Święta siostra Faustyna Kowalska - Droga do klasztoru

Biografia św. Faustyny Kowalskiej - fragmenty książki "Święta siostra Faustyna Kowalska - sekretarka Bożego Miłosierdzia"

Święta siostra Faustyna Kowalska - Droga do klasztoru

ANDRZEJ SUJKA

Święta siostra Faustyna Kowalska
SEKRETARKA BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

Księga Świętych

© Copyright by Wydawnictwo "M", Kraków 2001
ISBN 83-7221-317-8

Wydawnictwo "M", ul. Zamkowa 4/4, 30-301 Kraków, tel./fax (012) 269-34-62, 269-32-74, 269-32-77 http://www.wydm.pl, e-mail: wydm@wydm.pl

Droga do klasztoru

Przyszłą świętą powołał do zakonu sam Pan Jezus. Uczynił to dwa razy i w sposób niezwykły, gdy miała... siedem i dziewiętnaście lat. Oba wydarzenia miały z pewnością dla siostry Faustyny ogrom ne znaczenie, gdyż właśnie od nich rozpoczyna swoje wyznania. Ale o jej pierwszych latach życia wiemy przede wszystkim dzięki zapobiegliwości sióstr ze zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia. Gdy w roku 1948 siostry zorientowały się, że stale wzrasta zainteresowanie posłannictwem siostry Faustyny, jedna z nich przeprowadziła wywiad z najbliższą rodziną apostołki Miłosierdzia Bożego.

Helena takie imię otrzymała Święta podczas chrztu w kościele parafialnym w Świnicach była trzecim z dziesięciorga dzieci Marianny i Stanisława Kowalskich. Urodziła się 25 sierpnia 1905 roku. Jej rodzice byli biedni. Mieszkali we wsi Głogowiec. Mieli zaledwie trzy hektary piaszczystej ziemi ornej i dwa hektary łąki. Ojciec najmował się do pracy u ludzi, najczęściej jako cieśla. W nocy pracował na swoim. Odpowiedzialność za całe gospodarstwo i wychowanie dzieci spoczywała na żonie. Jak to na wsi, dzieci musiały pomagać przy pracy w domu i na polu. Helenka pracowała od świtu do nocy: pasła krowy, pomagała przy żniwach i kopaniu ziemniaków, spełniała inne obowiązki w gospodarstwie. Dopiero w wieku 12 lat (we wrześniu 1917 roku) mogła pójść do szkoły. Jednak nie na długo. Po trzech latach przerwała naukę. Umiała już czytać i pisać, a to zdaniem rodziców wystarczało, zresztą trzeba było zrobić miejsce w szkole dla młodszych dzieci. Helena i jej najbliżsi żyli w bardzo trudnych warunkach materialnych; liczyła się więc każda para rąk zdatnych do pracy.

Do pierwszej Komunii świętej Helenka przystąpiła, gdy miała dziewięć lat. Jej katechetą był ksiądz proboszcz Pawłowski, który w czasie okupacji został rozstrzelany przez hitlerowców za obronę kościoła w Kaliszu. Udział w niedzielnej Mszy świętej, przyjmowanie Komunii i modlitwa to były dla tej spragnionej głębszego życia duchowego dziewczynki sprawy najważniejsze. Chętnie łączyła pracę z modlitwą. Po wspólnym wieczornym pacierzu w gronie rodzinnym, sama odmawiała jeszcze różaniec i inne ulubione modlitwy do późnych godzin nocnych. Matka ją upominała, żeby wcześniej chodziła spać. Wtedy Helenka odpowiadała, że to chyba anioł chce, aby nie spała, lecz się modliła. Spowiadała się co tydzień. Przedtem zawsze przepraszała rodziców, całując ich ręce. Jej ulubioną lekturą były żywoty świętych, o których z kolei opowiadała innym dzieciom.

Już jako zakonnica będzie wspominać, iż po raz pierwszy usłyszała głos Boży w duszy, gdy miała siedem lat. Lecz nie spotkała nikogo, kto by jej wytłumaczył, że było to zaproszenie do doskonalszego życia duchowego i stanu zakonnego.

Gdy miała szesnaście lat, postanowiła opuścić dom rodzinny i szukać pracy. Matka zgodziła się. Wiedziała, że mąż zarabia tak mało, iż nie jest w stanie zaspokoić nawet najskromniejszych potrzeb dorastającej córki. Helena pracowała jako służąca w Aleksandrowie pod Łodzią. Po roku wróciła do domu i oznajmiła rodzicom, że chce wstąpić do klasztoru. Ostateczna decyzja należała do ojca, ale on nie zgodził się, usprawiedliwiając się między innymi tym, że nie ma pieniędzy na wyprawę, jakiej wówczas wymagano od dziewcząt, zgłaszających się do zakonu. Helena próbowała wyjaśnić, że nie potrzebuje żadnego posagu i że to sam Chrystus zaprowadzi ją do klasztoru. Rodzice pozostali jednak nieugięci i Helena ustąpiła.

Jesienią 1922 roku wyjechała do Łodzi, zamieszkała u krewnych Rapackich. Najpierw pracowała u trzech kobiet, które należały do Trzeciego Zakonu świętego Franciszka, a później przez ponad rok u Marcjanny Sadowskiej. Nie przestała jednak marzyć o wstąpieniu do klasztoru. Pościła trzy razy w tygodniu, w Wielkim Poście nie jadła w ogóle mięsa, a w "Dzienniczku" odnotowała, iż w tym czasie różnymi rozrywkami próbowała zagłuszyć w sobie powołanie do życia zakonnego. Był to więc okres walki wewnętrznej, który zakończył się wyraźną interwencją samego Zbawiciela.

Latem 1924 roku Helena wybrała się wraz z siostrą na zabawę taneczną w parku "Wenecja" niedaleko łódzkiej katedry Świętego Stanisława Kostki. Te chwile zadecydowały o całym jej przyszłym życiu. Tak sama to przedstawia: "... kiedy zaczęłam tańczyć, nagle ujrzałam Jezusa obok, Jezusa umęczonego, obnażonego z szat, okrytego całego ranami, który mi powiedział te słowa:

Dokąd cię cierpiał będę i dokąd mnie zwodzić będziesz?"

Muzyka, tańce i towarzystwo dla tej ładnej i bystrej dziewiętnastolatki przestały być ważne. Już wiedziała, że pójdzie zupełnie inną droga niż jej rówieśniczki. Jak dodała: "pozostał Jezus i ja" (Dz. 9), i od tej chwili Chrystus będzie Miłością jej życia. Po jakimś czasie, gdy już zaczęło szarzeć, wymknęła się z parku i udała się do pobliskiej katedry. Padła krzyżem przed Najświętszym Sakramentem, prosząc Chrystusa o wyraźne wskazówki.

Jedź natychmiast do Warszawy, tam wstąpisz do klasztoru (Dz. 10) usłyszała.

Już się nie wahała. Chociaż była posłuszną córką i z pewnością nie chciała postępować wbrew woli rodziców, to tym razem postawiła ich po prostu przed faktem dokonanym. (Rodzice przyjadą do Krakowa na jej pierwsze śluby czasowe i będą dumni z tego, że ich córka została zakonnicą). Helena wiedziała, kogo będzie zawsze słuchać. Rzeczywiście, jej całe życie będzie podporządkowane zasadzie: Jezu, nie moja, ale Twoja wola niech się we wszystkim spełni. W tej właśnie chwili przyszła sekretarka Chrystusa Miłosiernego wkroczyła na drogę pełnego zaufania Bogu. I już z niej nie zboczyła, mimo chwil ciemności duchowej i licznych cierpień duchowych.

Jak tylko umiała, opowiedziała siostrze o poleceniu Pana. Poprosiła ją o przekazanie wszystkich rzeczy rodzicom, a sama wyjechała tylko w tym, co miała na sobie. Lecz kiedy znalazła się w stolicy, w zupełnie obcym mieście, nie wiedziała, co z sobą zrobić. Ogarnął ją lęk i zaczęła gorąco prosić Matkę Bożą o radę, jak dalej postąpić. Odpowiedź przyszła natychmiast. W głębi duszy usłyszała głos, że powinna wyjechać do podmiejskiej wioski, gdzie znajdzie bezpieczny nocleg.

Nazajutrz skoro świt wróciła do Warszawy i weszła do pierwszego napotkanego kościoła, żeby prosić Pana Jezusa o dalsze wskazówki. Był to kościół Świętego Jakuba na Ochocie. Przeszła jedna, druga Msza święta... i Helena wciąż nie wiedziała, co ma robić. Wreszcie podczas kolejnej Ofiary eucharystycznej usłyszała słowa, że ma przedstawić swoją sprawę kapłanowi, który właśnie odprawia Mszę świętą. Tym księdzem okazał się proboszcz ks. Jakub Dąbrowski. Nie bez zdziwienia wysłuchał młodej, nieznanej dziewczyny o jej natchnieniach duchowych. Nie potrafił poradzić, do którego klasztoru powinna się zgłosić, ale postanowił pomóc Helenie. Wysłał ją z listem polecającym do Aldony Lipszycowej mieszkającej w Ostrówku pod Warszawą, która poszukiwała służącej i opiekunki do czwórki małych dzieci.

Helena wyznała nowej chlebodawczyni, iż nie szuka stałej pracy, a tylko zamierza popracować do czasu, aż będzie mogła wstąpić do klasztoru. Została przyjęta, znalazła dach nad głową i w wolnych chwilach mogła szukać zgromadzenia, które by zechciało ją przyjąć. Kołatała do wielu furt klasztornych, wszędzie odprawiano ją z kwitkiem. Była przecież tylko zwykłą służącą, nie miała wykształcenia i pieniędzy na wyprawę... Helena nie załamała się, lecz z rozterką w sercu prosiła Pana Jezusa, aby dopomógł jej i nie zostawiał samej.

* * *

Pewnego dnia dotarła do klasztoru Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia przy ulicy Żytniej. Przyjęła ją przełożona domu s. Michaela Moraczewska, która pierwotnie zamierzała tylko wysłuchać młodą dziewczynę, ale udzielić odpowiedzi odmownej, gdy poprosi o przyjęcie do klasztoru. W trakcie rozmowy s. Michaela, ujęta prostotą i szczerością Heleny, zmieniła zdanie. Ale niejako poddając ją próbie powiedziała, żeby poszła zapytać Pana domu, czy zechce ją przyjąć. Helena wiedziała, o kim mówi jej rozmówczyni, i zdała ten pierwszy egzamin:

"Poszłam do kaplicy z wielką radością i zapytałam Jezusa: Panie domu tego, czy mnie przyjmujesz? (...) I zaraz usłyszałam głos taki:

Przyjmuję, jesteś w sercu moim.

Kiedy wróciłam z kaplicy, matka przełożona najpierw zapytała: No, czy Pan przyjął cię? Odpowiedziałam, że tak. Jeżeli Pan przyjął, to i ja przyjmuję" (Dz. 14).

Siostra zaproponowała jej, aby pracowała jeszcze przez rok, żeby odłożyć kilkaset złotych na wyprawę. Uzgodniono, iż co jakiś czas Helena będzie przynosić zarobione pieniądze do klasztoru na przechowanie w depozycie.

Pani Lipszycowa polubiła Helenę. Postanowiła, że znajdzie dla niej odpowiedniego męża, chociaż wiedziała o jej planach. Natomiast przyszła wielka mistyczka podczas nieszporów w oktawie Bożego Ciała, 25 czerwca 1925 roku, została napełniona wewnętrznym światłem głębszego poznania Boga jako najwyższego dobra i piękna. "Poznałam, jak bardzo mnie Bóg miłuje" (Dz. 16) napisała. Wtedy też złożyła prywatny ślub czystości.

Jeszcze próbowali interweniować rodzice poprzez córkę Genowefę. Od czasu wyjazdu z Łodzi Helena nie odwiedziła rodziców. Tylko powiadomiła ich listownie o swojej pracy i planowanym wstąpieniu do klasztoru. Genowefa nie przekonała Heleny i wróciła do Głogowca sama.

W wigilię święta Matki Bożej Anielskiej, 1 sierpnia 1925 roku, dwudziestoletnia Helena Kowalska przekroczyła próg warszawskiego klasztoru Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia.


opr. mg/mg




Święta siostra Faustyna Kowalska - Droga do klasztoru
Copyright © by Wydawnictwo "m"

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama