Liczne łaski

O wydarzeniach, które miały miejsce na początku XX w. Zairze

W mojej rodzinie był taki czas, kiedy Tato pracował w Warszawie i do domu na Porzeczkowym Wzgórzu przyjeżdżał tylko na soboty i niedziele. Pewnego ranka Mama wstała jak zwykle wcześnie rano i biorąc prysznic w łazience zdjęła Szkaplerz i zapomniała go znów włożyć. Po krótkim czasie zaczęły ją ogarniać złe myśli: jak to jej ciężko, jak tak może być sama, mąż pracuje daleko, i w ogóle jest taki, że nie da się z nim wytrzymać... Wszystkie jego wady stanęły jej przed oczami i już bardzo zdenerwowana chciała dzwonić do Taty robiąc mu przez telefon piekielną awanturę. Już szła z tym postanowieniem, ale jej wzrok padł na leżący Szkaplerz, więc nałożyła go całując z miłością. W tym momencie „jak ręką odjął” zniknęły czarne, męczące, oskarżające myśli na temat Taty. Spojrzała na zegarek i kiedy zobaczyła bardzo wczesną godzinę uświadomiła sobie, jaka to była zła pokusa dzwonić do męża o tej porze, kiedy jeszcze śpi zmęczony ciężką pracą całego poprzedniego dnia i że przecież on jest bardzo dobrym mężem i człowiekiem, że go bardzo kocha... Mama doświadczyła, że Szkaplerz chroni ją przed pokusami złego ducha.

Wiedział kto go ocalił

Było to w 1995 roku, kiedy Wojtuś - mój brat z zespołem Downa - miał pięć lat. Chodził z grupą dzieci na basen, gdzie opiekowały się nim panie wychowawczynie z jego przedszkola. Mama moja zawsze chciała, aby Wojtuś pływał w Szkaplerzu, żeby go nie zdejmować. Panie dziwiły się, pytały co to jest i dlaczego ma w tym pływać. Mama odpowiadała: „To jest Szkaplerz, opieka Matki Bożej, musi być!”.  Na tym basenie była część płytsza dla dzieci, za nią stopień, a dalej głęboka woda. Wojtuś umiał już jako-tako pływać. Jednak nagle znalazł się w miejscu głębokim i panie opiekunki zobaczyły, że ten zanurza się i na chwilę wynurza i znowu zanurza... Ratownik wskoczył do wody, aby go wyciągnąć. Wyciągnięto Wojtusia ledwo żywego i przestraszonego. Za chwilę braciszek wstał i kiedy wszyscy zajęci byli rozmową, poszedł w kącik i ... całował Szkaplerz.   

Dziecko wydawałoby się nic nie rozumiejące (upośledzone umysłowo), a wiedziało kto go ocalił - Najświętsza Maryja. A może nie wiedziało, ale po prostu chciało całować Szkaplerz, bo tak serce mu podpowiadało.  

„Nie, po co?”

 Mama chciała, aby jej mama też nosiła Szkaplerz, ale ta za żadne skarby nie chciała się zgodzić. Brała Szkaplerz i zamiast go nosić na sobie - wkładała do szuflady, mówiła: „Nie, po co? A co ty biskupem jesteś, że chcesz mi go zakładać?”. Mama tłumaczyła i zachęcała, ale nie wiadomo dlaczego Babcia czuła taki opór do tego małego znaku.

W końcu, chyba aby mieć już dosyć dyskusji z córką - nałożyła... I w tym momencie jak to zrobiła - głos jej się zmienił: na bardzo łagodny, pełen miłości, dobroci i stała się taka uległa na wszystkie inne rady Mamy wynikające z troski o dobro jej duszy: spowiedź, Komunia Święta...  Jakby Maryja pomogła otworzyć serce na łaskę Bożą, jakby uzdalniała człowieka do działania według Jego woli.

Tajemnicza tęsknota 

Znajoma rodzina z najbliższego naszego miasteczka Supraśla ma czterech synków. Najstarszy skończył dziesięć lat. Te dzieci usłyszały gdzieś o Szkaplerzu i bardzo prosiły swoją mamę - panią Kasię, aby mogły nosić Szkaplerze. Pani Kasia prosiła wiec moją Mamę, aby je sprowadziła mówiąc, że chłopcy bardzo tego chcą i proszą często. To jest dziwne, tajemnicze, że mają takie pragnienie... Mama więc prosiła mnie, abym wysłała jej co najmniej cztery Szkaplerze. Kiedy doszły, Mama długo nosiła je w torebce, aby przy jakiejś okazji przekazać pani Kasi. Dopiero po paru tygodniach spotkała ją przypadkowo po Mszy Świętej niedzielnej i dała jej te szkaplerze. Po chwili uświadomiła sobie, że był właśnie dzień 16 lipca - wspomnienie Matki Bożej Szkaplerznej! Ona sama zatroszczyła się o swe dzieci.   I rzeczywiście widać, że są pod Jej szczególną opieką - dwaj najstarsi już chętnie służą do Mszy, a młodsi zawsze są w kościele zawsze grzeczni.

 „Ja nie chcę”

 Moja młodsza siostra Helenka miała w Dysie przyjąć Szkaplerz. Tego dnia rano nagle zrodził się w niej straszny bunt i chyba lęk. Zaczęła krzyczeć, że ona nie chce: „Ja nie chcę, nie, nie przyjmę...!”, chociaż nikt ją nie zmuszał i nie miał zamiaru tego robić, bo jest przecież wolną osobą. Więc niezrozumiałe było dla rodziny dlaczego tak krzyczy, że aż niosło się na cały Klasztor...  Mama tylko zapytała dlaczego tak się bardzo broni, kiedy nie ma niebezpieczeństwa. I poradziła, aby zastanowiła się skąd to się w niej wzięło - to, co przeżywa, jaki duch działa? Helenka zastanowiła się i z całą świadomością wyboru - przyjęła Szkaplerz w naszej kaplicy. Teraz ona i cała jej rodzina (mąż i trójka dzieci) z żywą wiarą go nosi - widać  jak Maryja się o nich troszczy - są naprawdę cudowną, kochającą się rodziną.

„Matko Boża ratuj”

Lato, 2004 roku. Mama jechała samochodem z najmłodszym braciszkiem i nagle przyszła jej myśl, żeby zatrzymać się przy moście nad rzeką Supraśl, aby wykąpać się, ochłodzić - choć nigdy tak nie robiła...

Zeszła bliżej do brzegu, brat poszedł się kąpać a do Mamy podeszłazi nieznajoma pani i opowiedziała swą tragiczną sytuację rodzinną, jak jest znieważana przez męża... Mama wzruszyła się ogromnie i powiedziała jej : „Uciekaj od niego, z dziećmi uciekaj, weź mój Szkaplerz. Matka Boża cię uratuje !”. Nieznajoma kobieta odeszła z nadzieją, z radością i wdzięcznością za Szkaplerz.

Za jakiś czas Mama znowu przypadkiem spotkała ją na ulicy i pani Basia (tak się nazywa) opowiedziała z wybuchem płaczu, że Matka Boża ją uratowała! Zapytana o to, powiedziała, że kolega jej męża przyszedł do niej i chciał jej zrobić krzywdę,  więc kobieta ta złapała za Szkaplerz na szyi i wołając: „Matko Boża ratuj!” uciekła...

Potem znowu Mama parę razy ją spotykała i słyszała od niej, że przeprowadziła się do swej mamy razem z dziećmi i tam ma dobrze, że zaczęła częściej się modlić i chodzić na pielgrzymki Maryjne. Dziękowała, bardzo za pomoc, za Szkaplerz, który uratował jej życie. Mama zamówiła Msze wieczyste w jej intencji i jej rodziny. Od tego czasu przestała ja przypadkowo spotykać. „Widocznie już jest z nią na tyle dobrze, że nie potrzeba”- mówi sobie. 

„Ufa, że go uratuje” 

Jedna z moich współsióstr opowiedziała, że jej Tato, który siedzi w wiezieniu już ponad rok, pisał jej, że dzięki temu, że ma na szyi Szkaplerz nie popełnił samobójstwa. Kiedy przychodzą na niego złe myśli, beznadzieja..., bierze Szkaplerz i trwa. Ufa, że on go ratuje od zwątpienia w miłosierdzie Boże.

Odziane Jej szatą 

Jako siostry karmelitanki jesteśmy zgodne w tym, że dzięki Maryi i Jej szczególnej opiece zawdzięczamy wszystko co mamy: powołanie, trwanie w klauzurze pomimo tylu cierpień, kryzysów i trudności ze sobą i współsiostrami...Dzięki Jej obecności, odziania Jej Szatą mamy radość w sercu i czujemy się szczęśliwe. To ogromny cud - życie poświęcone Bogu i nie załamywanie się wobec trudności. Zdajemy sobie sprawę, że łaska Boża i opieka Maryi chroni nas i broni w każdym momencie, nawet kiedy nie zdajemy sobie z tego sprawy.

 

Jest takie błogosławieństwo Maryi Szkaplerznej, które odmawiamy codziennie wieczorem w gronie sióstr nowicjuszek :

„ Błogosławieństwo Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel niech nam przywróci czystość serca, wspomoże w walce, uzdrowi i ratuje w niebezpieczeństwie duszy i ciała - w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.”

opr. aw/aw

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama