Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Marcello Stanzione

Ojciec Pio i dusze czyśćcowe


Wydawnictwo ESPRIT,
Rok wydania: 2012,
ISBN: 978-83-61989-94-3


fragment:

Wprowadzenie

Ojciec Pio był wielce oddany duszom czyśćcowym. W liście z 29 listopada 1910 roku, to jest kilka miesięcy przed swoimi święceniami kapłańskimi, zaadresowanym do jego współbrata kapucyna, ojca Benedetta, jego przewodnika duchowego, napisał:

 

Od dłuższego czasu odczuwam w sobie potrzebę, aby oddać się Panu jako ofiara za nieszczęsnych grzeszników i za dusze czyśćcowe. Pragnienie to coraz bardziej rośnie w moim sercu, tak bardzo, że teraz stało się ono — powiedziałbym — gwałtowną pasją. Jest prawdą, że uczyniłem tę ofertę Panu wielokrotnie, błagając Go, aby zechciał zesłać na mnie kary, które przygotował dla grzeszników i dla dusz mających się oczyścić, aby nawet je pomnożył stukrotnie, byle tylko nawrócił i zbawił grzeszników, a także przyjął szybko do Raju dusze z czyśćca. Teraz jednak chciałbym ponowić moją ofiarę z Twoim pozwoleniem. Wydaje mi się, że Pan Jezus właśnie tego chce (List I, 206).

 

Po święceniach kapłańskich, ze względu na ciężki stan zdrowia, Ojciec Pio przebywał w swoim rodzinnym miasteczku Pietrelcinie. Każdego dnia odprawiał Mszę Świętą w parafii lub w kościele San Pio V, zwanym też kościołem Sant'Anna. Proboszczem był ksiądz Salvatore Pannullo, urodzony w 1849 roku. Był to uczony kapłan, magister teologii i filologii. Za darmo dawał prywatne lekcje młodemu bratu Pio, aby pomóc mu w przygotowaniu się do egzaminów na święcenia kapłańskie. W 1924 roku ksiądz Salvatore zaczął mieć problemy ze wzrokiem. Poddał się zabiegowi chirurgicznemu w klinice w Bari, lecz nie wyzdrowiał. Przeciwnie, z dnia na dzień jego stan się pogarszał, aż oślepł całkowicie, co jednak znosił z chrześcijańskim poddaniem. Przed celebracją Mszy Świętej obaj kapłani ubierali się w szaty liturgiczne za głównym ołtarzem, ale pewnego dnia ksiądz Salvatore umieścił je na stole w prezbiterium. Młody ksiądz nie przywiązał zbytniej wagi do tego faktu, ale kilka dni później zapytał o przyczynę tej zmiany. Wtedy ksiądz Salvatore wyjawił, że zmarły ksiądz Giovanni Caporaso, który był proboszczem parafii przed nim, podczas całej Mszy Świętej klęczał za ołtarzem, dokładnie w miejscu w którym zwykli byli nakładać wcześniej szaty liturgiczne. Ksiądz Giovanni był też widziany w kościele San Pio V, w dzielnicy Castello, przez żonę zakrystiana, która poszła tam, aby bić w dzwony przed Mszą św. Gdy otworzyła drzwi kościoła, zauważyła księdza klęczącego na schodkach prowadzących do ołtarza głównego. Przyjrzała mu się uważnie i spostrzegła, że to był właśnie on — zmarły proboszcz. Wewnętrznie poruszona i w strachu pobiegła do parafii przekazać mężowi to, co widziała. Również Ojciec Pio widział księdza klęczącego w tym kościele, ale ponieważ twarzą był zwrócony ku ołtarzowi i nie mógł mu się przyjrzeć, nie przywiązał zbytniej uwagi do tego wydarzenia, myśląc, że był to jakikolwiek ksiądz pogrążony w modlitwie. Ksiądz Giovanni bywał widziany przez około miesiąc. Ostatnim razem zmarły ksiądz powiedział do obecnego proboszcza: „Salvatore, teraz cię zostawiam, już nie wrócę. Jakże to było straszne dla mnie i ile mnie kosztowało uczestniczenie w «procesji Bożego Ciała» po Mszy Świętej, bez odpowiedniego dziękczynienia”. Ksiądz Salvatore sam wyjaśnił, co miał na myśli zmarły brat. Wszyscy mieszkańcy miasteczka wiedzieli, że ksiądz Giovanni był uczciwym kapłanem, o dobrej duszy, ale że był raczej powierzchowny w składaniu dziękczynienia Panu po odprawionej liturgii. Zwykle od razu po Mszy Świętej wychodził z kościoła i oddawał się rozmową z aptekarzem bądź z jakimś innym znajomym, o polityce albo o ostatnich wydarzeniach. Poprzez słowa „procesja Bożego Ciała” miał na myśli fakt, iż od razu po Mszy Świętej postaci eucharystyczne nie były jeszcze przyswojone przez organizm, były nietknięte, a zatem jego ciało było niczym żywa monstrancja, dlatego powinien płonąć miłością do Jezusa w Eucharystii zamiast rozmawiać o przyziemnych sprawach ze znajomymi, nie dając tym samym dobrego przykładu. Za to zachowanie po śmierci poszedł do czyśćca. Dopiero Ojciec Pio swoimi gorliwymi modlitwami skrócił poczciwemu proboszczowi czas jego sprawiedliwej kary i uwolnił go do czyśćcowych męczarni.

