także do zbawienia, nawet jeśli chwilami możemy uważać nasz krzyż za zbyt ciężki. Papież, pierwszy modlący się Kościoła, i Kościół, wspólnota wiary i modlitwy będąca w drodze, powszechny pasterz Kościoła w służbie jedynego prawdziwego „Pasterza i Stróża dusz waszych” (1 P 2,25; por. 1 Klem 61,3) — to religijne obrazy papieża, które odcisnęły się na dziecięcym umyśle.

Może się zdarzyć, że kpiarze takie zdjęcie ocenią jako wyreżyserowaną pozę. Jednak jest to wyraz ich uprzedzenia do osoby, które skłania ich do przedstawiania takich insynuacji. W sposób nieunikniony wszystkie portrety i zdjęcia paszportowe są w jakimś sensie wyreżyserowaną pozą, ale ukazują także charakter osoby. A to, co czytałem potem w poważnych publikacjach naukowych o Piusie XII, potwierdziło tylko moje głębokie wrażenie z wczesnej młodości.

Wiara w Jezusa Chrystusa umacnia się w świetle historii życia głęboko wierzących chrześcijan. Będąc 12-latkiem, odkryłem u mojej cioci Anny Müller (1904—1987) książkę Wilhelma Hünermanna Brennendes Feuer (1954) o papieżu Piusie X (1903—1914) i żywo wczułem się w postawę tego przykładnego papieża-duszpasterza. Jego hasłem przewodnim było: „Wszystko odnowić w Chrystusie”. Apostolskiej gorliwości dla domu Bożego, która się w tym wyraża, mogłem doświadczyć ze strony wszystkich kapłanów z czasu mojej młodości w parafii i w szkole. U mojego ojca chrzestnego Ludwiga Andresa (1906—1976) w szafie ściennej stała słynna historia papieży autorstwa Ludwiga Pastora (1854—1928), którą odziedziczyłem po jego śmierci i w znacznej części przestudiowałem. Mój pradziadek Wilhelm Müller (1843—1917), stolarz-artysta i organista, jak głosił rodzinny przekaz, razem z dwoma przyjaciółmi odbył pieszą pielgrzymkę z Moguncji do Rzymu i został przyjęty na prywatnej audiencji przez wielkiego papieża katolickiej nauki społecznej Leona XIII (1878—1903). W nekrologu „Mainzer Journal”, w wydaniu z 31 grudnia 1917 roku, wspomniał pokornego pielgrzyma do Rzymu, który nie ukrywał swojego prostego pochodzenia: „A  przecież mogło być wówczas tylko niewielu członków stowarzyszenia pielgrzymów, którzy przeczytali więcej o Włoszech i o wiecznym Rzymie niż skromny rzemieślnik. Żył i umarł z Kościołem. Wraz z nim odszedł spośród nas człowiek, który swoje wierne katolickie poglądy wyniósł od dzielnych rodziców i niezakłócone zachował przez całe długie życie”. Było to zawsze uważane za wyraz wierności Kościołowi i przywiązania do papieża w całej tradycji rodzinnej, którą można prześledzić zachowaną w pisanych dokumentach i we wspomnieniach aż do czasów Napoleona (1769—1821). Jakob Müller (1798—1884), dziadek mojego dziadka Petera Müllera (1877—1960), miał podobno widzieć cesarza Francuzów uciekającego przez Moguncję po przegranej przez niego bitwie narodów pod Lipskiem (1813).

Dziecięca linia wspomnień prowadzi także do papieża Benedykta XV (1914—1922). Kiedy wybuchła I wojna światowa (1914—1918), mój ojciec Martin (1905—1990) miał 9 lat, a jego siostra Anna 10 lat. Opowiadali nam, dzieciom, jak całymi dniami i tygodniami widzieli maszerujący obok naszego domu na szosie Paryskiej ciąg młodziutkich żołnierzy udających się na front zachodni; a potem, podczas wycofywania się w 1918 roku, tak wielu z nich już nie wróciło. Zamiast kwitnącej młodości widziało się pochód nędzy i naznaczonych okrucieństwem wojny postaci. W mojej młodości słuchałem jeszcze dziadków opowiadających o bitwach pod Verdun, o fort Douaumont, ale także o walkach w Szampanii, Flandrii, Polsce i Rosji.

Czytałem później autobiografię Carla Zuckmayera (1896—1977), pisarza z Nackenheim, blisko moich rodzinnych stron, zatytułowaną: Als wär's ein Stück von mir. Horen der Freundschaft (1966), w której przedstawił on także swoje wspomnienia wojenne z czasów pierwszej wojny światowej. Będąc dzieckiem i młodzieńcem, nie można jeszcze w pełni ocenić, jakie okropieństwo i szaleństwo wiąże się z przeżyciami wojennymi obydwu pokoleń dziadków i ojców. Dwudziestoletni brat mojej matki, Karl Geyer (1922—1942), który zawsze był przeciwnikiem Hitlera, musiał poświęcić swoje młode życie pod Stalingradem dla największego przestępcy w historii Niemiec.

Bezsensowności wojny  — tak opowiadano w  kręgach rodzinnych — przeciwstawił się tylko papież Benedykt XV, który w 1917 roku wydał notę na rzecz pokoju. Jednak wrogo nastawieni do katolicyzmu pruscy generałowie, jak chociażby Erich Ludendorff (1865—1937), późniejszy przejściowy sojusznik Adolfa Hitlera (1889—1945), postawili na całkowite zwycięstwo i wszystko przegrali. Ich postawa była podyktowana maksymą: „Papież nie będzie przecież dyktował nam pokoju”. Było to świeżo w pamięci, ponieważ przygnębienie i nędza francuskiej okupacji części Niemiec położonej po lewej stronie Renu bardzo mocno pamiętana była aż do śmierci w pokoleniu mojego ojca. Kwestia winy wojennej powinna odnosić się nie tylko do wybuchu wojny, ale również do jej przestępczego niezakończenia. Kto przejmie odpowiedzialność za miliony ludzkich istnień, które po obu stronach zostały ofiarowane bóstwu „zwycięski pokój”? Już od lat dziecięcych tkwiło w nas powszechnie wyobrażenie, że urząd papieski ma coś wspólnego z pokojem wśród narodów i jako neutralny stoi ponad partiami. W pamięci pozostały wysiłki Piusa X i Piusa XII, aby zapobiec wybuchom wojen w 1914 i w 1939 roku.

Ze wspomnieniami walki o wolność Kościoła od państwa w czasie niemieckiego Kulturkampfu (1871—1878) wiązała się też duma z naszego wielkiego mogunckiego biskupa Wilhelma Emmanuela barona von Kettelera (1811—1877), który stanowczo bronił niezależności Kościoła i występował przeciwko liberalizmowi i państwowej kościelności. Ze względu na swoją naukę społeczną był on niewątpliwie najbardziej znamienitym niemieckim biskupem XIX wieku. W klasztorze Sióstr od Bożej Opatrzności w mojej rodzinnej miejscowości Finthen obok wejścia do kościoła klasztornego stoi obelisk, który upamiętnia go jako założyciela wspólnoty. Tak więc był on mi znany od wczesnego dzieciństwa. Społeczna gospodarka rynkowa rozwijająca się na bazie katolickiej etyki społecznej stanowi odpowiedź na destrukcyjny kapitalizm z Manchesteru, system, który zainteresowany był wyłącznie zyskiem, bez sprawiedliwego podziału, i na socjalizm, chcący tylko dzielić bez produkcji. Decydujące jest ukierunkowanie na chrześcijański obraz człowieka, który wychodzi od godności osoby ludzkiej. Personalność, subsydiarność, obowiązek sprawiedliwości społecznej własności są zasadami istotnymi dla ukształtowania sprawiedliwego porządku społeczeństwa.

Jak daleko sięga ludzka pamięć, moja rodzina była politycznie zakorzeniona w tradycji centrum i odporna na fletnie narodowego socjalizmu. Moja mama, Lioba Müller z domu Straub (1912—1999), która u początków hitlerowskiego barbarzyństwa była młodą dziewczyną liczącą zaledwie 20 lat, chociaż nie otrzymała wykształcenia akademickiego, była przekonana, że Hitler to zwiastun nieszczęść, ponieważ „strasznie i nieludzko się wydziera”. Nie tylko zdrowy rozsądek, ale także zmysł wiary ludu Bożego od samego początku pozwalał wielu ludziom wyczuwać, do jakiej przepaści musiała prowadzić ta bezbożna i wroga człowiekowi ideologia. Mój ojciec w listopadzie 1938 roku uratował dziecko swojego kolegi z ławy szkolnej, które jakiś fanatyczny nazista chciał zrzucić z okna.

Oprócz moich osobistych doświadczeń, zachowałem ze słyszenia jedno żywe wspomnienie moich rodziców i dziadków: papieża Piusa XI z powodu ukazania się jego encykliki Mit brennender Sorge z 14 marca 1937 roku o sytuacji Kościoła katolickiego w Rzeszy Niemieckiej. W dokumencie tym z punktu widzenia wiary chrześcijańskiej odrzuca on z całą jednoznacznością i stanowczością ideologię nazistowską. Już jako młody gimnazjalista miałem w swoich rękach egzemplarz tej encykliki. Urzekł mnie jej szczery i odważny język. Po wyjaśnieniu wewnętrznego związku wiary w jednego, prawdziwego i osobowego Boga, w prawdziwe Bóstwo i Człowieczeństwo Chrystusa, z wiarą w widzialny Kościół jako „filar i podporę prawdy” (1 Tm 3,15), papież Pius XI uznał naturalne prawo moralne za najwyższy gwarant, dostępny każdemu człowiekowi dzięki jego rozumowi, przeciwko relatywizmowi i subiektywizmowi moralnemu: „Na prawdziwej i czystej wierze w Boga opiera się moralność ludzkości. Wszelkie próby oderwania nauki moralnej i porządku moralnego od fundamentu wiary, silnego jak skała, i oparciu ich na piasku norm ludzkich, prowadzą jednostkę i społeczeństwa prędzej czy później do upadku moralnego. Głupiec, który mówi w swym sercu, że nie ma Boga, będzie chodził drogami zepsucia moralnego (Ps 13,1n). Głupców tych, zamierzających obecnie rozdzielić religię i moralność, jest legion. Nie widzą oni albo nie chcą widzieć, że usuwanie chrześcijaństwa wyznaniowego, tzn. jasnego i ściśle określonego pojęcia chrześcijaństwa, z nauczania i wychowania, i udaremnianie mu możności wpływania na kształtowanie się życia społecznego i publicznego wiedzie do zubożenia duchowego i upadku. Żaden przymus, żadne czysto ziemskie ideały, choćby nawet same w sobie były szlachetne i wzniosłe, nie będą w stanie zastąpić na dłuższą metę ostatecznych i decydujących bodźców, pochodzących z wiary w Boga i Chrystusa. Jeżeli żąda się od człowieka najwyższych ofiar i wyrzeczenia się swego małego «Ja» na korzyść dobra publicznego, a przy tym odbiera mu się moralne oparcie na tym, co wieczne i boskie, na podnoszącej i krzepiącej wierze w Boga, wynagradzającego za dobro, a karzącego za zło, to dla niezliczonych jednostek następstwem tego będzie nie branie na siebie obowiązku, lecz ucieczka przed nim. Sumienne przestrzeganie dziesięciorga przykazań Bożych i przykazań kościelnych, będących jedynie przepisami wykonawczymi zasad ewangelicznych, jest dla każdej jednostki niezrównaną szkołą systematycznego wychowania samego siebie, tężyzny moralnej i wyrabiania charakteru. Jest szkołą, która wymaga wiele, ale nie za wiele. Bóg pełen dobroci, który jako prawodawca mówi: «Masz to uczynić», w łaskawości swej daje również możność i wykonanie. Nie wykorzystać tak głęboko działających, twórczych sił moralnych albo wprost uniemożliwić im oddziaływanie na wychowanie narodu, to znaczy przyczyniać się w sposób nieodpowiedzialny do «niedorozwoju» religijnego społeczeństwa. Uzależnienie nauki moralności od subiektywnej, zmiennej opinii ludzkiej, zamiast oparcia jej na świętej woli Boga wiekuistego, na Jego przykazaniach, otwiera szeroko wrota siłom rozkładu. Rozpoczęte przez to zaprzepaszczenie wiecznych norm obiektywnej nauki moralnej, przeznaczonej do ukształtowania sumień, do uszlachetnienia wszystkich dziedzin życia, jest grzechem przeciwko przyszłości narodu, a za gorzkie owoce grzechu będą musiały zapłacić przyszłe pokolenia”.

Jako początkujący, dziewięcioletni ministranci, w latach 50. byliśmy już świadomi tego, że nasza katolicka wiara odróżnia się od wiary naszych ewangelickich kolegów szkolnych, ponieważ my uznajemy papieża za najwyższego pasterza Kościoła, ojca i nauczyciela chrześcijaństwa, podczas gdy ci drudzy go odrzucają. Ewangelicy przytaczali jako argument postacie złych papieży. Często słyszałem wtedy i ciągle jeszcze słyszę: „Wasza wiara jest średniowieczna”, „My, ewangelicy, jesteśmy wolni w myśleniu i kierujemy się sumieniem, podczas gdy wy pozwalacie, żeby papież wam podpowiadał, w co macie wierzyć”. A potem jeszcze także, że w Kościele katolickim chodzi przede wszystkim o władzę i że istnieje w nim zbyt wiele przepychu; tak mówili ludzie stojący z dala od Kościoła, których już wtedy nie brakowało. Mówiło się o złotym telefonie papieża i życiu w luksusach książąt Kościoła, podczas gdy przecież jest tak wielu biednych, i że Kościół zawsze trzymał z bogatymi i możnymi. Celibat wcale nie jest zachowywany i księża po kryjomu mają swoje kochanki. O wiele lepsze jest zatem to, że ewangeliccy pastorzy są żonaci i troszczą się o swoje rodziny, dzięki czemu rozumieją problemy małżeńskie i wychowawcze.

Nasi księża i rodzice nie kwestionowali istnienia złych papieży i biskupów, jednak zwracali uwagę na to, że było to bardzo dawno temu, a my w najnowszych czasach mamy wielu papieży zasługujących na palmę świętości. Poza tym należałoby rozróżnić pomiędzy urzędem a osobą. Tam, gdzie są ludzie, tam rzeczywiście często postępuje się zbyt po ludzku, również dotyczy to duchownych aż do najwyższych szczebli. Chodziliśmy do kościoła nie z powodu naszego proboszcza ani też nie opuszczaliśmy nabożeństw po to, żeby go denerwować, a tym bardziej ukarać. Również proboszcz, a nawet papież, musi się spowiadać. To była lekcja na temat rozdźwięku pomiędzy ideałem a realiami życia, która na zawsze utkwiła mi w pamięci. A później podczas lekcji religii mocne wrażenie zrobiła na nas odpowiedź kardynała sekretarza stanu papieża Piusa VII (1800—1823) Ercole Consalviego udzielona Napoleonowi. Na pytanie cesarza: „Czy Eminencja zdaje sobie sprawę z tego, że w każdej chwili mogę zniszczyć Kościół?”, ten odparł: „Czy Wasza Wysokość zdaje sobie sprawę z tego, że nawet nam, księżom, przez osiemnaście wieków to się nie udało?”.
Napoleon był dla nas przeszłością, natomiast Jezus, Pan Kościoła, staje się teraźniejszością podczas każdej Mszy św. Nauczano nas: Ofiara Mszy św. jest nie czym innym jak jednorazową ofiarą krzyża w jej sakramentalnym uobecnieniu. Już od najwcześniejszych czasów utrwaliło mi się w pamięci sformułowanie: pod postaciami chleba i wina po świętym przeistoczeniu jest sam Chrystus „prawdziwie, realnie i substancjalnie obecny”, a nie tylko jakoś wspominany. Oczywiście nie wiedziałem wtedy jeszcze, że tak właśnie zostało to zdefiniowane przez Sobór Trydencki (1551) i że nauczanie o transsubstancjacji, przemianie substancji chleba i wina w substancję Ciała i Krwi Chrystusa, ma swoje początki już na IV Soborze Laterańskim w Caput firmiter (1215) jako obowiązujące nauczanie wiary.

Kiedy odczytywano Ewangelię o  wyznaniu wiary w  Mesjasza i o obietnicy prymatu, wyznanie Szymona Piotra do Jezusa: „Ty jesteś Chrystus, Syn Boga żywego”, było dla mnie jednym z przejmujących aż do głębi ze względu na siłę przekonania. To jest prawda, nic nie może być prawdziwsze! I kiedy słyszałem, że ten sam Szymon Piotr na pytanie Jezusa skierowane do Dwunastu: „Czy i wy chcecie odejść?”, odpowiada: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga” (J 6,68n), to czułem , jak w tym samym momencie Jezus pyta także i mnie, czy wewnętrznie i zewnętrznie chcę się z Nim pożegnać albo przy Nim pozostać i iść dalej razem z pielgrzymującym Kościołem. Inna odpowiedź, niż ta, której udzielił Piotr, nigdy nie przyszła mi na myśl. Jakże często odnawiałem moje przyrzeczenia chrzcielne w znanej pieśni: „Com przyrzekł Bogu raz, dotrzymać pragnę szczerze, Kościoła słuchać w każdy czas i w świętej wytrwać wierze. O Panie Boże, dzięki Ci, Żeś mi Kościoła otwarł drzwi, W nim żyć, umierać pragnę”. Mam nadzieję, że dzięki łasce Bożej pozostanę wierny aż do śmierci przyrzeczeniom chrzcielnym, które podczas mojego chrztu wypowiedzieli w moim imieniu moi rodzice i chrzestni.

Obietnica Jezusa dla Piotra: „Ty jesteś Piotr, opoka, i na tej opoce zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą”, była dla mnie równie zrozumiała i przekonująca, jak fakt, że Jezus jest naprawdę Synem Bożym, który stał się ciałem ( J 1,14). Budowa widzialnego Kościoła, który jako Ciało Chrystusa z jego Głową tworzy żyjącą jedność, jest dla mnie po prostu konsekwencją Wcielenia i jego trwałą i ucieleśnioną obecnością na świecie.

Protestancki egzegeta Heinrich Schlier (1900—1978) trafnie ujmuje to, co „niezmiennie katolickie”: „Bóg w Jezusie Chrystusie i Jego historii zdecydował się konkretnie i na wszystko. Ta Jego decyzja nadeszła w jednoznacznym słowie i znaku, które zostały powierzone jednoznacznej służbie uobecniania decyzji. Dokonuje ona rozdzielenia i decyzji w zdecydowanej wierze, w nadziei i w miłości. W ten sposób jako obecność jego decyzji założony zostaje Kościół, który rozprzestrzenia się w wymiarze ziemskim. Zaskoczony taką decyzją świat buntuje się przeciwko niej i w tym odzwierciedla ową decyzję”13. Ta charakterystyka katolickiego rozumienia zbawienia i Kościoła wyraża jedynie refleksję o tym, co w katolickim wychowaniu przekazane zostało całościowo i co przeszło „w ciało i krew” moich katolickich poglądów na temat wiary.

Przypominam sobie jeszcze zainicjowaną w 1956 roku przez Piusa XII reformę liturgii Wielkiego Tygodnia i Wigilii Paschalnej, a to dlatego, ponieważ w zakrystii panowała ogromna niepewność co do zmian w przebiegu obrzędów liturgicznych. Później, dzięki encyklice Mediator Dei (1947), w pełni uświadomiłem sobie znaczenie tego papieża dla reformy liturgicznej, a dzięki encyklice Mystici corporis (1943) jego wkład w dalszy rozwój eklezjologii; ten drugi dokument podprowadzał do konstytucji soborowej Lumen gentium (1964) Soboru Watykańskiego II. Zmysł kościelny, wyczucie dla tajemnicy Kościoła, w którym rzeczywiście i prawdziwie dokonuje się pośrednictwo jedności życia z Bogiem, jest ściśle powiązane ze Świętą i Bożą liturgią, jak trafnie nazywa Świętą Eucharystię teologia wschodnia. W trakcie roku kościelnego: od Adwentu do Bożego Narodzenia, od Wielkiego Postu do obchodów Męki i Zmartwychwstania, uobecnia się bożonarodzeniowa i wielkanocna tajemnica zbawienia, tak że w wierze i w miłości całkowicie zostajemy w nią włączeni. Spotykamy w niej Chrystusa w Jego Bóstwie i Człowieczeństwie, tak jak niegdyś apostołowie spotykali Go i byli blisko Niego. Z coraz szerszą znajomością Biblii poznawanej w czytaniach mszalnych i w czasie szkolnej nauki jest związane wewnętrzne uczestnictwo w liturgii, wszystkimi zmysłami, które pobudza wewnętrzne wyczucie, najlepsze duchowe doprowadzenie do Boga, dla Jego uwielbienia i naszego doświadczenia zbawczego.

Nie ma chyba piękniejszego opisu tego, czego może mistycznie doświadczyć młody jeszcze chrześcijanin, niż wypowiedź Soboru Watykańskiego II zawarta w Konstytucji o liturgii świętej: „W liturgii, zwłaszcza w boskiej Ofierze eucharystycznej, «dokonuje się dzieło naszego Odkupienia»; w najwyższym stopniu przyczynia się ona do tego, aby wierni swoim życiem wyrażali oraz ujawniali innym ludziom mis terium Chrystusa i  rzeczywistą naturę prawdziwego Kościoła. Jest on bowiem ludzki i jednocześnie boski; widzialny i wyposażony w dobra niewidzialne, żarliwy w działaniu i oddany kontemplacji, obecny w świecie, a zarazem pielgrzymujący. To jednak, co w Kościele jest ludzkie, nastawione jest na to, co boskie, i temu podporządkowane; to, co widzialne, prowadzi do rzeczywis tości niewidzialnej; życie czynne wiedzie do kontemplacji, a to, co doczesne, jest drogą do przyszłego miasta, którego szukamy. Dlatego skoro liturgia codzien nie przekształca tych, którzy są wewnątrz Kościoła, w święty przybytek w Panu, w mieszkanie Boga w Duchu, aż do miary pełni wieku Chrystusowego, w przedziwny sposób równocześnie umacnia ich siły do głoszenia Chrystusa, i tak znajdującym się poza Kościołem ukazuje Go jako znak wzniesiony dla narodów, aby rozproszone dzieci Boże zgromadziły się w jed no, aż nastanie jedna owczarnia i jeden pasterz” (KL 2).

Jako 16-letni uczniowie bardzo burzliwie dyskutowaliśmy po ukazaniu się Namiestnika Hochhutha (1963), czy publiczny protest przeciwko ludobójstwu dokonywanemu na Żydach mógłby powstrzymać Hitlera i jego siepaczy. Nasi nauczyciele w mogunckim Gimnazjum Willigisa wyczerpująco i z wysoką kompetencją omawiali w trakcie lekcji historii i religii ten temat, przedstawiając prawdziwą historię panowania nazistów, ludobójstwa na Żydach, a także tak zwanych podstaw światopoglądowych tej ideologii w nienawistnym dla ludzi rasizmie i biologizmie. Tamte książki do nauki historii posiadam jeszcze do dziś. Moje stanowisko wobec hipotetycznej kwestii, czy Pius XII poprzez publiczne oskarżenie powstrzymałby niszczycielską machinę nazistów, jest takie, że papież znalazł się w nierozwiązywalnym dylemacie, w którym jedna opcja była bardziej niewłaściwa od drugiej. Reakcja na list pasterski biskupów holenderskich (1942) przeciwko prześladowaniu współobywateli wyznania judaistycznego pokazuje, do czego zdolni byli naziści. Insynuować papieżowi obojętne albo tym bardziej aprobujące milczenie wobec okrutnego losu milionów ludzi w najogromniejszej zbrodni w dziejach ludzkości i uzasadniać je tradycyjnym chrześcijańskim antysemityzmem wydawało mi się po prostu niesłychane i bezczelne.

Jak dowiedziałem się niedawno, także pomieszczenia i budynki Kongregacji Nauki Wiary z polecenia Piusa XII służyły za kryjówki dla Żydów mieszkających w Rzymie, i to pogłębia moją więź wdzięczności z papieżem mojego dzieciństwa.

3 Johann Adam Möhler, Symbolik, oder Darstellung der dogmatischen Gegensätze des Katholiken und Protestanten nach ihren öffentlichen Bekenntnisschriften (1832), red. J. R. Geiselmann, Köln 1958, §38.

4 Cyprian z Kartaginy, eccl. unit. 6.

5 Tertulian, virg. vel. I, 1.

6 Tomasz z Akwinu, S.th. I—I q. 18 a. 4 ad 2.

7 Johann Adam Möhler, Symbolik, §34.

8 Augustyn, Wyznania I, 1.

9 Pascal, Myśli, s. 263—264.

10 Katholischer Katechismus der Bistümer Deutschlands, Freiburg 1955, s. 4.

11 Tomasz z Akwinu, Wykład Listu do Rzymian, 10,17, lect. 2.

12 Johann Adam Möhler, Symbolik, §36.

13 Heinrich Schlier, Das Ende der Zeit. Exegetische Aufsätze und Vorträge 3, Freiburg 1971, s. 320.

 

fragment pochodzi z książki:
Kard. Gerhard Ludwig Müller - Papież. Posłannictwo i misja
ISBN: 978-83-277-1491-6
wyd.: Wydawnictwo WAM 2017
 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: papież papiestwo Pius XII łódź Piotrowa Gerhard Ludwig Müller
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W