Opublikowany niedawno przez Centrum Postępu Medycznego film dokumentalny „Co stało się z Klementyną” ujawnia przerażający proceder pozyskiwania organów od nienarodzonych dzieci, który starannie starają się ukrywać placówki aborcyjne. „Dosłownie nie miałam pojęcia, czym jest aborcja. Nikt mi też nigdy nic nie wyjaśnił. Nie wiedziałem, na czym polega zabieg” – wspomina matka Klementyny.
Centrum Postępu Medycznego (CMP) opublikowało właśnie film dokumentalny, który ukazuje przypadek jednego z nienarodzonych dzieci, które padło ofiarą późnej aborcji dokonanej w Cherry Hill Women’s Center w stanie New Jersey.
Historia Klementyny
Matka 20-tygodniowego dziecka o imieniu Klementyna zadzwoniła w 2024 roku do Cherry Hill Women's Center w New Jersey z pytaniami. Nie planowała aborcji, doświadczyła jednak silnej presji ze strony personelu placówki. Dokumentacja, którą przeanalizowali eksperci medyczni CMP wskazuje, że kobieta została wbrew swej woli zakwalifikowana do niezwykle bolesnego procesu późnej aborcji, a rzeczywistym celem placówki było urodzenie wcześniaka w całości, prawdopodobnie z przeznaczeniem na handel organami.
Thomas Kearns, ojciec dziecka, wraz ze swą partnerką, która pragnie zachować anonimowość, skierowali się do placówki Cherry Hill bez wyraźnej intencji dokonania aborcji.
„Gdy zobaczyłem ją na ekranie... pomyślałem: to żywa istota. Chcę zatrzymać moje dziecko. Nie chcę, żeby umarło,” wspominał Kearns.
Ich córka, Klementyna, miała wtedy około 10 tygodni. Jej matka zmagała się ze strachem i niepewnością, co nie jest niczym niezwykłym u kobiet, które dowiadują się o ciąży, zwłaszcza nieplanowanej.
Kilka tygodni później kobieta zadzwoniła do Cherry Hill Women's Center, które – jak wskazuje CMP – jest „jednym z dziesięciu wiodących ośrodków dokonujących późnej aborcji oraz miejscem pobierania organów płodowych.”
Matka Klementyny wyjaśnia:
„Nie dzwoniłam, żeby umówić wizytę. Nie miałam na to pieniędzy. Dzwoniłam tylko z pytaniami, a oni zaczęli naciskać, mówiąc: «Wiesz, to jest normalne. Musisz to zrobić», naciskając na aborcję. Byli bardzo natarczywi.”
Cherry Hill kieruje wszystkie połączenia do call center, które, jak powiedział Daleiden, jest obsadzone przez aborcyjnych marketingowców.
„Prawdopodobnie byłam w najgorszym możliwym stanie psychicznym” – dodaje matka Klementyny. „Dlatego zadzwoniłam do Cherry Hill. Nie wiem, czego szukałem. Dosłownie nie miałam pojęcia, czym jest aborcja. Nikt mi też nigdy nic nie wyjaśnił. Nie wiedziałem, na czym polega zabieg”.
Jednak 12 marca 2024 roku matka Klementyny ostatecznie trafiła do placówki aborcyjnej w New Jersey, gdzie następnego dnia przeprowadzono aborcję w 20. tygodniu, nie zważając na niepokój i niepewność, jakich doświadczała kobieta.
Gdy Kearns dowiedział się o aborcji, był zdruzgotany. Początkowo sądził, że Klementyna została poddana aborcji rozczłonkowanej; badania przeprowadzone przez zespół CMP wskazują jednak na to, że dziewczynka urodziła się cała i żywa w wyniku aborcji indukcyjnej, a następnie pobrano jej części ciała.
Próbując dojść prawdy, Elise Ketch z CMP zadzwoniła osobiście do Cherry Hill podając się za kobietę w ciąży i została skierowana do call center, gdzie w całości potwierdziły się słowa matki Klementyny – to, co usłyszała reporterka, nie było informacją medyczną, a raczej formą aborcyjnego marketingu i wywieraniem na nią nacisku, aby poddała się aborcji.
Decyzja podjęta w lęku i bez świadomej zgody
Jak wskazuje film dokumentalny, matka Klementyny przybyła do Cherry Hill Women's Center 12 marca 2024 roku, „w stanie głębokiego kryzysu psychicznego”. Pomimo udzielonej przez nią informacji, że chwilę wcześniej paliła marihuanę, personel nie przełożył aborcji.
Jest to całkowicie niezgodne z prawem. Była aborcjonistka, dr Catherine Wheeler, wyjaśnia, że tego rodzaju oświadczenie powinno było natychmiast zatrzymać procedurę – osoba znajdująca się pod wpływem środka odurzającego nie może bowiem wyrazić świadomej zgody. Również odnotowane w dokumentacji medycznej tętno – 116 uderzeń na sekundę – wskazywało na stan dużego pobudzenia.
Kolejne kroki podjęte przez personel są zbyt drastyczne, żeby je szczegółowo opisywać. Można je bez żadnej przesady określić mianem tortur zadawanych zarówno matce, jak i nienarodzonemu dziecku.
Kobiecie nakazano stawić się w placówce 13 marca, co też uczyniła. Wtedy też rozpoczął się jej dramat. Otrzymała olbrzymią dawkę misoprostolu – 600 mikrogramów. Dr Wheeler wyjaśnia, że dla wywołania porodu wystarcza dawka od 25 do 50 mikrogramów tej substancji. Matka Klementyny otrzymała od 12 do 24 razy więcej niż zwykle. Efektem były niewyobrażalnie bolesne skurcze.
Przyznaje to w filmie położna Lisa Marie Oxenham:
„To naprawdę wysoka dawka. Powoduje ona bardzo mocne kurczenie macicy, co jest niezwykle bolesne. A do tego, zrobiono to bez leków przeciwbólowych... To naprawdę smutne”.
Trudno wyobrazić sobie, jak ten ból odczuwało dziecko wypychane na siłę z macicy matki. Mamy jednak wyznanie matki, która stwierdziła:
„Nigdy w życiu nie czułam takich skurczów. To było 20 w dziesięciostopniowej skali”.
Prawdziwa intencja: pozyskanie organów
W momencie aborcji serce płodu nadal biło, ponieważ nie podano środka zatrzymującego serce przed porodem. W dokumentacji medycznej nie ma śladu zgody matki dziecka na podanie takiego środka, co wskazuje na prawdziwe intencje placówki, której rzeczywistym celem było urodzenie żywego dziecka.
Skąd taki wniosek? Podanie środka zatrzymującego serce, jak wskazują eksperci
„poważnie ogranicza wykorzystanie narządów, komórek i tkanek płodu do eksperymentów.”
Badania pokazują, że tkanka niemowląt, którym podano taki środek jest znacznie bardziej uszkodzona i że „przedłużona inkubacja w temperaturze ciała bez krążenia płodowego... jest głównym czynnikiem pogorszenia jakości tkanek obserwowanych u płodów po zakończeniu ciąży.”
Innymi słowy, aby organy dało się wykorzystać, dziecko musi być utrzymywane przy życiu tak długo, jak to możliwe przed ich pobraniem.
O tym, że taki był rzeczywisty cel placówki świadczy także wiele innych szczegółów. W drodze do sali zabiegowej poproszono matkę o podpisanie jeszcze jednego formularza zgody, mimo potwornego bólu. Był to formularz od Circle Allocation Services, firmy zajmującej się przekazywaniem organów ludzkich, wcześniej znanej jako Advanced Bioscience Resources. Firma ta od 1989 roku pobiera i sprzedaje części ciał dzieci po aborcji.
Eksperci, dr Wheeler i dr Aultman oceniają, że aborcja przebiegła niezwykle szybko. Zaczęła się o 11:21, a skończyła się o 11:31, co oznacza, że między podaniem znieczulenia, upewnieniem się o sterylności sprzętu i końcowym sprawdzeniem liczby narzędzi medycznych sama aborcja trwała trzy minuty. Wskazuje to, że prawdopodobnie nie była to aborcja z rozczłonkowaniem (trwająca średnio od 10 do 30 minut), lecz aborcja żywego dziecka lub nielegalna aborcja częściowa.
„Coś tu bardzo nie pasuje. Wszystko to jest bardzo dziwne” – mówi dr Aultman.
Dr Wheeler potwierdza, że z zapisów medycznych nie wynika, że była to aborcja przez rozczłonkowanie.
Sygnałem ostrzegawczym jest także to, że dokumentacja aborcji w ogóle nie wspomina o dziecku. Dr Aultman uważa, że personel „celowo unikał” takich zapisów w dokumentacji, ponieważ „nie chciał [wykazać] naruszenia Ustawy o Aborcji Częściowej ani Ustawy o Urodzeniu Żywym.”
Wyjaśnia, że z tego, co daje się odczytać w dokumentacji medycznej, wynika jasny obraz: Cherry Hill ułożyła przerwanie ciąży Klementyny tak, by między jej śmiercią a pobraniem jej organów minął minimalny czas:
„Pominęli wszystko, co mogłoby nam powiedzieć, co naprawdę się wydarzyło... Nie ma szans, żeby to była standardowa procedura aborcji przez rozczłonkowanie w tak krótkim czasie.”
Po aborcji matka Klementyny została odesłana do domu i, jak zeznaje, nikt nie zainteresował się jej stanem. 15 marca wraz z partnerem zadzwonili do placówki, prosząc o szczątki dziewczynki, by urządzić jej pogrzeb. Najpierw usłyszeli, że nie wiadomo, gdzie jest Klementyna, a potem, że personel nie może udzielić informacji, gdzie są jej szczątki. A następnie placówka całkowicie zablokowała ich połączenia.
Kearns domaga się odpowiedzi:
„Wygląda to na handel ludźmi. Przehandlowali szczątki mojej córki. Kiedy skończyli ją torturować, sprzedali jej ciało, które zostało nabyte przez agencję pośredniczącą, a następnie ponownie sprzedane centrum badawczemu lub do laboratorium, które będzie z niej czerpać różne zyski. Centrum Cherry Hill to oś zła. To nie tylko centrum morderstw, ale także dom aukcyjny, który handluje martwymi dziećmi. Myślę, że ludzie nie uświadamiają sobie, o jak poważną rzecz tu chodzi.”
To nie pojedynczy przypadek, ale przestępczy system
Kearns i matka Klementyny współpracują obecnie z Catherine Glenn Foster, prawniczką z First Rights Global, aby złożyć stosowne skargi do organów stanowych i federalnych.
Ich przypadek nie jest wyizolowany. Klementyna jest jednym z dzieci, których części ciała zostały sprzedane naukowcom do eksperymentów, a skala tego procederu jest utrzymywana w tajemnicy. CMP ujawniło tę przerażającą sieć handlu organami ciała ponad dekadę temu, jak dotąd jednak nikogo nie spotkały jakiekolwiek konsekwencje. Klementyna jest kolejnym dzieckiem, które pada ofiarą tej przestępczej działalności, w której ramię w ramię współdziałają placówki aborcyjne, agencje pośredniczące oraz laboratoria.
Wiele kobiet nie ma świadomości, że organy i części ciała ich dzieci zostały pobrane w ten sposób. Rodzice Klementyny jako pierwsi postanowili się domagać sprawiedliwości i mają nadzieję, że ich historia zakończy nieludzkie praktyki aborcji i pobierania części ciał dzieci na eksperymenty medyczne.
"What Happened To Clementine?" - A Baby Trafficked for Organ Harvesting„To nie jest odosobniony przypadek. Tysiącom kobiet i mężczyzn, bez ich świadomości, odebrano ich nienarodzone dzieci w klinikach aborcyjnych finansowanych z podatków w całym kraju,” wskazuje Ketch. „Sprawa Clementine nie jest wyjątkiem; to okno, ukazujące, jak działa cały system. I dlatego rodzice Klementyny postanowili pomóc wszystkim, którzy zostali dotknięci brutalnymi postępkami przemysłu aborcyjnego”.
Źródło: CMP, Live Action