Również brat Modestino z Pietrelciny, syn duchowy Ojca Pio, daje nam swoje szczególne świadectwo o nim i o czyśćcu. Damiano Fucci, czyli brat Modestino, zmarł 14 sierpnia 2011 roku w wieku 94 lat. Posiadał on przywilej szczególnej, synowskiej więzi z Ojcem Pio; jego matka, Anna, była rówieśniczką i sąsiadką Ojca Pio. Obie rodziny posiadały niewielkie gospodarstwa rolne na Piana Romana, gdzie mama brata Modestino i Ojciec Pio jako dzieci często się spotykali. Również w okresie długich pobytów w Pietrelcinie, pomiędzy rokiem 1908 a 1916, Ojciec Pio często udawał się na Piana Romana, aby w ciszy i spokoju się modlić. Aby pomóc Annie, zajętej ciężką pracą na polu, Ojciec Pio często zajmował się małym Antoniem, pierwszym z trzech synów rodziny Fucci. Damiano już od dziecka słyszał zatem o Ojcu Pio. W 1940 roku pojechał odwiedzić go w San Giovanni Rotondo; wyspowiadał się, po czym Ojciec Pio powiedział do niego w swoim dialekcie: „Idź prostą drogą, chłopcze” i dał mu swoje błogosławieństwo. W roku 1944 przyszły brat Modestino ponownie odwiedził San Giovanni Rotondo i spędził dwa tygodnie z Ojcem Pio. Wyznał mu, że w czasie swojej służby wojskowej w Rzymie często chodził się modlić do kościoła Santa Francesca Romana, gdzie dojrzało jego powołanie; postanowił więc wstąpić do zakonu benedyktynów w stolicy. Ojciec Pio odpowiedział mu, że Pan nie wzywał go do służby w zakonie benedyktynów, ale wobec uporu młodego Damiana, powiedział: „Jeśli chcesz jechać do Rzymu, jedź. Ale czeka cię tam wielka tragedia”. Rzeczywiście trzy lata później do zakonu włamali się złodzieje, aby ukraść 15 tysięcy lirów; na oczach jednego z braci nożem zranili na śmierć przeora, a brata tego związali i zakneblowali. Zanim nadeszła pomoc, zakonnik zmarł przez uduszenie. „Los ten — opowiadał brat Modestino — był przeznaczony dla mnie”. Wtedy to Ojciec Pio polecił mu wrócić do domu, wziąć kilka sztuk bielizny i przenieść się na jakiś czas do San Giovanni Rotondo. Damiano pozostał tam cały rok. Miał w ten sposób możliwość zobaczyć bliską więź łączącą Ojca Pio z Bogiem. Postanowił wtedy wstąpić do zakonu kapucynów. Początkowo Ojciec Pio zareagował na tę wiadomość upomnieniem: „Tylko żebym nie musiał się za ciebie wstydzić!”. Ale później, gdy brat Modestino rozpoczął wypełnianie swoich obowiązków jako brat kwestarz, Ojciec Pio zapewnił go: „Bracie Modestino, bądź spokojny, będę stał zawsze blisko ciebie, a spojrzenie św. Franciszka, z nieba, będzie zawsze nad tobą”. Po śmierci brata stygmatyka brat Modestino został przeniesiony do San Giovanni Rotondo, gdzie został furtianem klasztoru. Pamiętając o otrzymanej od Ojca Pio obietnicy, zapewniał licznych pielgrzymów, z którymi się spotykał, o swoich modlitwach o wstawiennictwo czcigodnego brata, za co otrzymywać miał liczne łaski z nieba. Pośród nich był również cud, który pozwolił ogłosić Ojca Pio błogosławionym. Brat Modestino wspomina swoje życie z Ojcem Pio w autobiograficznej książeczce Io... testimone del padre [„Ja... świadkiem Ojca Pio”], w której przytacza też pewne ciekawe wydarzenia dotyczące czyśćca. Pisze on:

 

Postanowiłem więc rozpocząć moje życie religijne w Pietrelcinie gestem, który dużo mnie kosztował; chciałem nim pokazać Ojcu nie tylko posłuszeństwo, ale i całą moją wdzięczność. Z torbą na ramieniu zapukałem najpierw do drzwi rodzinnego domu. Otworzyła moja matka, która — gdy tylko zobaczyła mnie z ręką wyciągniętą po jałmużnę — wybuchnęła płaczem. Poczułem niewysłowiony ból. Następnie doleciał do mnie głos ojcowski, dodający mi odwagi: „Traktuj dobrze mojego mnicha”. Wszedłem, aby objąć drogiego rodzica, ale znalazłem go w łóżku. Miał gorączkę. Niedługo wcześniej wrócił z San Giovanni Rotondo. Zapytałem o wieści o Ojcu Pio. Ojciec opowiedział mi, że po spowiedzi zapytał Ojca Pio: „Ojcze, kiedy się znów zobaczymy?”. A Ojciec Pio odparł: „Zobaczymy się na tamtym świecie. Pozdrów ode mnie nasze miasteczko”. Zaniepokoiło mnie to. Pożegnałem moich rodziców i podziękowałem za ich szczodrość, gdyż hojnie napełnili moją sakwę. Znałem specyficzny sposób, w który odpowiadał zwykle mój ojciec, ale wracając do klasztoru, zastanawiałem się, co miał na myśli. Tego wieczora nie mogłem zasnąć. Na drugi dzień o świcie przyszedł po mnie mój kuzyn Cosimo. Po drodze powiedział mi, że o północy mój ojciec próbował wstać z łóżka, żeby nieco się przewietrzyć, ale dostał udaru mózgu i nie przeżył. Płakałem w ciszy i myślałem o Ojcu Pio i o znaczeniu jego słów: „Zobaczymy się na tamtym świecie”. Wielu braci uczestniczyło we mszy pogrzebowej. Po ośmiu dniach otrzymałem pozwolenie na pójście do Ojca Pio. Przyjął mnie z uczuciem, złożył mi kondolencje, a na pytanie, czy mój ojciec był w niebie czy nie, odpowiedział: „Był synem grzechu. Musi odbyć karę”. Zrozumiałem, że znajdował się w czyśćcu i zapytałem: „Ojcze, mogę powiedzieć mojej rodzinie, aby zamówili msze gregoriańskie w jego intencji?”. Na co odparł: „Jeśli twoją rodzinę stać na to, zrób to”. Wróciłem do Pietrelciny. Zacząłem ponownie chodzić po miasteczku i po wsi jako kwestor. Każdy mój krok, każdy trud, każde umartwienie składałem jako ofiarę w jednej intencji: aby poświęcić Bogu błogosławioną duszę mojego ojca. Po kilku miesiącach Ojciec Pio zawołał do siebie brata Giovanniego Iamarrone, mojego współbrata z nowicjatu, aby przekazał mi wiadomość: „Powiedz bratu Modestino, że jego ojciec jest ocalony. Uratowały go jego modlitwy i intencje. Teraz jest w Raju”.

 

Kolejne wydarzenie dotyczy brata kapucyna ojca Luki da Vico del Gargano, o którym brat Modestino pisze:

 

Zakonnik ten pracował ciężko nad nowym klasztorem i dla miejscowych ludzi, bardzo się przywiązał do Pietrelciny. W 1947 roku dowiedział się, że najbliższa kapituła braci kapucynów najprawdopodobniej będzie chciała przenieść go do innej wspólnoty. Bardzo go to zabolało. 10 sierpnia, w rocznicę święceń kapłańskich Ojca Pio udał się do San Giovanni Rotondo, aby złożyć mu życzenia oraz aby zwierzyć się ze swojego rozczarowania planowanym przeniesieniem. Gdy tylko Ojciec Pio go zobaczył, przeszedł go dreszcz, gdyż dzięki charyzmatowi otrzymanemu od Boga, niekiedy był stanie widzieć przyszłość. Ukrywając doznane uczucie, powiedział do współbrata: „Strażniku mojego miasteczka, chodź, ucałujmy się”. I ze wzruszeniem i uczuciem mocno przytulił go do piersi. Ojciec Luca zwierzył się: „Ojcze, dużo zrobiłem i wciąż robię dla twojej miejscowości, a teraz chcą mnie stąd odesłać”. Na co Ojciec Pio odpowiedział: „Bądź spokojny, mój synu, zostaniesz w Pietrelcinie aż do śmierci”. Ojca Lukę uszczęśliwiło to zapewnienie i podniesiony na duchu powrócił do Pietrelciny. Po kilku dniach jednak znów poczuł niepokój na duszy. Spotkawszy mnie na korytarzu, zapytał mnie: „Bracie Modestino, błogosławiony człowiek, Ojciec Pio, powiedział mi, że zostanę w Pietrelcinie aż do śmierci. Ty co o tym myślisz?”. Wtedy nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Potrafiłbym dać mu odpowiedź dopiero miesiąc później, gdy 10 września ojciec Luca zachorował na dur rzekomy, a następnie na zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych. Ojciec Luca oddał swoją dobrą duszę Bogu 2 listopada tego samego roku. Towarzyszyłem mu przy tym niczym matka. W styczniu kolejnego roku brat ojca Luki przybył z San Giovanni Rotondo z wiadomością od Ojca Pio: „Powiedz braciom z Pietrelciny, że ojciec Luca wstąpił do Raju w noc Bożego Narodzenia, w wielkim blasku i radości, i z nieba modli się za swoich współbraci i za Pietrelcinę”. Rozmyślam nad delikatnością, z jaką Ojciec Pio oszczędził ojcu Luce feralnej wiadomości i wyobrażam sobie, ile intencji złożył za jego duszę.

 

Pewnego ranka jeden z zakonników poprosił Ojca Pio o wspomnienie jego zmarłego ojca podczas Mszy Świętej. Ojciec Pio natomiast wolał poświęcić tę mszę za duszę tego właśnie duchownego. Natychmiast po mszy Ojciec Pio zawołał do siebie brata i powiedział do niego: „Dziś rano twój tata wstąpił do Raju”. Braciszek był szczęśliwy, ale i osłupiały, wykrzyknął więc: „Ależ Ojcze Pio, przecież mój ojciec zmarł trzydzieści lat temu!”. Ojciec Pio odpowiedział mu poważnym tonem: „Cóż, mój synu, przed Bogiem wszystko trzeba spłacić”.

Inny razem, było to podczas II wojny światowej, po wieczornym posiłku, gdy klasztor był już zamknięty, bracia usłyszeli głosy dochodzące z bramy, które wyraźnie wykrzykiwały: „Niech żyje Ojciec Pio!”. Ówczesny przeor, ojciec Raffaele da San Elia a Pianisi zawołał brata Gerarda da Deliceto, który pełnił wówczas funkcję furtiana, i polecił mu zejść i sprawdzić, co działo się przy bramie oraz poprosić osoby, które zdołały wejść do środka, aby opuściły klasztor, ze względu na późną porę. Brat Gerard usłuchał, jednak gdy zszedł do bramy, zastał ją zamkniętą na dwie metalowe zasuwy. Sprawdził sąsiednie pomieszczenia, ale nikogo tam nie znalazł. Przeor przyjął relację brata Gerarda z pewnym niezadowoleniem, gdyż wszyscy wyraźnie słyszeli głosy. Trudno mu było w to uwierzyć, ale nieco się uspokoił, gdyż brat Gerard był szczery, posłuszny i uprzejmy wobec wszystkich, tym bardziej wobec własnego przełożonego, wypełniał sumiennie obowiązki i nie był zdolny do kłamstwa, zatem przeor odłożył rozwiązanie zagadki na następny dzień. Rankiem przeor poszedł wprost do serca problemu, czyli do Ojca Pio, który był wspomniany przez głosy. Opowiedział mu co się wydarzyło wieczorem, pytając czy Ojciec Pio również słyszał te okrzyki, jakby ktoś chciał być usłyszany za wszelką cenę. Ojciec Pio, nie przywiązując zbytniej wagi do wydarzenia, z wielkim spokojem, jakby chodziło o coś najzwyklejszego w świecie, uspokoił przeora, wyjaśniając mu, że głosy, który krzyczały: „Niech żyje Ojciec Pio!” należały do zmarłych żołnierzy, którzy przyszli podziękować mu za jego modlitwy.

Znów brat Modestino, kapucyn, brat laicki z prowincji Foggia, który podczas różnych pobytów w klasztorach spędził kilka lat u boku Ojca Pio, opowiedział taką historię:

 

W 1945 roku przebywałem w San Giovanni Rotondo aby towarzyszyć Ojcu Pio. Starałem się czerpać korzyść z mądrych słów wychodzących z jego ust, przechowując je w sercu dla duchowego pożytku. Pewnego wieczora Ojciec Pio wyszedł z prezbiterium po błogosławieństwie eucharystycznym na zakończenie nieszporów. Byłem z nim w korytarzu prowadzącym do jego celi. Na moich ustach spontanicznie pojawiło się pytanie: „Ojcze, co myślicie o ogniu czyśćcowym?”. A on mi odpowiedział: „Gdyby Pan pozwolił duszy na przejście z tego ognia do najbardziej palących płomieni na tej ziemi, byłoby to niczym przejście z gorącej wody do zimnej”. Dokładnie takimi słowami wyraził się Ojciec Pio. Pewna kobieta z Cerignoli, miasta w prowincji Foggia, C. Birulli, pewnego dnia zapytała Ojca Pio: „Ojcze, proszę mi opisać czyściec”. A on natychmiast jej odpowiedział tymi słowami: „Córko moja, dusze z czyśćca wolałyby rzucić się w ogień ziemski, gdyż dla nich byłoby to niczym rzucenie się do źródła świeżej wody”.

 

Profesor Gerardo De Caro, który był jednym z najbliższych przyjaciół Ojca Pio, napisał:

 

Pewnego wieczoru 1943 roku znalazłem się sam z Ojcem Pio, który udawał się do starego kościółka. Były to chwile wspólnoty i porozumienia. Ojciec nauczał w sposób łagodny, pokorny i trafiający do głębi ducha. W jego sławach i w jego przekonującym stylu słyszałem ducha Jezusa. Siedliśmy na jednej z tych starych i podniszczonych ławek, w miejscu, gdzie długi korytarz łączył się z drugim, prowadzącym do prezbiterium [...]. Tego wieczora omawiał dwa istotne aspekty życia duchowego. Jeden dotyczył mnie, drugi odnosił się do dusz czyśćcowych. Drogą dedukcji zrozumiałem, że Ojciec Pio posiadał dokładną wiedzę na temat dusz znajdujących się w stanie oczyszczania po śmierci, o czasie trwania ich kar, które Boska Dobroć im przyznaje i ustala za obrazę Boga, aż do momentu całkowitego oczyszczenia, gdy przyciąga te dusze do kręgu ognia Bożej Miłości, w szczęściu wiekuistym.

 

Po omówieniu pierwszego aspektu rozmowy, jego stanu ducha, drogi doskonalenia chrześcijańskiego oraz wolności człowieka wzywanego przez Boga, profesor — przechodząc do drugiego aspektu — pisze:

 

Któregoś dnia poprosiłem o modlitwę za duszę pewnego pisarza, w okresie młodości bardzo go lubiłem. Nie wyjaśniłem nic więcej. Nie podałem imienia pisarza. Ale Ojciec Pio doskonale zrozumiał, kogo miałem na myśli. Zrobił się czerwony na twarzy, jakby poczuł przykrość, litość i ból cierpienia innych. Ból za tę duszę, której nie brakowało duchowej pomocy i modlitw. Powiedział: «Za bardzo kochał». Gdy zapytałem go — raczej spojrzeniem niż słowami — ile czasu dusza ta miała zostać w czyśćcu, odpowiedział: „Co najmniej sto lat!”. Tego samego wieczoru Ojciec Pio powiedział: „Trzeba modlić się za dusze czyśćcowe. To niewyobrażalne, ile mogą zrobić dla naszego dobra duchowego, przez wdzięczność okazywaną tym, którzy wspominają je na ziemi i modlą się za nie”. Kilka lat później Ojciec Pio rozwinął swoją myśl na ten temat (wydaje mi się, że było to przy okazji sprawy Genoeffy). „Modlitwa tego, który cierpi i ofiarując prosi o łaski Boże dla dobra bliźnich jest milsza Bogu, trafia w głąb serca Bożego”. Modlitwa dusz czyśćcowych jest skuteczniejsza w oczach Boga, gdyż cierpią (jest to cierpienie miłości: wobec Boga, do którego dążą, i wobec bliźniego, za którego się modlą). Inne wydarzenie, które pamiętam bardzo dokładnie, każe mi rozmyślać nad skutecznością modlitwy. Na wstępie chciałbym zauważyć, że wielokrotnie słyszałem jak Ojciec Pio wypowiadał się na temat tego, że przeznaczenie duszy wynika, czy też wręcz zależy, od postawy ducha w ostatnich chwilach przed śmiercią, od tych ostatecznych przebłysków wiary i skruchy, które mogą uratować duszę od niebezpieczeństwa śmierci duchowej. Mówię o tym w sensie pozytywnym, w sensie zbawienia. „Zdziwiłbyś się, ale w raju znajdują się dusze, których nie spodziewałbyś się tam ujrzeć» — powiedział mi pewnego popołudnia, w latach 50., nie pamiętam dokładnie, w którym to było roku. Była ładna pogoda i Ojciec Pio siedział na rozsypującym się murku ogradzającym klasztorny warzywnik. Wielu z nas towarzyszyło mu wtedy po nabożeństwie nieszporów, ale te słowa skierował do mnie. Kilka lat wcześniej, dowiedziawszy się o śmierci pewnej osoby, znanej ze swojego ateizmu (przynajmniej w deklaracjach), z pewnym niepokojem poprosiłem Ojca Pio o modlitwę za nią, ale on odparł: „Przecież już nie żyje!”. Znaczenie słów Ojca Pio odnalazłem nie w sensie, że dusza ta była już zgubiona, ani w sensie, że wszelka modlitwa była daremna. Moją myślą było to, że jego modlitwa mogła zaprowadzić tę duszę na drogę oczyszczenia i zbawienia, post mortem. Powiedziałem: „Ależ ojcze, przecież dla Boga nie istnieje przed ani po: dla Boga istnieje tylko wieczne teraz. Wasza modlitwa może zostać zaliczona do warunków stawianych przez Boga, aby dusza nie zginęła”. To było sedno tego, co powiedziałem, nawet jeśli nie dokładnie tymi słowami. Ojciec zaczerwienił się na twarzy i z uśmiechem na twarzy zmienił temat.

 

Pod koniec 1937 roku zmarł ojciec Bernardo d'Apicella, ówczesny prowincjał braci kapucynów. Według zwyczaju, wszyscy księża kapucyni z prowincji odprawili trzy msze w jego intencji, według reguł kapucyńskich. Pewnej nocy, o tej samej godzinie, o której nastąpiła śmierć ojca Bernarda, po skończonej modlitwie Ojciec Pio zabierał się do opuszczenia kościoła, by udać się na spoczynek, który trwał zwykle dwie lub trzy godziny. Jednak zanim to uczynił, zbliżył się do barierki prezbiterium i spojrzał na tabernakulum, aby z pobożnością pozdrowić Jezusa, przed pozostawieniem Go w towarzystwie aniołów. Gdy patrzył na tabernakulum, zobaczył jasno i wyraźnie zmarłego ojca Bernarda, który kierował się do zakrystii. Ojciec Pio był świadkiem tego zdarzenia przez trzy kolejne noce; opowiedział o tym wielu braciom. Ojciec Raffaele, towarzysz i przełożony Ojca Pio tak skomentował to wydarzenie: „Możliwe, że ojciec Bernardo ukazał się Ojcu Pio, żeby podziękować mu za jego modlitwy i aby dać mu do zrozumienia, że do uwolnienia jego duszy z czyśćca potrzebował dalszych modlitw”.

 

Zimą po kolacji bracia zbierali się przy „wspólnym ogniu”, aby się ogrzać; kto chciał, mógł potem wziąć nieco żaru i zanieść go w małym ogrzewaczu do celi. Gdy bracia kończyli kolację, również Ojciec Pio przerywał modlitwę i szedł wraz ze wszystkimi do „wspólnego ognia”, który znajdował się naprzeciwko wejścia do refektarza, gdzie jeszcze dziś znajduje się kominek, jednak obecnie już nie używany. Tego wieczora, gdy wstał ze swojego miejsca, usłyszał dziwny hałas, jakby skrzypienie dochodzące z bocznych ołtarzy kościoła, zwanych niegdyś ołtarzykami. Nadstawił uszu, ale nie przywiązał do tego większej wagi. Zaraz potem usłyszał jednak inny, silniejszy hałas, dochodzący z głównego ołtarza, który dźwiękiem przypominał upadający świecznik. W pierwszej chwili pomyślał, że to pewnie jakiś nieuważny seminarzysta, który przyszedłszy do kościoła nie wiadomo po co, wyrządzał szkody. Ojciec Pio zbliżył się więc do barierki odgradzającej prezbiterium, żeby zobaczyć co się tam działo. Zamiast seminarzysty zobaczył jednak młodego zakonnika, stojącego nieruchomo in cornu epistolae[1] — tak się wyraził Ojciec Pio, opowiadając o tym wydarzeniu  „Co tam robisz?”, zapytał Ojciec Pio autorytatywnym tonem. Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, tym samym tonem zganił młodzieńca stojącego przy ołtarzu: „Ładnie wypełniasz prace domowe! Zamiast porządkować, strącasz świece i przewracasz świeczniki!”. Prace domowe to sprzątanie klasztoru i kościoła, zajęcie powierzane seminarzystom w klasztorach, przy których znajduje się seminarium. Młody zakonnik pozostał niemy i nieruchomy. Cisza była zupełna. Wtedy Ojciec Pio wykrzyknął, aby go ponaglić: „Ty! Co ty tam robisz?!”. Wtedy braciszek mu odpowiedział: „Jestem brat ... z ...”. Otrzymawszy tę odpowiedź, Ojciec Pio — z ciekawością i zadziwieniem — ale wciąż z pewną surowością w głosie zapytał: „Ale co tam robisz o tej porze?”. Na co braciszek: „Odbywam tu mój czyściec. Byłem seminarzystą w tym klasztorze i teraz muszę tu odpokutować za grzechy, które popełniłem w czasie mojego pobytu tutaj, ponieważ nie wypełniałem moich obowiązków kościelnych z należytą sumiennością”. Ojciec Pio od razu zrozumiał, o co chodziło i postanowił zbliżyć się do brata. Poruszony sytuacją młodego braciszka, łagodnym, ojcowskim tonem zwrócił się o niego: „A więc posłuchaj! Jutro odprawię mszę w twojej intencji, ale więcej już tu nie przychodź”. Nieco poruszony Ojciec Pio opuścił kościół i udał się do pomieszczenia z kominkiem, gdzie znalazł braci, którzy na niego czekali. Współbracia od razu zauważyli niespokojny stan ducha Ojca Pio i zapytali go o przyczynę. Ojciec Pio zbył ich pytania i zatroskane spojrzenia, mówiąc, że było mu po prostu zimno. Jednak po dziesięciu minutach zapytał jednego z obecnych, młodego profesora nauk humanistycznych w seminarium, który opisał później to wydarzenie i opublikował w 1926 roku pod świeckim nazwiskiem Giuseppe De Rossi: Sei stato in Chiesa? [„Byłeś w kościele?”]. Pytanie nie było dziwne, ponieważ młodzieniec ten co wieczór chodził do kościoła, żeby zmienić knot w lampce oliwnej palącej się przed tabernakulum; miał też klucz od kościoła. Odparł on, że miał zamiar wkrótce tam pójść. Uśmiechając się, Ojciec Pio odpowiedział mu: „Uważaj czy kogoś tam nie spotkasz; idź, idź zobaczyć czy nie znajdziesz jakieś świecy na ziemi”. Młody człowiek wziął więc lampę i razem z innym bratem poszedł do kościoła. Sprawdzili kościół, ale nie znaleźli żadnej przewróconej świecy. Po powrocie opowiedzieli Ojcu Pio, że w kościele nie było nic szczególnego, co zwróciłoby ich uwagę. Na co Ojciec Pio zdecydowanym głosem odparł: „To niemożliwe. Chodźmy zobaczyć”. Poszli więc wszyscy razem do kościoła. Gdy tylko tam doszli, Ojciec Pio powiedział im, aby spojrzeli w górę, na ołtarz, a potem poprosił nauczyciela, aby wziął krzesło i sprawdził nad tabernakulum: tam, przy ścianie, pomiędzy tabernakulum a obrazem Madonny, w miejscu, „gdzie w żaden sposób nie mogłaby upaść sama z siebie”, leżała świeca. Gdy wrócili do „wspólnego ognia”, wszyscy chcieli wiedzieć, co się wydarzyło. Ze śmiechem Ojciec Pio opowiedział o tym, czego był świadkiem, referując także zakończenie rozmowy pomiędzy nim a młodym klerykiem: „Co więc robisz?”. Braciszek: „Porządkuję ołtarze, które zaniedbywałem za życia”. Na co Ojciec Pio: „Ty nazywasz to porządkowaniem?! Mnie się wydaje, że raczej bałaganisz!”. Opowiadając później o tym wydarzeniu, zazwyczaj dodawał: „Przez brak sumienności w wykonywaniu swoich obowiązków, brat ten znajduje się w czyśćcu jeszcze w sześćdziesiąt lat po swojej śmierci! Wyobraźcie sobie zatem, ile czasu będzie trwać czyściec i jak będzie ciężki dla tych, którzy kalają się winami dużo poważniejszymi”. Później sprawdzono, że rzeczywiście brat ten mieszkał w klasztorze w San Giovanni Rotondo przed jego zamknięciem w wyniku dekretu zjednoczonego państwa włoskiego o zniesieniu zakonów w roku 1866.

W 1928 roku ojciec świętego Pio, Grazio Forgione, którego wszyscy nazywali poufale „zì Razio” — wuj Razio — zwykł był przyjeżdżać często do San Giovanni Rotondo, aby spędzić kilka dni z synem. Pewnego wieczora, po zwyczajowym odpoczynku braci po wieczerzy, trwającym około pół godziny, zì Razio pożegnał swojego syna i pozostałych braci i skierował się do celi numer dziesięć, którą przydzielił mu przeor klasztoru. Gdy się do niej zbliżył, zobaczył dwóch zakonników stojących przed drzwiami, którzy nie chcieli go przepuścić. Poczciwy wuj Razio pomyślał, że pewnie byli to bracia z innego klasztoru, którzy pomylili pokoje (często zdarzało się już wtedy, że bracia przybywali, aby odwiedzić Ojca Pio i otrzymać jego błogosławieństwo). Wuj Razio próbował bardzo uprzejmie wyjaśnić im, że potrzebował odpoczynku oraz przekonać ich, żeby go przepuścili, gdyż ta cela była przydzielona jemu. Nadaremnie! Powtórzył prośbę kilkukrotnie, ale zawsze bez odpowiedzi. Nieco zniecierpliwiony postanowił przecisnąć się między nimi; najpierw jednak uciekł się do rozsądnej argumentacji, że ta cela nie miała dwóch łóżek, lecz tylko jedno. Gdy spróbował jednak utorować sobie drogę do drzwi, w tej samej chwili obaj zakonnicy zniknęli. Poruszony, zmieszany i zaniepokojony ich zniknięciem zì Razio pobiegł do swojego syna, żeby mu o wszystkim opowiedzieć. Ojciec Pio od razu zrozumiał, co się działo. Otoczył ojca prawym ramieniem i uspokoił go, dodając mu odwagi. Gdy zì Razio otrząsnął się ze strachu, święty Pio wyjaśnił mu: „Tato, ci dwaj bracia, których widziałeś przed twoim pokojem, to dwaj biedni duchowni, którzy znajdują się w czyśćcu: odbywają go dokładnie w tym miejscu, w którym złamali regułę św. Franciszka. Przyszli, żeby prosić o naszą pomoc poprzez modlitwę, aby jak najszybciej mogli wstąpić do nieba. Teraz uspokój się i idź spać, nie będą ci więcej przeszkadzać”. Następnie Ojciec Pio odprowadził swego rodzica do pokoju numer dziesięć i poczekał, aż ten położył do łóżka. Pożyczył mu dobrej nocy i pożegnał go.

 



[1] In cornu epistolae to prawa strona ołtarza, patrząc od strony nawy kościoła, gdzie kiedyś podczas odprawiania mszy św. Piusa V czytano listy apostolskie.

 



opr. ab/ab



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: świętych obcowanie czyściec charyzmatyk stygmatyk dusze czyśćcowe Ojciec Pio z Pietrelciny święty o. Pio