On wierzący, ona nie

Małżeństwo z osobą niewierzącą może być wyzwaniem. Niekoniecznie jednak musi być nim w sensie negatywnym!

Tańcowały dwa Michały to znana piosenka dla dzieci. Mnie przyszła do głowy, gdy przygotowywałem się do napisania tego artykułu.

W piosence jeden Michał był duży, a drugi mały. W artykule obaj są podobnego wzrostu i mieszkają w Warszawie, obaj są wierzący i formują się w tej samej wspólnocie, każdy z nich ma żonę Monikę (nie tę samą, rzecz jasna) i obaj poznali swoje małżonki, gdy były one niewierzące. W jednym przypadku ten stan rzeczy się zmienił, w drugim — nie.

Jak to wpływa na ich duchowość?

Rady były różne

Michał Laskowski to marketingowiec z Warszawy. Wraz z żoną mają dwoje dzieci. Kiedy się poznali, Michał był blisko Kościoła. Z kolei jego przyszła żona była niewierząca i tak jest do dziś.

— Pamiętam, że sprawę zaręczyn niosłem jako intencję w pieszej pielgrzymce na Jasną Górę. Starałem się oddzielić zakochanie od sfery rozumu i dobrze rozeznać perspektywę wspólnego życia. Pytałem księży, jak do tego podejść w kontekście własnej duchowości — opowiada Michał. Co ciekawe, dostał wtedy dwa przeciwstawne komunikaty. Pierwszy brzmiał: „Dla swojego dobra trzeba natychmiast się z tego wyplątać i nie brnąć w taki związek, a już broń Boże zawierać małżeństwo”, a drugi: „Jak najbardziej, będzie to dla ciebie wyzwanie, ale z łaską Bożą możecie być szczęśliwi”. W tym drugim przypadku ksiądz zachęcał, by nie ustawać w modlitwie za przyszłą żonę i mieć świadomość wyłącznej odpowiedzialności za wychowanie dzieci w wierze.

Niewierząca nie znaczy zła

Michał od początku postrzegał Monikę jako moralną i uczciwą osobę, która jego jako katolika nieraz zawstydzała. — Dawała mi przykład w prostych sprawach, takich jak oddanie na czas książki do biblioteki czy podzielenie się z kimś potrzebującym — opowiada.

Zmiana — od kogo by tu zacząć?

— Już w małżeństwie ważnym odkryciem dla mnie było, że to nie jest tak, iż ja mam ją zmienić, tylko ja siebie mam zmienić. Na początku bardzo się starałem, wyciągałem ją na rekolekcje, jakieś spotkania, gdzie można było porozmawiać o wierze. To jednak przynosiło efekt odwrotny do zamierzonego — wspomina Michał. Lepszym rozwiązaniem okazała się np. rozmowa o tym, nad czym Michał pracuje w swojej formacji. — Ona wtedy do niczego nie jest zmuszana i dzięki tej mojej zmianie myślenia nasze rozmowy zaczęły nabierać zupełnie innego tonu.

W ramach pogłębionej pracy nad sobą Michał postanowił dołączyć do jednej ze wspólnot dla mężczyzn — Drogi Odważnych. Jego żona na początku traktowała to jako nowe hobby, swego rodzaju rekreację. Później pojawiły się obawy, że Michał jest w jakiejś sekcie, bo wypełnia jakieś dziwne wyzwania, jak np. wczesne wstawanie na modlitwę. — Ostatecznie, kiedy poznała kilku braci ze wspólnoty, obawy odeszły i Monika zdaje sobie sprawę, że wspólnota jest czymś, co pozytywnie wpływa na nasze życie rodzinne i napędza mnie, bym jeszcze mocniej angażował się w małżeństwo i wychowywanie dzieci — tłumaczy Michał.

Co z dziećmi?

Bardzo ważnym elementem tej układanki jest dla Michała wychowanie dzieci i ich pytania np. o to, dlaczego mama nie idzie z nimi do kościoła. — Razem z dziećmi modlimy się za Monikę. Myślę, że jest to dla nich bardzo ważne, choć czasami muszę je wyciągać na niedzielną Eucharystię i idzie to ciężko. Monika zwraca wtedy uwagę, że tata nie może ich zmusić, ale jeśli nie pójdą, to np. nie będzie bajki. To daje mi poczucie, że niewiara Moniki nie jest nastawiona na konfrontację. Zdarzało się nawet, że kiedy wracaliśmy z kościołą, potrafiła zapytać dzieci, czy usłyszały coś ważnego — opowiada Michał.

Czas działał na korzyść

U Michała Paczuły, dyrektora jednej z warszawskich fundacji, już na początku jego relacji z przyszłą żoną Moniką, z którą dziś mają synka, pojawiło się pytanie o dzieci, np. o to, co będzie, jeśli chrzest dziecka będzie sporną sprawą. W momencie bliższego poznania się jednak obawy odeszły, bo też na drugi plan zeszła potrzeba tego, by przyszła żona była wierząca. — Ważniejsze było, by zaakceptowała to, że ja wierzę — stwierdza Michał. Jak mówi, od początku nie było to problemem.

— Z czasem patrzyła z ciekawością, interesowała się tym, co robię, a ja po prostu chodziłem do kościoła, modliłem się. Moja rodzina podobnie — opowiada. Pewnego dnia Monika zaproponowała, że pójdzie z Michałem na Mszę św. tylko po to, by mu towarzyszyć. Z czasem było to coraz częstsze, zaczęła czytać, zdobywać wiedzę o Kościele i wierze katolickiej. Ten proces interesowania się Kościołem ze strony dziewczyny, a potem narzeczonej Michała, okazał się równoległy z procesem zbliżania się do Pana Boga tak, że moment ślubu był już dla nich obojga świadomym sakramentalnym doświadczeniem.

Nie spocząć na laurach

— Miałem poczucie, że nic nie muszę na siłę. Głęboko wierzyłem w to, że Pan Bóg ją zmieni. Nosiłem tę intencję w serduchu cały czas. Towarzyszyło mi poczucie spokoju, że Bóg będzie działał — opowiada o tamtym czasie Michał.

Paradoksalnie przemiana Moniki, która zainspirowała się jego chrześcijańską codziennością, pokazała mu, że w jego życiu wiarą jest wiele braków i skłoniło go to do szukania głębszej formacji. — Postanowiłem dołączyć do wspólnoty mężczyzn — Drogi Odważnych, a moja żona przyjęła to z dużym entuzjazmem. Tutaj zaczęło się moje autentyczne pogłębianie duchowości męża i ojca. Nauczyłem się odpowiednio układać poszczególne sfery życia. Zobaczyłem, że wszystko ma swoje miejsce i poziom ważności, a ja niczego nie mogę zaniedbać, bo jeśli np. postawię duży nacisk na relację z Bogiem kosztem relacji z żoną, to będzie to patologia. Na odwrót również. Dochodzą tu jeszcze dzieci, zaangażowanie w formację, w mój osobisty rozwój. Wspólnota pomaga mi znaleźć w tym odpowiedni balans bez odstawiania na boczny tor czegokolwiek z tych ważnych sfer mojego życia.

Razem przed Nim

Ważnym owocem tego, że Monika zbliżyła się do Boga, a Michał zaczął „renowację” swojej relacji z Nim, była i jest ich małżeńska modlitwa. Było to dla obojga wspólne duchowe doświadczenie, ale też impuls do rozwoju. — Wieczorami zaczęliśmy podsumowywać nasze dni, przepraszać, prosić, mówić o żalach, niepowodzeniach. Było to bezcenne, i tak jest do dziś — podsumowuje Michał.

***

Obaj panowie podkreślają, że relacja z dziewczyną, narzeczoną, a w końcu (w przypadku jednego z nich) również żoną, której daleko jest do Kościoła, wymaga nie tyle ewangelizacyjnej czy apologetycznej sprawności w argumentowaniu, ile przede wszystkim monitorowania siebie i zmiany siebie, tak by być dla swojej drugiej połówki prawdziwym świadectwem tego, że Bóg, wiara, Kościół, wspólnota to osoby, miejsca, środowisko i zjawiska, które są atrakcyjne, nie muszą trącić dewocją i mogą dawać życie w pełni — blisko Tego, który zna nas najlepiej.

Oto największa duchowa korzyść dla jednego i drugiego — niezależnie od tego, czy żona stała się lub stanie wierząca, wymagają od siebie, nie pozwalają sobie na katolicyzm tylko z nazwy, ale codziennie chcą być dla swoich bliskich najlepszą wersją siebie. I jak mówią ich żony, całkiem nieźle im to wychodzi.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama